Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 6 ). Meandry życia rodzinnego.

 

 Minęło trochę czasu od ostatniego wpisu z leszkowego pamiętnika .  Na razie nasz Kolega  milczy – może ma jakieś problemy a może tylko bardzo zajęty pracą czy rodzinnymi spotkaniami. Nie będziemy Go pytać, bo i tak nie pomożemy.  Ale z odległości która dzieli Polskę i Anglię i ostatnio jakby mentalnej, mówimy Tobie – trzymaj się , myślimy pozytywnie całą siłą naszego myślenia !

A teraz pora na tę „blogową kartkę” , która czeka od kilku dni , a zawarte w niej słowa Leszka tak wiele o Nim mówią i są niejako wykładem na temat ( może już dla nas nieprzydatnym – ale dla zaglądających tu Młodych – na pewno tak) – są pięknym Jego wykładem na temat jakże trudny „ jak można żyć” .

Temat znam z autopsji – trzy rodziny Brata – ile łez po drodze widziałam, ile mojej smuty – wiem jak ciężka jest to praca, by nadeszła akceptacja – BEZ CIEPŁA dawanego WSZYSTKIM KIEDYŚ bliskim – a przede wszystkim dzieciom – bez życiowej mądrości –  efekt , który uzyskałeś –  niemożliwy …

Podaję cały zaplanowany przed 10 dniami wpis pamiętnikowy , z moim listem do Leszka …

 Leszku kochany !  Pod ostatnim wpisie pamiętnikowym, gdzie był piękny i czuły list od Córki – Anuli oraz Twojego opisu , co potwierdza obecny tam  Jurek –  pogrzebu Twojej Cioci – Profesor Milanowskiej, kiedy to  szedłeś w kondukcie trzymając obie swoje byłe żony pod rękę  a potem w wielkim spokoju i komitywie wszyscy sobie rozmawialiście – Jurek będący świadkiem wydarzenia – był zadziwiony – jak tak można sobie ułożyć trudne przecież relacje rodzinne –  napisałeś długi komentarz z prośbą bym całości nie zamieszczała.  Wobec tego, komentarza  nie zaakceptowałam  ( dostaję mailem do moderacji) , ale wybrałam fragmenty i zgodnie z Twoją kiedyś wyrażoną zgodą pozwalam sobie podać  …..

 Oto one :

Zosiu, masz dar pisania, ciekawie , wartko , fajnie się czyta. ( oczywiście to tylko  kurtuazyjny zwrot  ale miły – taki „ głask „- za który dziękuję, bo  jak mawia moja córka, psycholog – człowiekowi potrzebne są „ glaski „ 🙂  )

 

Jak było pomiędzy nami ? Po pierwszym rozwodzie układaliśmy się spokojnie, na chłodno, ale z pełnym porozumieniem , myśląc od tym, co może być najlepsze w tej sytuacji dla dobra obu córek. Regularnie , co dwa tygodnie spędzałem weekendy z obiema, młodsza była ze mną przez pierwsze dwa lata, dopóki nie chciała wrócić do Mamy. Zawsze sprawdzałem im lekcje. Od początku widziały rozwój mojego drugiego związku. Wspólne wakacje ze wszystkimi dziećmi z ich młodszym nowym bratem , pod namiotem , nauka pływania od wieku 1,5 roku życia, kibicowanie zdobywania karty pływackiej w 5 – tym roku życia przez ich najmłodszego brata. Podziwiałem moją drugą żonę za pozbycie się naturalnej zazdrości i niechęci, choć Jej Mama początkowo nie była zadowolona. Jednak później stała się wspaniałą Babcią dla moich dwóch córek z pierwszego małżeństwa. Przed drugim rozwodem, zaproponowała mi mieszkanie u Niej, gdzie teraz jest mój polski adres.

Wydaje mi się , że przyczyną takich układów było pozbycie się nienawiści , choć początki bywały trudne. Tolerancja dla drugiej strony.

Umożliwienie wyrobienia sobie u każdego z członków rodziny własnego zdania wobec innych , unikanie ocen , zwłaszcza negatywnych. Pozytywne pozostawiając sobie samemu.

