Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 12 ). „ Gdzież był wtedy ten Bóg Wszystkowidzący …. „


Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

21 września 1939 roku o godz. 6 rano, żona wstała i odchodząc, powiedziała mi, że idzie do rodziców w Cicinie, by ich powiadomić, że ja już otrzymałem nominację na dyrektora szkoły w Sukniewiczach.

Nie przeszło pół godziny, gdy słuchając już porannych wiadomości radiowych , zobaczyłem przez okno, że na oklep na koniach rodziców jadą szwagier Piotr i młynarz.

 W tejże minucie wpada do mieszkania zalana łzami żona, która mówi, że w Cicinie wszystkich wymordowali bandyci, tylko zostali : Piecia ( Piotr)- Jej brat  i młynarz, bo nocowali w stodole. Przynagla mię, żebyśmy tam natychmiast szli.

Ta wiadomość tak na mnie podziałała, że zdrętwiałem i tylko wyrzekłem, że nigdzie nie pójdę.

 Po kilkunastu sekundach zacząłem myśleć, że to pewnie ci wymordowali, których gnałem z pewną grupką ludzi dwa dni temu wstecz. To oni się zemścili.

Szok minął po paru minutach. Wziąłem żonę na ramę roweru i pojechaliśmy do wymordowanych rodziców. Młynarz i szwagier jechali za nami na koniach.

Po dwudziestu minutach byliśmy na podwórku zamęczonych. Tam spotkaliśmy grupkę smutnych sąsiadów. Zsiedliśmy z roweru i żonę prosiłem, żeby nie wchodziła do domu.

Sam natychmiast skoczyłem do okna od kuchni by zobaczyć okropność- mord.

Spojrzałem przez okno i zobaczyłem wewnątrz kuchni rozpłatane ciała, okrwawione z i podciętymi szyjami, leżące na podłodze cementowej. Wstrząśnięty tym widokiem krzyknąłem: „ Pomści się ta krew!”.

Do wnętrza mieszkania dotychczas jeszcze nikt nie wchodził, oprócz szwagra i młynarza. Idąc do drzwi sieni znowuż uprzedziłem małżonkę, by została na dziedzińcu, bo wewnątrz: „ Sodoma i Gomora”.

Otwieram drzwi do sieni: pełno krwi, przeskakuję kałuże, otwieram drugie drzwi do kuchni: tu także wszędzie na podłodze krew, krew i ciała z podwiązanymi rękami w tył i nogami oraz poderżniętymi gardłami. Tu znajduje się pięć osób: jedna leży na rozebranym łóżku- służąca, przy jej łóżku siostra żony Bronia- 16 letnia uczennica w pełni życia i urody, tuż- brat Janek, chłopak12 – letni, dalej brat- Zdzisiek- 8 lat i brat Pawełek – rówieśnik naszego synka- Mirka. ( Gdybym go nie zabrał z tej gościny trzy dni temu- spotkałby go taki sam los.)

O k r o p n e !

Rodzice byli zamordowani w piwnicy, znajdującej się w pokoju sypialnym pod podłogą. Ojca ze związanymi rękoma i nogami jeszcze skrępowali powrozami w kłębek i przebili mu serce nożem. Matka, która leżała tuż obok ojca miała także związane ręce, nogi i poderżnięte gardło. Usta jej zakneblowali szmatami, aby nie krzyczała.

Po obejrzeniu tych okropnych widoków udałem się do gościnnego pokoju. Spojrzałem na otwarte szuflady w stoliku i zobaczyłem tam porżnięte kłębki z nićmi. To dowód, że bandyci szukali złota i dolarów.

W stoliku znalazłem swój dyplom ukończenia Wyższego Kursu Nauczycielskiego.

Na podłodze zobaczyłem małe dziecięce stopki we krwi kierujące się za dużą donicę z oleandrem.

Po wyjściu z domu zorganizowałem grupkę ludzi, która mi pomogła uporządkować umęczonych. Wnieśliśmy ich do dużego mieszkania i ułożyliśmy na słomie przykrytej prześcieradłami, a ich ciała przykryliśmy białymi prześcieradłami z rąbkami  uchylonymi, by można było widzieć ich twarze.

