Anioły spotykają się o brzasku.

Któregoś dnia, może już przed rokiem – Jurek , kolega ze studiów na poznańskiej Akademii Medycznej ( 1965-1971)- profesor Jerzy T. Marcinkowski opowiedział w krótkich nieomal żołnierskich słowach różne historie ze swojego życia z medycyną , w tym  historię swojego przyjaciela i rzucił – opisz to…. Więc pofrunęłam …… I tak powstała ta  opowieść, zresztą jedna z cyklu  Opowieści o Ziemskich Aniołach….   zamieszczałam ją tutaj w krótkich odcinkach, by nie nużyć oczu ew. Czytelnika, ale dziś postanowiłam podać cały ten tekst ….niech żyje swoim życiem….

 

  Anioły spotykają się o brzasku …

Spotykają się codziennie nad ranem, o tej swojej ukochanej  godzinie gdy noc usypia a  budzi się  brzask i przynosi nowe i tajemne chwile w życiu. Każdy wstający dzień witają razem i nieustannie odkrywają jego smaki.  Tak więc i teraz przychodzą  do swojego  ulubionego pokoju z dużymi oknami nieustannie patrzącymi na wschodzące słońce. I nic to, że w ich domu mieszkają już inni , może obcy ludzie. Oni tu wracają bo to ich pora, ich pokój i ich godzina spotkania. Jednak od niedawna nie dążą każde z innej „planety” na to spotkanie, przybywają tu razem, zawsze razem, na wieki.

 

Siadają po dwóch stronach niewielkiego stolika, naprzeciwko siebie by móc patrzeć sobie w oczy. Stolik przylega jednym bokiem do parapetu  z kwiatkami które kiedyś , dawno dawno temu sadzili.

 

Ona jak zwykle zwiewna, w błękitnej sukience i perełkami na szyi. Tak, zawsze lubiła drobne perełki. Kupił je kiedyś na długim wyjeździe. A ona zawsze czekała. Wychowywała dzieci dbała o porządek w domu i tęskniła. Nazywała go Odyseuszem i żartując mówiła, uważaj na Syreny , mój Mileńki. A on myślał, że jest jak Penelopa wierna i zawsze czeka, czeka cierpliwie , przyjmuje  bez słowa wyrzutu, że on swobodny a ona dom dzieci, bez podejrzeń co robił przez te długie miesiące. Przyjmowała go zawsze taka sama,  ufna i stęskniona.

Czy nie grzeszył w tym czasie? Być może, nawet dobrze nie pamiętał  tamtych kobiet, bo przyfruwały i znikały o świcie z jego życia. Potem szybko zapominał, no nie, nie zapominał, ale stopiły się w jeden obraz szaleństw bez uczucia , po prostu wyżycie zmysłów i tyle .  Czy to były zdrady?

 

Rozmyśla teraz o swoim życiu. Bo ma czas. Wreszcie ma go dużo. A ile mu jeszcze zostało do spotkania z Ukochaną która już uwolniona od ziemskich cierpień , niemo  wzywa go  do siebie ? tego nikt nie wie. Tylko lekarze mają tajemnicze miny i milczą. Więc jest źle, myśli. A może dobrze, bo wreszcie spotkam swojego ukochanego na wieki Anioła.

I będzie pięknie tak jak dawniej . Zapomina o tym, co zdarzyło się później, gdy jednoznacznie powiedziano mu, pana żona choruje na Alzheimera, bo na szczęście pamięć tego co niedawno ucieka od niego ,  dobry Bóg mu zabiera tę pamięć złą a potem Ją, Anioła zabiera do siebie , a wtedy tylko zostaje tamta piękna część ich życia….

 

Siedzą więc razem w tym samym co zwykle ulubionym pokoju z widokiem na wschodzące słońce. Ona mówi, patrz już słońce przeciera oczy i wszystko powoli jaśnieje.

Piją kawę, tak, czuje zapach tamtej kawy i widzi, stale widzi jej twarz usta nos, włosy gładko od czoła i spięte nad karkiem w duży węzeł. Albo jej włosy na poduszce rozrzucone gdy są razem jednością jaka jedna tylko na tym świecie.

Ona teraz pyta- czy pamiętasz?

Tak tak przyznaje bez namysłu, chociaż nie wie o co jej chodzi . Pamiętam. Tak ma zawsze, tak było zawsze, przyznawał jej rację wpatrując się w jej oczy przepastne jak dwa jeziora. Bo ona była jego przewodnikiem po świecie uczuć i czułości.