Najważniejsze –  to chyba nie przenoszenie własnych niechęci na dzieci, ochrona ich przed konfliktami dorosłych, podążanie za potrzebami dzieci a nie za swoimi. Dzieci zawsze kochają jednakowo oboje rodziców a jeśli znajdzie się na ich drodze tolerancyjny partner drugiej strony , to same wybierają według własnego systemu ocen. Bolesna jest rywalizacja o dzieci między rodzicami. Tylko dzieciom szkodzi. I tak kiedyś same ocenią i wybiorą lub pogodzą się z faktami.

Wielki na mnie wpływ wywarł przeczytany w liceum „ Traktat o życiu godziwym „ Tadeusza Kotarbińskiego i jego definicja „ opiekuna spolegliwego „- na którym można polegać. Polecam …

Jedyne  zdjęcie Leszka z młodości, z Córkami , które sam podał  na Facebooku . Już kiedyś tu zamieściłam …

Wszystkie zdjęcia przyrody w całym moim blogu są własne.

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 8 ). Rodzice.

Mariolko kochana  !!!

Po pierwsze, mam nadzieję, że mi wybaczysz ” uśmiechnięte buźki” , które  czasem wstawiam na końcu Twojej dowcipnej wypowiedzi. To jedyna ingerencja w Twoje teksty. Ale chcę wypunktować to, co dla mnie jest ” Rozbłyskiem ” Twojego pisania –  wartym zauważenia – bo wiem z doświadczenia, że ludzie czasem czytają pobieżnie i coś tak fantastycznego  może im umknąć …

A teraz kolejny list od Marii  J. czyli Mariolki :

napisałaś że mam pisać o rodzinie to napiszę trochę ja a potem czekam na Twoje opowieści rodzinne

i wkrótce przypływają zdjęcia z albumu Rodzinnego Marioli,  które  bez objaśnień wstawiam pomiędzy  poszczególne tematy Jej opowieści 

 

mama – była w domu z nami i dorabiała  malując abażury
wzory były różne – były też  Chinki, smoki i takie tam
abażury wystawiała na targach poznańskich
któregoś dnia podeszli Chińczycy – oglądali i zaczęli się bardzo śmiać
mama dochodziła  w czym rzecz – okazało się że między namalowanymi Chinkami umieściła jakiś znak chiński –  bo się jej bardzo podobał    –    a to było jakieś okropnie świńskie słowo  🙂

tata był z zawodu księgowym ( głównym w budowlanej dwójce która budowała m.in nasz akademik na Przybyszewskiego, Rataje)  a jego pasją była koszykówka.
w Gnieźnie był trenerem – m.in. Łopatki Mieczysława który w końcu grał w FBA w Stanach
wówczas był to naprawdę sport amatorski – koszulki i spodenki tato przynosił do domu, my odpruwaliśmy numerki , mama prała i potem przyszywała
żeby ułatwić mamie pracę,  tato kupił  na targach poznańskich pralkę – kwadratową, wirnik w dole bębna
radość wszystkich ogromna bo nikt czegoś takiego nie miał no i praca będzie lżejsza
trwało to do pierwszego prania – wirnik wyrywał w każdej koszulce i spodenkach kwadraciki  🙂

w ślady taty poszedł brat – został nie trenerem lecz sędzią – sędziuje do teraz mimo wieku a w najlepszym okresie nawet finał międzynarodowych zawodów w USA…
to była jego pasja a z zawodu był rehabilitantem

siostra już jako dziecko bawiła się w nauczycielkę – pisała z błędami a potem sama je poprawiała  🙂
była tak przejęta rolą że którejś nocy musiało jej się to śnić bo stanęła nad babcią i : zawołała – jak nie umiesz to do kąta i …zerwała kołdrę z przestraszonej babci …
Pasja została – do dziś uczy
( jest żoną  dyr. Szkoły Kenara w Zakopanem
Dlaczego tam ? wyszła za mąż za górala a jej teść był lutnikiem jednym z pierwszych w Polsce, założył klasę lutniczą w tej szkole. Na jego skrzypcach grało wielu skrzypków m.in.  Wiłkomirska…
jest pochowany na Pęksowym Brzysku  *

mąż też lutnik

jedna cecha nas łączy oprócz genów – żadne z naszych dzieci nie poszło w ślady rodziców – jedynie szwagier kontynuuje pracę swojego ojca

pomyślisz pewnie że w takiej rodzince to ja też sportowiec
i tu się mylisz – po znajomości ( wszyscy  wf -iści ojca znali ) miałam tróję z wf a oceny poprawiające z 2 dostawałam np. za to że pierwsza rozebrałam się na lekcje..