Dopiero teraz, po uporządkowaniu pomordowanych, wprowadziłem żonę do pokoju. Widok, w bestialski sposób umęczonych : rodziców, siostry, trzech braci wstrząsnął ją tak mocno, że padła na kolana i zalała się gorzkimi łzami, łkała i trzęsła się cała. Ja, trzymając ją pod rękę, by nie zemdlała, także roniłem rzęsiste łzy.

 I myślałem, gdzież był Ten Bóg Wszystkowidzący męki niewinnych czworga dzieci, pracowitych i dobrych dwojga rodziców?. I mord  7 ofiary –  obcej pracowitej  dziewczyny – służącej-  którą umęczoną już zabrał jej brat do swego domu i tam ją pogrzebał.

 Gdy małżonka uspokoiła się, opuściłem ją, udając się na podwórko, gdzie zorganizowałem stolarzy do urządzenia 6 trumien, grabarzy do kopania grobu.

Z kolei wysłałem człowieka do księdza w Smorgoniach, by się umówił z nim, na którą godzinę mamy przybyć z pogrzebem na cmentarz.

Zarządziłem nakarmić trzodę chlewną, bydło, konie i inne zwierzęta domowe, które rykiem, beczeniem i szczekaniem nie dawały spokoju.

 Szukałem również gospodarza, któryby się podjął zamieszkać i gospodarzyć w tym folwarku Cicinie. Zgłosił się na to stanowisko mój sąsiad ze wsi Kołpiei. On tu pracował kilka lat w charakterze parobka.

 Nikt z krewnych przybyłych na pogrzeby nie ośmielił się tu żyć.

Ludność na  osiedlach w  czasie tego bezprawia bała się spać i we własnym domu. Schodzili się po kilka rodzin na noc do jednego sąsiada. Krewni, którzy przybyli na pogrzeb, nocowali przy ognisku, które paliło się przez całą noc na podwórku. Ja z małżonką nocowaliśmy także u sąsiadów we wsi.

W ciągu nocy trumny były zrobione.

W pięciu trumnach złożono sześć osób, najmłodszego – 2 letniego synka Pawełka złożono razem z matką.

Wszystkie trumny postawiliśmy na trzy wozy w konie zaprzęgnięte.

 Na innych trzech furmankach usiedli obecni krewni na pogrzebie.

Córka- moja żona, syn Piotr i brat mojego teścia usadowili się obok przy trumnach umęczonych rodziców.

Pogrzeb ruszył z jękiem i ze łzami na cmentarz w Smorgoniach ( 12 km od Cicina).

Żeby ksiądz mógł spotkać jadący pochód, ja pojechałem szybko na rowerze i powiadomiłem go o zbliżającym się pochodzie.

O godz. 12 .00 ksiądz spotkał jadących u wrót miasteczka.

 Po zorganizowaniu się- pochód pogrzebowy ruszył przez ulice miasteczka na cmentarz.

Tłumy mieszkańców odprowadzały tragicznie zmarłą- zamordowaną w bestialski sposób rodzinę spokojnego, pracowitego mojego teścia – Jana Wojciula.

Pochowani są w jednej mogile na wschodnim brzegu cmentarza w Smorgoniach….

c.d.n.

Ostatni spacer po Lwowie.

 

 

Łazimy po wąskich uliczkach, niektórych stromo wspinających się na zbocza wzgórz. Musimy uważać, bo wprawdzie wszędzie są chodniki, ale przejście na drugą stronę ulicy bywa niebezpieczne. Zwłaszcza, gdy się uwierzy, że niedzielne życie mieszkańców Lwowa płynie leniwie. Środkiem jezdni czasami przejeżdża czerwony tramwaj albo trolejbus, przemykają samochody osobowe. Rozpoznajemy wśród nich i prastare Łady czy Zaporożce, ale dużo jest nowych, dorównujących jakością innym, poruszającym się w miastach Europejskich.