Czy pamiętasz, ona drąży. Wreszcie on pyta – ale co Kochany mój Aniele ? Zawsze tak do niej mówił.

Czy pamiętasz nasze podwórko?

Od razu ma w oczach ten niewielki obszar pomiędzy niewielkimi  domkami rodzinnymi, a każdy z pięknym dwuspadowym dachem, tak, ma zapamiętany w oczach ten teren gdzie pachniało wolnością i który był tylko dla nich, dla dzieci. Okoliczne wielkie topole strzeliste, bo włoskie, ona mówi,  śnieżyły wiosną puchem. Tak tak i kichałeś, bo chyba miałeś uczulenie na ten puch. Nikogo nie było na naszym podwórku, nikogo tak walecznego.

A skąd ty wiesz Mój Aniele , pyta on ? Przecież przesiadywałaś na wielkiej górze piachu , chyba tam, bo tam wszystkie dziewczyny lepiły pączki z mokrego błota , gdy już przefrunął nad nami wielki  deszcz.

Śledziłam was zza krzaków, bo dziewuch nie chcieliście, gdyż  uprawialiście męskie rozrywki.

AAA dziewczyny nas nie interesowały, tylko boks.

AAA dziewczyny nie interesowały? A ruda piegowata Julka z którą się całowałeś pod śmietnikiem?

A TY, Aniele skąd to wiesz? Zmyślasz chyba.

Nie nie zmyślam, bo w śmietniku siedziałam wtedy i płakałam ze ściśniętymi kolanami widząc jak ją lubisz.

Żadnej Julki nie pamiętam, tym bardziej rudej

Ha trudno, o wy mężczyźni nawet nie pamiętacie swoich dziewczyn,

A one pamiętają wszystko. Każdy szczegół.

No tak Aniele, może i tak jest. Ale czy teraz to ma jakieś znaczenie?

No, może nie ma, ale widziałam was pod śmietnikiem gdy robiło się ciemno. I dlatego lubię tylko poranki, kiedy jeszcze wszystko wstaje i jest świeże dziewicze nie skażone.

Tak, wiem Aniele, i dlatego siedzimy w  naszym pokoju, pod tym oknem które patrzy na wschód.

 

Poruszyła się , poczułem zapach jej perfum. Ulubionych, zawsze tych samych. Próbowałem przywozić inne z podróży służbowych, ale ona wracała do tamtych pierwszych.

Pewnie dostałaś je ode mnie?

I znowu ta pamięć męska . Kupują kobietom prezenty i nawet nie pamiętają jakie której, pomyślała . Przywiozłeś mi z Paryża Antylopę. Perfumy jakich w kraju nie było. I stale ich używam, gdy chcę ciebie zwabić.

AAA coś mi świta, tak Kochany Aniele przywiozłem ci z Paryża Antylopę. Oczywiście pamiętam, że gdy wchodziłaś do pokoju i wnosiłaś z sobą ten zapach,  od razu ogarniało mnie wielkie pożądanie.

O, śmieje się ona do tych wspomnień. I turlaliśmy się po dywanie…

Było rozkosznie, przyznaje on.

Ale tedy na podwórku , zaczyna ona

No już nie mów

 

Nie będę już o rudej Julce, ale chcę powiedzieć, że ciebie uwielbiałam. Byłeś taki zręczny silny bojowy z tą swoją czarną czupryną. Inni chłopcy to ciamajdy. Mówili, tata nie pozwolił się boksować. Bo można potem chorować na głowę. A ty się tylko śmiałeś.

I jak widzisz głowę mam do tej pory zdrową,

Nie to co ja, spochmurniała na chwilę. Ale to przez to białko w mózgu. Nie wiem skąd się wzięło, pewnie jakiś demon podrzucił złośliwie.

Tak tak Aniele, wokół tak dobrych Aniołów zawsze kręcą się złe demony bo czują że warto zarazić swoją czarcią mocą , warto złamać najlepszego z Aniołów tu na ziemi jakim niewątpliwie  byłaś.

I mnie złamał, niewiele pamiętam, bo żyłam już w innym świecie. Ale nawet stamtąd widziałam jak się ze mną męczysz, pielęgnujesz, pokazujesz jak trafić do łazienki i dotykasz dłonią, bym się uspokoiła.

 

O nie mów Kochany mój Aniele, dłonie to ty miałaś niezwykłe. Nie zapomnę twojego dotyku.