denerwowało mnie to więc w 2 klasie liceum zdałam egzamin na sędziego Lekkiej Atletyki
co sobotę i niedzielę sędziowałam więc jak takiej uczennicy nie dać 3  na koniec roku, prawda?
sędziowałam Szewińskiej- Kirszenstein, Sidle itd.

problem rozwiązałam sama przed rokiem
po udarze koleżanka dała mi skierowanie na rezonans i mówi : poprzednio badałam ciebie na leżąco więc albo wtedy nie zauważyłam albo teraz miałaś udar móżdżku
idę do domu, myślę (czasem mi się to zdarza  ) i nagle olśnienie :
przecież to wynik urazu okołoporodowego – stąd te kłopoty z równowagą od dzieciństwa ( nie jeżdżę na rowerze, łyżwach, nie zrobiłam stania na rękach, nie przeskoczyłam kozła i skrzyni)
I całe życie przynosiłam wstyd tacie że ma córę łamagę – jego koledzy to wszyscy którzy uczyli wf lub trenerzy

dziury w świeżej pamięci jednak mam
zrobiło mi się bardzo gorąco nie wiadomo dlaczego
powędrowałam do kuchni po wodę
tam jeszcze cieplej bo …. wygotowała się woda i przypaliła cała zawartość wstawiona na zupę 🙂
album rano zaniosłam do fotografa – mam odebrać o 16 już wszystko to wieczorem prześlę zdjęcia

 

 * Gdy przeczytałam w ww. liście , że  teść  Siostry  Autorki Pamiętnika , znakomity lutnik jest pochowany w Zakopanem na Pęksowym Brzysku. od razu pojawił mi się w oczach ten maleńki, ale wielkiego skromnego piękna cmentarzyk  zwany w Wikipedii Cmentarzem Zasłużonych.  Będąc  w Zakopanem, zawsze muszę tam zajrzeć – by w coraz rzadziej spotykanej ciszy posłuchać  jak bije  serce Zakopanego ….

A teraz do Ciebie mail , Mariolko  –  czytając Twoje listy, stale jestem pod wrażeniem – piszesz  krótko i lekko o  tylu  ważnych wydarzeniach i problemach swojego życia. Czytam po raz kolejny Twój tekst – zawsze mnie rozbrajasz i rozweselasz  nagłym jak wiosenna burza , niespodziewanym komentarzem  pełnym humoru i dystansu do siebie.  Mariolko , jesteś fenomenalna  – Twój minimalizm ma kształt doskonały. Pisz dalej, dla nas, dla potomnych, szczególnie dla swojego szefa – jak nazywasz Kubę, 4 letniego Wnuczka   

Nasza Julka…

Jula z dyplomem zda się, frunie ….sama usportowiona radość …..

Na chwilę musiałam przerwać wrzucanie tu Pamiętnika Kolegi, bo w zamyślenie nad Jego dziejami, nad dziejami naszymi, lekarskimi   wdarła się radosna  aktualna Młodość !!! Stało się to za przyczyną Julki, jak wiadomo naszej trzeciej Wnuczki, która właśnie się obroniła – wcześniej pisząc bardzo wartościową pracę- mamy oceny dwóch recenzentów, kwalifikujących ją jako prawie magisterską i stawiających ocenę bardzo dobrą, a przed 3 dniami zdała egzamin i już jest inżynierem” pełną gębą „ J Wprawdzie do pełni jeszcze pełniejszej zostały studia magisterskie, ale to już jeden duży skok. Dziewczyna ma poukładane w głowie, co nie zawsze idzie w parze z urodą. W tym wypadku tak jest !!! Dwa w jednym J

A WSZYSTKO zaczęło się tak. Oczywiście opowieść moja, babcina, może nie zgadzać się z prawdą, ale zawsze mogę poprawić, jeśli uznacie, że było inaczej….albo wpisać swoje w komentarzu- pożądane !!! dla przypomnienia- gdy się kliknie na tytuł wpisu to on się podkreśla a na dole tworzy się miejsce na komentarze J

Otóż w tym samym co na zdjęciu powyżej,  dostojnym gmachu  Politechniki Warszawskiej, pięknego dnia – pewnie latem to było-  zebrali się świeżo upieczeni studenci wydziału Inżynierii Lądowej . Pewnie, jak to na Politechnice, w przeciwieństwie do np. Akademii medycznej, dziewczyny były okazami rzadkich kwiatów. Nieco starsi, już zaawansowani w edukacji koledzy postanowili się wybrać pod tablicę, gdzie ogłaszano wyniki, by obejrzeć młody narybek. Oczywiście , jak wszyscy się domyślają nie chodziło o narybek płci męskiei  🙂

