Na medycznej ścieżce. Wielkie serce Marzenki Kieniewicz .

Musiałam raz jeszcze wrócić do pewnej opowieści o śp. Marzence Kieniewicz.

Ta niezwykła dziewczyna jeszcze raz pokazała prawdziwą klasę.

Otóż pewnego dnia, gdy właśnie  rozpoczynałam przyjmowanie pacjentów w mojej przychodni ,  otrzymałam telefon od Taty. 

Tragicznym tonem powiedział mi, że Mama upadła w przedpokoju i nie może się podnieść. Ponadto skarży się  na ogromny ból w lewej pachwinie. Nie miałam wątpliwości, że jest to złamanie szyjki kości udowej- bardzo częste u kobiet w tym wieku. Nogi się pode mną ugięły. Odpowiedziałam Ojcu, by nie usiłował  podnosić Mamy a ja zamówię karetkę i postaram się natychmiast przyjechać. Zadzwoniłam do Pogotowia Ratunkowego, gdzie przyjęli moją prośbę.

Ale łatwo było powiedzieć, że zaraz wrócę do domu. Pod drzwiami mojego gabinetu kłębił się tłum chorych.

Pobiegłam do sąsiedniego gabinetu, w którym przyjmowała pacjentów moja koleżanka z grupy studenckiej Alicja O. Błagałam ją, by zajęła się chociaż kilkoma moimi pacjentami. Odmówiła kategorycznie, mówiąc, że już skończyła pracę i zamierza pójść sobie do domu. 

Wobec tego zajrzałam do gabinetu, gdzie urzędowała Marzenka Kieniewicz. Pod jej drzwiami też był tłumek. Gdy tylko wspomniałam  , że Mama najprawdopodobniej złamała szyjkę kości udowej i  nawet nie zdążyłam poprosić o pomoc, natychmiast odpowiedziała, żebym jej oddała wszystkie swoje karty. Potem wyszła na korytarz i poinformowała pacjentów, że będzie przyjmowała naprzemiennie  swoich i moich pacjentów.

Głosem nie znoszącym sprzeciwu zaleciła, bym już znikała z przychodni.

Marzenka, moja Marzenka, śliczna dziewczyna o urodzie wschodniej lalki i sercu na dłoni. Prawdziwy człowiek Kościoła, po prostu Prawdziwy Człowiek.

Odeszła w zaświaty, ale zostawiła innym swoją myśl i energię i siłę .

Tylko dlaczego odeszła, dlaczego musiała odejść.

Dobry Boże, pewnie i tak nie odpowiesz…..

Na medycznej ścieżce. Rodzina Marzenki Kieniewicz.

Wkrótce poznałam męża Marzenki,  wysokiego i szczupłego Antka, którego tubalny głos odziedziczył ich młodszy syn.

Mieli wówczas dwóch synów, zamyślonego i refleksyjnego Piotra i  drugiego, którego imienia nie mogę sobie przypomnieć. 

Spotykaliśmy się często, nasze dzieci razem bawiły się w czasie wspólnych wypraw do Puszczy Kampinoskiej.

Po jakimś czasie Marzenka urodziła kolejnego syna- Mateusza. Miał rozmaite problemy zdrowotne, między innymi celiakię .

Gdy to dziecko miało może 2 lata przybyła do nich równolatka Mateusza- Ania , która miała podobne schorzenie i musiała otrzymywać taką samą dietę jak Mateusz. 

Wychowywanie takich dzieci wymagało wielkiej cierpliwości, stałego pilnowania diety, podawania różnych leków i nierzadko pojawiała się konieczność hospitalizacji. Bo przecież dziecko samo o siebie nie zadba, a pokusy by dorównać innym są silne. A tutaj zwykła bułka albo ciastko wywoływało całą burzę objawów nie tylko gastrycznych.

Marzenka codziennie piekła świeże pieczywo dla swoich maluchów , ze specjalnej mąki pozbawionej glutenu, którą należało zdobywać w różnych sklepach często zlokalizowanych w innej dzielnicy. Wędrowała więc po pracy w tym celu przemierzając całą Warszawę i nigdy nie narzekała.

Podziwiałam Marzenkę, tę dzielną dziewczynę jak potrafiła wszystko opanowywać i dyrygowała wszystkimi, spokojnie, pewnie, jednoznacznie.