 

I wtedy ona, siedząc z nim przy tym stoliku przystawionym do parapetu z kwiatkami które razem kiedyś sadzili i o dziwo jeszcze rosły, pijąc kawę i patrząc jak słońce właśnie przeciera oczy, położyła mu dłoń na ramieniu. Potem powoli i bardzo delikatnie zsuwała ją aż do łokcia, aż poczuł dawny znajomy dreszcz przywołujący tamtą rozkosz.

Tak, twoja dłoń Aniele była niebiańska. Może źle że tak wtedy myślałem o twojej dłoni, że niebiańska  bo sprowokowałem twoją chorobę, chorobę  zapomnienia o naszym świecie.

Niczego nie sprowokowałeś Mileńki. Tak miało być. Nie dałam rady i lekarze nie pomogli gdy demon mnie zaatakował i było jak było. I ze smutkiem obserwowałam z góry, gdzie już była moja dusza,   moje pozostawione prze tobie ciało, bezwładne nieświadome niczego,  puste, bez  żywych soków widzenia świata i poznania za to pełne szatańskiego białka w mózgu . Tak, widziała moja dusza z Nieba to  ciało  szarpane agresją i zapomnieniem swoich bliskich . Widziałam jak jest Tobie Mileńki  z tym moim ciałem ciężko, i siłą woli którą zsyłałam z góry, namawiałam naszych synów, by ciebie przekonali albo przekonali twojego doktora, bo na ciebie już nikt nie miał wpływu ,  byś mnie oddał, tam gdzie pielęgnują takie puste ciała. A ty mnie ubierałeś w śnieżne suknie, i układałeś w bielutkiej pościeli i karmiłeś i przewijałeś. Nie wiesz, jak bardzo cierpiała moja Dusza, która już mogła wielbić Boga a nie mogła Tobie, Ukochany pomóc. I wszyscy nieustannie ciebie namawiali przekonywali, że nie dasz rady, że to nie ma sensu, mówili, przecież ona nawet was na zdjęciach nie rozpoznaje. A ty nie chciałeś mnie nigdzie oddać …

Nie chciałem, dobrze wiesz mój Aniele, nie chciałem i nie mogłem, bom przysięgał tobie przed ołtarzem i panu Bogu wierność i że ciebie nie opuszczę  aż do śmierci.

Ale kiedy ja już byłam umarła na tym świecie.

 

Nieprawda, żyłaś ze mną, czułem jak bije twoje serce . Było trudno, ale widziałem tylko tamtą dziewczynę z podwórka, której,  kiedyś gdy już ją zauważyłem, położyłem głowę na kolana.

Ożywiła się, niemożliwe że pamiętasz. To było tak dawno. Pamiętam, to co było z tobą,  wszystko pamiętam. Tak Mileńki, siedzieliśmy na trawie pod tą topolą i wyjmowałam z twojej czarnej czupryny topolowy puch.

 

Poczuł dreszcz, bo pamiętał tamten dotyk wybierania puchu topolowego, muśnięcia długich palców, nieśmiałe i zalotne w okolicy swojego ucha. Tak, czuł wtedy jak jego męskość którą już poznał wcześniej , ale sam musiał się z nią uporać, jak jego męskość pragnie zaspokojenia. I tylko widział ją, swoją jedyną kobietę w życiu, tylko ją tak czuł i tylko jej pragnął. Ale wtedy nic nie powiedział, bo wtedy o takich sprawach nie rozmawiano, tylko stłumił w sobie chęć nieomal gwałtu, stłumił pożądanie wielkie  i pokornie położył głowę na jej udach, gdzie już pachniało kobietą.

Kiedyś zauważyłem na podwórku nie dzieciaka ze strzechą włosów tylko małą kobietkę.

Tak tak, pamiętam jak podszedłeś do mnie, i powiedziałeś, że mam oczy jak dwa jeziora. To było długo po tym jak całowałeś się z Julką.

Przecież ja się z nią nie całowałem, no może dotykaliśmy się ustami, wtedy nic nie wiedziałem o całowaniu. A najpewniej to ona zaczęła. Wiesz jakie są dziewczyny.

O tak, tak, wiem. Ja nigdy nie zaczynałam pierwsza. Tylko podglądałam zza krzaków albo ze śmietnika. Byłam od ciebie młodsza, no może trochę, ale w tym wieku to przepaść. Aż nagle postanowiłam stamtąd wyjść, porzucić dziecięce śmieszne  zabawy w ciuciubabkę albo skakanie na skakance.

Oooo skakankę dobrze pamiętam.