I tak do pewien drągal, choć o sylwetce sportowca i urodzie aktora filmowego dojrzał uśmiechnięte piękne, słodkie dziewczę , jak zawsze radosne,  o  oczach jak płonący wielki błękit, mieniący się zielenią .  W tych oczach dało się wyczytać wszystko: i ogromne czułe serce, i dobroć i umiłowanie piękna i smutę nagłą …… I on, doświadczony już wilk morski, najnormalniej zatonął w tym  jarzącym się błękicie  🙂

I tak się zaczęła Ich znajomość, pewnie i przyjaźń a przede wszystkim Wielka Fascynacja , Zauroczenie i Miłość ….

Nie byli gotowi do wczesnego zawierania więzów małżeńskich, pewnie mieli chwile zwątpień, ale dali radę 🙂

Któregoś upalnego dnia, lub nocy, na brzegu Morza Egejskiego, wśród starożytnej scenerii pobliskiej Troi, Efezu itp., gdzie mieszkają jeszcze duchy dawnych Greków a teraz najnormalniejsi Turcy, dwie komórki tej pary postanowiły się spotkać. Dwie maleńkie,  mikroskopijne komórki , może przypadkowo lub nie ( zastanawiające), postanowiły stworzyć maleńką istotkę , w dodatku Dziewczynkę….

…..I tak to one, te dwie zakochane w sobie, ciupeńkie  komórki, zdecydowały, że  ślub Ewy i Marcina był iście królewski. Ten drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia stał się dla Nich i dla nas istnym majem, wiosną życia…. Odbył się w małym, krągłym kościółku, przy ul. Gdańskiej, który ufundował Jan Sobieski swojej Marysieńce. Romantyczne  to miejsce wypełnione tą legendarną miłością, posadowione  na wzgórzu nazwanym potem Marymont ( w tłumaczeniu : Wzgórze Marii)  , patrzące na Wisłę, szeroką, trochę leniwą miejscami, ocierającą się przymilnie o przyniesione z nurtem  piaszczyste łachy, lecz  nieustannie płynącą  do swojego morza. Ta piękna, całkiem nieuregulowana królowa naszych rzek, była wtedy jeszcze widoczna ze wzgórza zda się u stóp zakochanych, choć oddzielona osiedlami chałupek i nowych wieżowców  , położonych  w dole, w  pradolinie którą sobie przed milionami lat wyrzeźbiła ta rzeka….

…równie piękne przyjęcie w dużej Sali przy Teatrze Komedia- wszystko jak z cudownego filmu….całość ubarwiała trzyletnia może dziewczynka, która ganiała pomiędzy dorosłymi , tylko jej płowe włosięta fruwały, a gdy zaczynali grać- pierwsza biegła na parkiet. Znad stołów widać było tylko jej fruwające kudełki… To była pierworodna córka Justyny, Weronika. Od tej pory, a może już wcześniej bardzo pokochała chłopaka, a potem męża Ewy –Marcina, drugiego w naszym rodzinnym kręgu  i chyba z wzajemnością, bo wprawdzie  już nie siada mu na kolanach, jak kiedyś,  ale stale jest ciepło pomiędzy nimi…

….Gdy jesień już była w rozkwicie , a może właśnie  mierzyła się z zimą, nie pomnę, wychodząc do pracy, usłyszałam ciuchutkie wołanie Ewuni – mamo…. Cofnęłam się od drzwi wyjściowych, otworzyłam drzwi pokoju skąd dochodził głos – z niejakim lękiem- o co chodzi ? Na tapczanie , po lewej stronie pokoju leżała jeszcze, bo był bardzo wczesny poranek-  nasza mała córeczka – zawsze mała, choć miała wtedy już swoje lata- przysiadłam obok , a ona szeptem nieomal, jakoś lękliwie , powiedziała- jestem w ciąży. Jakże się ucieszyłam, wyściskałam. Nieomal ze łzami mówiłam, że to wielkie szczęście, taka wiadomość, bo dziecko to najpiękniejszy Dar. Córeczka chyba została uspokojona, a ja pognałam do swojego CZD, bo daleko było, na skrzydłach z tą wiadomością w głowie, sercu i oczach…..