 Idziemy cienistą stroną ulicy, pod ścianami pięknych wysokich kamienic. Jak już pisałam wcześniej, czasami mam wrażenie, że jestem w Gorzowie lub Bielsku Białej. Styl i wystrój kamienic jest podobny, wszak to były w XIX wieku dwa nieomal bliźniacze zabory- Niemiecki i Austriacki. Część kamienic  ma nieco zniszczone elewacje, ale zostały ślady dawnej świetności, czasami tylko wydaje się, że spadnie nam na głowę balkon, z cudną metalową balustradą, na którym stoi grupka młodych rozbawionych ludzi.

Ponownie oglądamy pałace, uczelnie i tonące w zieleni kampusy. Jeszcze rzut oka na śnieżne zbocze Cmentarza Orląt Lwowskich.

I obiad w restauracji, nowej, ładnej i czystej. Jedzenie podano tam smakowite. Oczywiście odwiedziliśmy wc- nie powstydziłby się tego wnętrza wc paryski.

I już w autobusie, drzemiąc, leniwie obserwujemy znikający w tle Lwów, miasto na siedmiu zielonych wzgórzach, kolorowe, pięknie zdobione. Pomiędzy koronami drzew błysnęła jeszcze komunijna biel cmentarza Orląt Lwowskich . 

Zostawiamy to miasto, z uczuciem, że jest jak matka, trochę zapomniana, porzucona, ale własna.

Ubrana w swoje stare koronki ( to takie moje porównanie koronkowych poszarzałych miejscami elewacji) , czeka na nasz ponowny przyjazd.

 

 

 

Cmentarz Orląt Lwowskich

 

Orlęta Lwowskie. Cmentarz.

Cmentarz Orląt Lwowskich.

 

 To jakby druga strona monety. Przeciwległe zbocze wzgórza Łyczakowskiego. Ze starego cmentarza przechodzimy na teren śnieżnobiały. Wydaje się , że zbocze założyło sukienkę komunijną.

Przedtem taki nie był, ale Rosjanie we wczesnych latach 70 ubiegłego wieku buldożerami zniszczyli wszystkie groby Orląt Lwowskich.

Polacy pracujący na terenie nowopowstałego państwa- Ukrainy, szczególnie ci, z grupy Energopol, podjęli heroiczny wysiłek, by odtworzyć ten cmentarz. Musieli uzyskać zgodę władz Ukrainy. Działo się to w okresie, gdy prezydentem Polski był Aleksander Kwaśniewski a Ukrainy- Juszczenko. To było chwilowe ocieplenie wzajemnych relacji i wtedy właśnie się udało. Ukraińcy wyrazili zgodę. Pozostało tylko zgromadzić pieniądze. Po powrocie do domu muszę porozmawiać z sąsiadem z działki w Gulczewie nad Bugiem- Andrzejem Skrzypcem a także z Zygmuntem Trześniewskim- kolegami Mirka, bo oni właśnie tam pracowali, m. in. byli szefami budowy elektrowni atomowej w Kursku.

Orlęta Lwowskie to piękna nazwa młodych Polaków, obrońców Lwowa z lat 1918- 1920 w czasie wojny polsko- ukraińskiej ( 1918- 1919) i polsko – bolszewickiej ( 1920).

Lwów od XIV wieku należał do Polski, od kilku stuleci był zamieszkiwany w większości przez ludność Polską- w 1918 roku procentowy udział Polaków zamieszkałych we Lwowie był wyższy niż w Warszawie czy Poznaniu. Stanowił on około 60 % ogółu, pozostałą część stanowili Żydzi ( ok. 30%) i Ukraińcy ( około 10 %)- nazywani wówczas również Rusinami.            

W tym okresie nie było we Lwowie polskich oddziałów wojskowych, bo zostały wysłane przez władze austriackie w inne regiony Europy. Cofający się zaborcy austriaccy praktycznie oddali miasto oddziałom ukraińskim, ściągniętym celowo do Lwowa.

Ale  gdy oddziały Budionnego zbliżały się do miasta,  uczniowie, studenci, robotnicy, urzędnicy- młodzi chłopcy i dziewczęta praktycznie gołymi rękami, a później zdobytą już bronią rzucili się do obrony swego miasta. 