No pewnie, odebraliście ją nam, bo była wam potrzebna do trenowania sprawności, aż poskarżyłyśmy się mamom i wtedy musieliście oddać

Ech, kupiliśmy sobie nową, bo każdy miał jakieś groszaki odłożone, a wtedy wszystko było tanie, tylko w sklepach nie zawsze można było łatwo kupić, bo sklepy były pustawe.

AAA co ty tam wiesz, pustawe sklepy były dopiero potem, gdy już byliśmy małżeństwem, a wtedy wszystko było. Powiedz raczej, że woleliście zabrać tę skakankę nam, małym dziewczynkom.

 

Opowiedz lepiej jak mnie dostrzegłeś.

No więc było tak. Jeszcze nie rozpoczęliśmy treningu bokserskiego bo właśnie wiązałem sznurówki trampek.

Ooo pamiętam te twoje ze śmiesznym gumowym brudnoszarym kółkiem przy kostce.

Aż dziw, że pamiętasz.

Nie dziw się, przecież byłeś najładniejszym i najsprawniejszym chłopakiem na naszym podwórku. Od pewnego czasu obserwowałam ciebie , bo czułam się kobietą.

Ale ja dopiero wtedy gdy zawiązywałem sznurówki złoszcząc się  jak zwykle, że kokardka wychodzi z zza długimi wąsami, nagle zobaczyłem obok siebie zjawisko. Smukłe, dwie, szczupłe w kostkach, opalone i kolana . Zauważyłem nogi które od razu zadziałały mi na zmysły i wyobraźnię .
Stałam przy tobie blisko, faktycznie miałam gołe nogi i bardzo opalone. Nie wiedziałam, że zrobiły na tobie wrażenie, aż takie wrażenie.

Bo ja wtedy po raz pierwszy zauważyłem kobietę która stała tak blisko, że czułem jej zapach i słyszałem jak oddycha.

Ale nie podniosłeś głowy, by spojrzeć wyżej, na to co nad kolanami, a miałam bardzo krótką  szeroką spódniczkę, pod którą właśnie wpadł  wiatr i zdmuchnął prawie  na głowę tak, że chyba mogłeś zobaczyć moje majtki.

Ooo, szkoda, ale  słyszałem szum jakiś nad sobą, i nie miałem odwagi spojrzeć do góry, na ciebie,  bo bałem się że zjawisko umknie. Byłaś już wtedy moim Aniołem. Bo myślałem że to Anioł Stróż o którym tyle opowiadała mi mama i obrazek z tym opiekuńczym duchem wisiał nad łóżkiem siostry , chociaż równocześnie czułem że jesteś kobietą.

 

Tak Mileńki byłam kobietą która do ciebie przyszła.

Tak ukochana byłaś kobietą Aniołem, który zszedł do mnie na ziemię i zostałaś ze mną.

 

Nie, pokręciła smutno głową, to o tobie mówili że jesteś szaleńcem albo Aniołem trwając przy mnie przez te lata kiedy moje ciało było puste.

Bo nie patrzyłem na ciało, patrzyłem wtedy na niebo i stamtąd docierał do mnie twój anielski głos , więc wiedziałem, że twoje puste ciało z tętniącym przecież sercem,  muszę pielęgnować aż do końca, jak przyrzekałem w kościele i dopiero wtedy odejdę, by być z tobą, tam w górze.

Pokazał wymownie palcem na Niebo, a ona, piękna jak nigdy w jasno błękitnej sukience ze sznurkiem maleńkich pereł na szyi i oczami jak dwa jeziora , odstawiając filiżankę z resztką kawy i już nie patrząc na słońce które już dawno przetarło oczy i stało w zenicie,  popatrzyła na niego, swojego odwiecznego jedynego, na swojego męża , wzruszyła ramionami i rzekła….

a po co nam niebo, niebo jest w nas mój Mileńki, mój ty Aniele…..

zdjęcia własne …

 

 

 

 

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Anula cd.

Ponownie nawiązałam kontakt z Anulą i jeśli ten tekst ją w jakiś sposób zaboli- usunę z blogu. Pomimo tego, że od opisywanego czasu minęło 40 lat i ludzie  raczej są już innymi ludźmi , wiem, że pewne wspomnienia wolą wymazać z pamięci. Czekam więc na decyzję . Dopisałam  7.06.2014……

 

 

Anula kiedyś nam opowiadała, że przez jakiś czas dyżurowała na noworodkach w Klinice położniczej. W ten sposób zarabiała dodatkowe, chociaż mizerne pieniądze na utrzymanie dzieci.