….Gdy lato było już za drzwiami, wracałam sobie najspokojniej ze Zjazdu w Sztokholmie , spokojnie , bo do terminu porodu Ewci jeszcze chyba były dwa tygodnie, gdy na lotnisku Mirek i chyba nasz syn- takoż  Marcin witając mnie , oświadczyli, że Ewa już w  szpitalu. Tradycyjnie, jak wszystkie nasze Wnuki, tam lądowały ich brzuchate jeszcze Mamusie . Oczywiście, wszyscy wiedzą gdzie…ano nad Wisłą, przy ul. Karowej, w Klinice Położniczej, gdzie jak nasz Rodzinny Anioł Stróż czuwała Magda Broś. Ta młoda adeptka sztuki położniczo- ginekologicznej, o wielkiej sile osobowości i niesamowitym nosie położnika, wprowadzała  na ten świat nasze rodzinne pisklęta.

Już nie chciałam do domu, tylko z lotniska pognaliśmy czterema kołami prosto do szpitala. Ewunia miała bóle, jej mąż, Marcin czuwał w pobliżu i z dala równocześnie i zda się, że jednak był zdenerwowany- ale na pewno przejęty. Już nie pomnę detali…..pobyłam jakiś czas przy Ewuni mojej, ale nadeszła pora by wpaść do domu i przynajmniej schronić się pod prysznicem. Zostawiłam więc moje Dziecko, które oznajmiało, że chce znieczulenia nadoponowego- co wówczas dopiero wchodziło tak szeroko jak teraz, w praktyczne użycie. Ja, stary pediatra miałam jakieś lęki , że poród wtedy jest jakby nienaturalny ( no cóż, przeżyłam swoje cztery bez takich ułatwień) . Tak dalece nie byłam pewna jej decyzji, że ostatecznie po prostu stamtąd uciekłam, zapewniając, że niebawem wrócę. Zresztą z naszego Żoliborza daleko nie było, więc faktycznie wróciliśmy po niedługim czasie. Ewunia leżała wprawdzie na łożu boleści, ale z szerokim uśmiechem na buzi, co oznaczało, że już jest” pod wpływem „ leków o które prosiła… samej akcji porodowej nie widziałam, bo pewnie znowu gdzieś wybyłam- tylko potem już Maleństwo , jeszcze ocieplane w cieplarce, choć otrzymało , jak trzeba 10 punktów….śliczna byłaś Juleczko, śliczna od tych pierwszych dni……

A teraz nam wyrosłaś na dorosłą , choć jeszcze bardzo młodą kobietę….niech Ci się darzy w życiu, w Miłości, w zawodzie który wybrałaś,  z rodzicami którzy Cię kochają najbardziej i  z przystojnym i mądrym Bratem Michałem,  a także z całą naszą niemałą rodzinką ,  wśród  ludzi tylko dobrych , niech Ci się darzy…..

Jula z bratem Michałem ….ile mogli mieć wtedy lat ???? ….nieco szaleństwa i siła spokoju  ? 🙂 zdj ze zdjęcia 🙂

Ślub Ewy i Marcina Gregorowicza….

a to wspomnieniowo….myślę, że i wybaczycie, ale tak mi przyszło by pokazać to zdjęcie……

Jedno z ostatnich wspólnych Świąt Bożego Narodzenia ze Stefanią Łukaszewicz z d. Jakubiec  ( ur. 1907-zm.2000) , Wacławem Łukaszewiczem ( ur. 1908- zm. 2002). Od lewej stoją Mirek Konopielko ( ur.1935- ), w tyle Marcin Konopielko ( ur.1973- ), Ewa Gregorowicz z d. Konopielko ( ur.1970- ) z opisaną tu Julką na rękach ( ur.1995- ),  za nią fragment Justyny Jędrych z d. Konopielko ( ur. 1969- ), przed Justyną Paulina Rosińska z d. Konopielko ( ur.1979- ), za nimi Marcin Gregorowicz ( ur.1968 – ), potem Zofia Konopielko z d. Łukaszewicz ( ur. 1947- ), z Dorotką  ( ur. 1993- ) na rękach , w prawym dolnym rogu- Weronika Jędrych ( ur.1991- )

Oczywiście jeszcze wtedy nie było pozostałych członków Rodziny, których tu wymieniać nie będę, bo wszyscy wiedzą z kim się spotykamy w każde Święta  Bożego Narodzenia i jest to dzień Najważniejszy cementujący rodzinę………….

 

WIELKANOC – noc CUDU ….

Już świta, deszcz za oknem- właśnie dokonuje się CUD- za godzinę REZUREKCJA- ZMARTWYCHWSTANIE ……

Po wczorajszej wspólnej Uroczystości -fantastycznej –  przesuniętej w fazie z racji planów wszystkich naszych rodzin, by dalej jechać – gdzie zgromadziło się 19 osób- wszystkie w ciągu naszych 50 ( niebawem) lat małżeństwa się od nas  wywodzą lub ” przylegają ” – myślę o innych ….sięgam do wpisu sprzed 2 lat- bo ta RODZINA jest stale w moich myślach- choć wiem, że te myśli  im nie pomogą- że muszą sami dźwigać swój KRZYŻ ….tak już jest stworzony ten  świat..

 

 

Życzenia Wielkanocne

Miało być jak zwykle. Zwykłe lapidarne życzenia. Takie jak np. :

Z okazji nadchodzących wielkimi krokami wiosennych Świąt Wielkanocnych życzę Wam, Kochani, Zdrowia, Szczęścia i Radości.

Ale będzie trochę inaczej.

Będzie o Michasiu i Czarku. Moich dawnych pacjentach, już dawno pełnoletnich, którzy z okazji każdych Świąt nadal przysyłają mi kartki. Pisze  ich Mama, bo im  Los zaraz po urodzeniu odebrał wzrok.  Za to hojnie obdarował  chorobami licznych narządów ale  dla równowagi dała uśmiech, łagodność, pogodę ducha. Dał też Im Rodziców, którzy zasługują na miano Świętych za życia.

Nigdy  nie zapomnę tej Rodziny. Widzę Ich twarze, zachowanie, twarze” pokerowe” rodziców „ ubrane w pogodę ducha” i wesołe baraszkowanie misiowatych chłopaków. Przybywali ze swojej maleńkiej wsi oddalonej o przeszło 100 km , starym Maluchem, zawsze punktualni, skromnie, ale ładnie ubrani . Dzieci zadbane. Pewnie bardzo oczekiwane, duma, że synowie, najpierw Czarek – po dwóch latach Michaś. Taki sam , niestety ten sam zespół. Gdyby chociaż dziewczynka, byłaby zdrowa, ale byłaby nosicielką tego tragicznego genu. Ale co dalej? Jakie miałaby dzieci…… ci młodzi wtedy rodzice może nie wiedzieli, że tak może być, że dwaj ich synowie  będą tak samo chorzy-  poradnictwo genetyczne było wtedy skromne. Potem porada taka już nic nie dała- rozpoznanie suche na kartce-  zespół taki i taki. Jaskra wrodzona, operacja, głębokie  niedowidzenie, wada nerek, teraz już dializy, niewielkie opóźnienie w rozwoju,  deformacje kostne bo otyłość i nerki niewydolne i jeszcze ta padaczka….wszystko poukładane, jednakowe, przewidywalne, tylko co dalej? Walka, próba jakiegoś leczenia tylko objawowego, w które zresztą nie wierzyli, wizyty systematyczne u różnych specjalistów. Dobrze, że CZD byli w jednym gmachu, potem już pełnoletność synów i jeżdżenie z nimi po okolicznych miastach z każdym problemem i czasem listy do mnie, że działają, że walczą i jest jak jest, i bez żalu i słowa skargi. Niezwykli. I jeszcze pole nie obsiane i bydlęta głodne…..

Tylko te spracowane dłonie

Gdy wszyscy wchodzili do gabinetu w CZD, to jakoś jaśniało. Pomimo tragizmu sytuacji czuło się ich siłę, jakieś pogodzenie z losem ale i w tym siłę.

Wówczas przychodziło myślenie, z symbolicznym „ biciem się w piersi” że mam brak pokory, że narzekania, że nasze problemy wobec tamtych maleńkie i że to jest grzech , wielki nasz  grzech – wyolbrzymiać, przewidywać najgorsze i się żalić.

Nigdy tego od nich nie słyszałam.

Pewnie płakali w ukryciu, że roli nie będzie miał kto uprawiać, że gospodarzami nigdy nie będą ich synowie i że tak ich los doświadczył. Pewnie płakali Ci Rodzice. W skrytości, bo sąsiedzi patrzyli.