I któregoś dnia miała przyjemność rozpoznać noworodka nieomal identycznego jakim była przed laty jej najstarsza córka….

 

Oczywiście Anula, jak to Anula, rozpostarła swoje skrzydła opiekuńcze i nad tym dzieciątkiem zwłaszcza, że jak się wkrótce okazało, jest to w jakimś szeroko rozumianym pojęciu Jej rodzina…. .

I tak toczyła się historia Anuli, którą żyliśmy my, wszyscy w dyżurce naszego Szpitala im. Dzieci Warszawy w tych latach 70 XX wieku. Bo nasze problemy były problemami wspólnymi.

Tak więc zapamiętałam  Anulę, gdy siedzi na korytarzu szpitalnym i poważnie rozmawia z przystojnym panem. Odwiedzał ją przez kolejne lata, dawny mąż, ojciec jej córek, chyba w jakimś sensie przyjaciel . Znając Anulę na pewno udzielała mądrych porad, bo sama była bardzo doświadczona przez życie…

 

Na medycznej ścieżce. Spotkanie z Anią.

W tym oddziale poznałam dr Annę Jung. Była wytworna, reprezentowała siłę spokoju, uroku i dyplomacji. Zręcznie mną kierowała, przydzielając sale gdzie leżały najbardziej nieznośne małe dzieci z domu dziecka z wieloma problemami zdrowotnymi. Oczywiście się nie buntowałam, gdyż otrzymywałam dobrą lekcję pediatrii. Chętnie służyła mi pomocą i jednym słowem czułam się jak pod skrzydłami Anioła Stróża.

Lubiłyśmy się, wkrótce zaprzyjaźniły się nasze rodziny. Bywaliśmy razem na przyjęciach, balach karnawałowych . Wówczas miała jednego syna, w wieku zbliżonym do naszych dzieci, co ułatwiało kontakty, gdyż miałyśmy podobne problemy.

W niedługim czasie dowiedziałam się, że ona ma propozycję pracy w Centrum Zdrowia Dziecka, w zespole nefrologii organizowanym przez Panią Profesor Teresę Wyszyńską. Ania już była po obronie doktoratu, który wydziergała pracując na Siennej i miała mieć ważną pozycję w CZD. Od razu zapytała mnie, czy zdecydowałabym się na pracę w Centrum, oczywiście gdyby była taka możliwość. Zastanawiałam się. Ale ziarenko zostało zasiane. Było mi miło, że ocenia mnie pozytywnie i chce protegować. ….

Chciała mnie umówić na rozmowę z Panią Profesor, ale chwilowo wekslowałam ten temat, wykręcając się jakimiś mniej lub bardziej istotnymi powodami….

Na medycznej ścieżce. Rodzina Marzenki Kieniewicz.

Wkrótce poznałam męża Marzenki,  wysokiego i szczupłego Antka, którego tubalny głos odziedziczył ich młodszy syn.

Mieli wówczas dwóch synów, zamyślonego i refleksyjnego Piotra i  drugiego, którego imienia nie mogę sobie przypomnieć. 

Spotykaliśmy się często, nasze dzieci razem bawiły się w czasie wspólnych wypraw do Puszczy Kampinoskiej.

Po jakimś czasie Marzenka urodziła kolejnego syna- Mateusza. Miał rozmaite problemy zdrowotne, między innymi celiakię .

Gdy to dziecko miało może 2 lata przybyła do nich równolatka Mateusza- Ania , która miała podobne schorzenie i musiała otrzymywać taką samą dietę jak Mateusz. 

Wychowywanie takich dzieci wymagało wielkiej cierpliwości, stałego pilnowania diety, podawania różnych leków i nierzadko pojawiała się konieczność hospitalizacji. Bo przecież dziecko samo o siebie nie zadba, a pokusy by dorównać innym są silne. A tutaj zwykła bułka albo ciastko wywoływało całą burzę objawów nie tylko gastrycznych.

Marzenka codziennie piekła świeże pieczywo dla swoich maluchów , ze specjalnej mąki pozbawionej glutenu, którą należało zdobywać w różnych sklepach często zlokalizowanych w innej dzielnicy. Wędrowała więc po pracy w tym celu przemierzając całą Warszawę i nigdy nie narzekała.

Podziwiałam Marzenkę, tę dzielną dziewczynę jak potrafiła wszystko opanowywać i dyrygowała wszystkimi, spokojnie, pewnie, jednoznacznie.