Ale do mnie przynosili swoją łagodność uśmiech zatroskany i jak wspomniałam wielką siłę.

A cóż ja im mogłam dać, tylko uśmiech dawałam.

Uśmiech , którym zakrywałam ból ściśniętego serca, i pytanie  gdzieś w środku zamknięte, nigdy nie wypowiedziane przy wielu też innych rodzicach przewlekle chorych dzieci.  Dlaczego?  Gdzie jest ten ponoć sprawiedliwy Bóg?

.

I to by było na tyle. Za dużo napisałam, za obszernie, zbyt emocjonalnie i przez to chaotycznie. Ale jestem z Nimi, szczególnie w takim dniu kiedy to Chrystus Zmartwychwstał…..

 

Pomyślmy więc o Nich, Kochani , w tę cudną radosną Wielkanoc, przy okazji dzielenia się jajkiem i składania życzeń . I potem gdy owies zielony i pisanki i baranek na świątecznym stole i szynki i baby wielkanocne. …

Pomyślny   o Tamtych Ciężko Doświadczonych. O Czarku i Michasiu i o wielu innych którym cierpienie dano i o ich Rodzicach- Świętych za życia.

Może jednak dobry Bóg popatrzy i zobaczy, posłucha i usłyszy  a w swej Łaskawości da Im siłę i pozwoli  przetrwać …..

Trzymam w ręce pocztówkę od Chłopaków , a tam napisano, że nadzieja jest….

” Radosnych Świat Wielkanocnych wypełnionych nadzieją budzącej się do życia wiosny „….

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Bliny mojej babci.

Lot nad własnym ziemskim losem ( 13 )

Radość z osiedlenia w pobliskiej Trzciance babci i części kresowej rodziny.

 

Z wielką radością przywitaliśmy wiadomość, że w niedalekiej Trzciance osiadła część naszej rodziny. Przyjechała więc babcia, ciotka będąca moją matką chrzestną, krawiec Majewski oraz wielu młodych rakowian, w tym mych kuzynów. Po takiej wiadomości prawie co niedzielę wyjeżdżaliśmy do Trzcianki, aby uściskać najbliższych a przy okazji najeść się blinów, przyrządzanych przez babcię z ogromną wprawą. Do dziś pamiętam serdeczne spotkanie z kuzynami Zygmuntem Majewskim i Tadeuszem Rutkowskim.

   

Losy moich Rodziców. Normalizacja życia rodzinnego.

Wydawało się, że życie Mamy i całej rodziny jakoś się normalizuje.

Tato przyjeżdżał co tydzień do domu i sielanka rodzinna mogła rozkwitać.

Postanowili, że będę mieli jeszcze jedno dziecko.  Z radością oczekiwali na to dziecko.

Ich starszy syn, Zenon miał już 6 lat i lubił zabawy z synem właścicieli domu- Kolą oraz samotne wyprawy do pobliskiego lasu.

Gdy wracał, opowiadał Mamie, jak tam było pięknie.

Miał romantyczną liryczną i wrażliwą naturę.

Na medycznej ścieżce. Dobra rodzina mimo wszystko…

W swoim rejonie miałam też bardzo sympatyczną i niezwykłą rodzinę .

Zwracała powszechną uwagę  wyraźna ułomność pani domu skontrastowana z anielską  urodą jej twarzy .

Czasami spotykałam bardzo przystojnego  ojciec  tej rodziny, gdy zdążał z siatą pełną zakupów do niewielkiego bloczku, gdzie mieszkali.

Pani G. jak napisałam,  miała twarz anioła i pomimo znacznej wrodzonej wady kręgosłupa, urodziła 4  dorodnych dzieci.

Tworzyli piękne duchowo stadło. Opiekowali się sobą nawzajem, byli pogodni i uczynni w stosunku do innych.

Ich dzieci były fajne, ładne , uczyły się dobrze i niektórych spotykałam po latach, gdy już założyli swoje rodziny.

Od nich się dowiedziałam, że pani G. już dawno nie żyje, namęczyła się biedaczka, bo miała zniekształconą klatkę piersiową i związaną z tym mniejszą objętość płuc ze skutkami w postaci zaburzeń budowy i pracy serca. Już w czasie naszej znajomości , gdy miała około 40 lat , uskarżała się na  uporczywy kaszel, nawracające infekcje oskrzelowo- płucne, męczyła się łatwo. Mimo tego była uśmiechnięta i aktywna zawodowo….