 

Na medycznej ścieżce. Z niewielkimi przygodami urodziłam drugą córeczkę.

Po zaliczeniu internatu, zgłosiłam się do Kliniki przeze mnie wybranej i tam zostałam przyjęta jako ciąża przeterminowana. Miałam już doświadczenie, bo tak było z pierwszym porodem. Rozpoczęły się przygotowania do wywołania porodu. I w końcu wyznaczono dzień, kiedy to znajdę się na porodówce , założą mi kroplówkę i będziemy czekali na efekty. Leżałam na twardej leżance, a moja córeczka fikała w brzuchu  koziołki, nie miała zamiaru ustawić się główką do dołu, bano się , że wypadnie rączka lub nóżka i będzie kłopot. Wobec tego zalecano leżenie na wznak, co było straszliwą udręką. Dodatkowo zabroniono mi jeść, gdyż dalszy przebieg porodu mógł zadecydować o konieczności cesarskiego cięcia. Mijały godziny , stopniowo rozwijała się jakaś słaba akcja porodowa. Po południu odwiedzili mnie całą chmarą koledzy, którzy odbywali w tej klinice internat. Mieszkali w pomieszczeniach piwnicznych i chyba to miejsce działało na nich tak depresyjnie, że musieli się wzmacniać napojami procentowymi. Gdy więc nagle wpadli na porodówkę, wionęło świeżym podmuchem ich oddechów, obsiedli moje łóżko i chcieli jakoś pomagać. Ja poprosiłam o kawałek suchego chleba, gdyż mimo cierpień po prostu umierałam z głodu. Przynieśli mi chyłkiem swoją kolację, którą połknęłam najszybciej jak mogłam a w tym czasie koledzy zagadywali położną, żeby nie zauważyła mojego przestępstwa.

Poczułam się  od razu lepiej, ale za to nagle wystąpił drugi okres porodu, który u mnie przebiegał jak nawałnica, po prostu huragan. Skurcze parte mojej macicy były gwałtowne i zjawił się lekarz, który przykazywał, bym je wstrzymywała, bo rozwarcie szyjki jest jeszcze niewystarczające. Jednak czy komuś udało się wstrzymać tsunami. Mnie się nie udało i wkrótce, po 13 godzinach całości wydarzenia, wyskoczyła Ewa, decydując się w ostatniej chwili na skok na główkę, cała zdrowa i rozwrzeszczana. Ja tak popękałam, że zlitowali się nade mną i uśpili do szycia. Na szczęście mój przepełniony żołądek stanął na wysokości zadania i cierpliwie utrzymał zawartość w czasie znieczulenia.

Ewa nie była planowaną córką. W ogóle ta ciąża nie była planowana. Ale jeśli już kolejne dziecko, to uważaliśmy zgodnie, że tym razem będzie to chłopiec i otrzyma imię Marcin. Podobnie było też z pierwszym dzieckiem. Imię dla dziewczynki nie było wybrane, chciałam, by nazywała się Marta, ale odwiedziły mnie koleżanki, m. in Jola o której już pisałam, które autorytatywnie stwierdziły, że Marty są nieszczęśliwe więc moje dzieciątko  powinno się nazywać Ewą. Mnie właściwie było wszystko jedno, cieszyłam się, że jest już na świecie, cała i zdrowa.

I jesteśmy zadowoleni, że została Ewą, myślę, że ona też. Pasuje do niej, do tego wulkanu energii i wiecznej pierwotnej młodzieńczości, mimo, że w grudniu tego roku ukończy 42 lata.

 

Śladami mojego Taty. Witold teraz

Jak dobrze, że Witold zdążył mi nieco opowiedzieć o sobie, zanim uległ poważnemu wypadkowi tracąc mowę. Jest teraz w bardzo dobrym zielonogórskim ośrodku przykościelnym. Odwiedzaliśmy go niedawno. Wśród innych pensjonariuszy wyróżnia się uśmiechem, łagodnością . Powoli odzyskuje rozumienie i mowę. Poznał mnie , na pewno mnie poznał, bo oznajmił to po swojemu. Dzięki wspaniałej opiece sióstr i innych pracowników ośrodka , ale przede wszystkim swojej wieloletniej towarzyszce życiowej- Basi, jestem o niego spokojna….

 

Moim współbiesiadnikom tekstów tego blogu , którzy czują się znudzeni  opowieściami o rodzinie obiecuję powrót do przeplatania tematów i kontynuację wpisów o mojej medycznej ścieżce.