Byli to może zwykli a może niezwykli, dobrzy i mili ludzie, którzy pozostali w mojej pamięci . Nie  muszę  zamykać oczu, by ich dokładnie widzieć….

Losy moich Rodziców. Mama już jest damą w swojej Godziszce.

W Bielsku czekała ich jeszcze jedna przesiadka do pociągu do Łodygowic.

U celu podróży koleją czekał brat- Szczepan i wystrojoną świątecznie bryczką dowiózł towarzystwo do domu rodzinnego dziadków.

Jakoś pewnie nic szczególnego tam się nie działo, bo Mama nie wspominała tamtych czasów.

Myślę, że Jej pozycja w domu rodzinnym była już zupełnie inna.

Była samodzielna, zarabiała całkiem nieźle, umiała się ubrać.

Po wcześniejszym bardzo skromnym trybie życia, uznała, że należy dbać o siebie. Dość często bywała w Wilnie, odwiedzając męża i tam zaopatrywała się w kapelusze i piękne suknie.

Teraz w Godziszce pewnie błyszczała.

Pozbyła się akcentu, którym  mówiły moje ciotki , miała skrystalizowany pogląd na świat i pewnie udzielała porad rodzeństwu.

Pewnie tak było, bo całkiem niedawno jedna z kuzynek , która mieszka stale w górach wspominała z dwuznaczna miną, że ciocia zawsze  usiłowała ich wychować.

Myślę, że tak było, miała do tego prawo a jak to zostało odebrane, to druga strona medalu….

 

 

 

Losy moich Rodziców. Zaproszenie na rozmowę.

Załamany Wacław wrócił do domu i o wszystkim opowiedział Rodzicom.

 Było im bardzo żal syna, smutno i przykro…. Wacław wyjechał do pracy.

Jednak zaplanowanego ślubu nikt nie odwołał i jego termin zbliżał się coraz bardziej.

Wyznaczono go na 14.czerwca 1932 roku.

Może przypadkowo, a może celowo ta data sąsiadowała z urodzinami Taty. Urodził się bowiem w Rakowie 15 czerwca 1908 roku.

W domu Łukaszewiczów wrzało, dyskutowano nad tym, co należy zrobić, by pomóc młodym.

To, że się kochali, było widoczne na odległość.

Wreszcie po rodzinnej naradzie Tomasz , mój dziadek, zaprosił Mamę na podwieczorek.

W tym czasie Stanisława musiała nagle wyjść z domu. Jak mniemam wyszła celowo, by ułatwić rozmowę.

 W domu poza Tomaszem nikogo nie było.

Ojciec Wacława zaprosił Stefę do stołu, przyniósł samowar, podał herbatę.

Byli sami w atmosferze sprzyjającej szczerej serdecznej rozmowie.  

Wigilia 2012 roku w Michałowicach.

 

 

 

 

 

 

 

oczekiwanie….

 

 

 

Wedzia z Patkiem( 3 mies)  i Dora ( lat 19)

 

 

 

Dziadek z Patkiem- najmłodszym wnukiem, Justyna- najstarsza córka. W tle Paulina, nasza najmłodsza córka z mężem Albertem Rosińskim.

 

 

Justyna( lat 43) – nasza najstarsza i Wedzia( lat 21) – jej córka starsza

 

 

 

Wedzia, Witon i Jula( lat 17)

 

Witonek, czyli Wiktor Rosiński- starszy syn Pauliny i Alberta- ma 4 lata i 3 miesiące.

 

Mirek, Michał( lat 12) i Jula z ojcem- Marcinem Gregorowiczem, mężem naszej Ewy. Jego Mama jest gorzowianką jak ja:)

 

 

 

 

Ewa( lat42),jej syn Michał i Jula Gregorowiczowie.

 

 

W domu Ewy i Marcina.

W przeddzień Wigilii Ewa zorganizowała u siebie pieczenie ciasteczek, zaprosiła wszystkie nasze wnuczęta.

Dobrze, że tam  był Marcin z Majką i Mikołajem, bo następnego dnia przeziębieni mocno pozostali w domu.

 

 

Jedynie Leza nie była zadowolona z takiej ilości gosci i zajęła bezpieczne miejsce. Ale potem się rozchmurzyła (*-*)