W sumie w walkach po stronie polskiej brało udział 6022 ludzi ,  spośród których 1421 nie przekroczyło 17 roku życia. Najmłodszy bojownik miał zaledwie 9 lat. Jeden z nich, 13- letni Antoś Pietrykiewicz, został najmłodszym w historii kawalerem Orderu Virtuti Militari.

Przeciwnikami „ orląt Lwowskich” w drugiej fazie walki o Lwów w roku 1918 byli Ukraińscy Strzelcy Siczowi- wojskowa formacja złożona z Ukraińców, stworzona na podobnych zasadach jak Legiony Polskie.

Jak to się stało, że udało się uratować polski Lwów, trudno zrozumieć.   Ale tak było. …

Teraz leżą jakby w swoich śnieżnobiałych sukienkach komunijnych, pod krzyżami z miejscowego przepięknego kamienia o niezwykłym wyglądzie krystalicznego wapienia i śpią i śnią swój sen o wolności. A może tylko ich duchy unoszą się nad Lwowem , niezależne i bezpaństwowe . Tak, tam się czuje obecność tych duchów….

 

W tle tej opowieści jarzy się w mojej głowie  gorzowska „lampka”. Otóż mieszkałam przy ulicy kiedyś nazwanej Nowotki, ale potem przemianowanej na ul. Orląt Lwowskich. To oczywiście przypadek. Ale jak , będąc we Lwowie nie pamiętać o mojej ulicy w mieście , gdzie się urodziłam, na zboczu pięknego gorzowskiego  wzgórza. Ech, Orlęta Lwowskie , moje Orlęta Lwowskie…..

Lwów- Cmentarz Łyczakowski i polski chłopak…

 

Na zboczach jednego ze wzgórz Lwowa rozłożyło się miasto umarłych.  W tym miejscu w XVI wieku grzebano zmarłych na dżumę a pozostałych na cmentarzach przykościelnych.

Po I wojnie światowej , gdy Lwów znalazł się w zaborze austriackim, władze Austriackie zleciły specjalnym dekretem z 1783 roku , likwidację dotychczasowych cmentarzy i wytyczenie nowych, poza obrębem miast.  Wtedy powstały nowe cmentarze w każdej z dzielnic Lwowa., wśród nich Cmentarz Łyczakowski.  Należy on do najstarszych nekropolii w Europie. Został założony w 1786 roku. Dla porównania warszawskie Powązki powstały w 1790 r., a wileński Cmentarz na Rossie w 1801 r., Rakowicki w Krakowie i Pere- Lachaise w Paryżu założono w 1803 roku.

Z namaszczeniem wkraczamy na teren tego cmentarza.

Właśnie Duchy mają sjestę.

Jedynie widzimy drzemiące nagrobki. Każdy z nich jest dziełem sztuki. Większość zachwyca dynamiką przedstawianych obiektów, zaklętym w kamień uczuciem i misternym wykonaniem. Spośród licznych pomników, w pamięci zostają prace Juliana Markowskiego. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć…

Chwila milczenia przy grobie Marii Konopnickiej , Gabrieli Zapolskiej, Artura Grottgera.  Wzrusza niewielka tablica z nazwiskiem Stefana Banacha ,wmurowana na dole pomnika Riedlów, którzy przygarnęli tego wielkiego matematyka do swojej ostatniej ziemskiej posiadłości.

Naszym przewodnikiem po Lwowie jest chłopak ciemnowłosy, o niezwykle  wymodelowanych  , jakby wyrzeźbionych nozdrzach. Nigdy takich nie widziałam, a przecież widziałam niemało w swoim życiu.  W pewnej chwili zwracam na to uwagę Grażyny. Ona mówi, że też zauważyła , ale już wcześniej takie widywała  u Tatarów, którzy mieszkali niedaleko jej rodzinnego domu,  w Bielsku Podlaskim.

Tutaj wszystko możliwe, wszak w lwowskim tyglu mieszały się różne nacje.

Chłopak opowiada, że został tutaj z babcią , jest Polakiem i spełnia swą powinność, pokazując to miasto polskim wycieczkom.

Na marginesie rozmyślam nad losami Polaków, którzy po II wojnie światowej nie wyjechali do Polski, zostali na swoich ziemiach, ryzykując prześladowania rosyjskie i ukraińskie. 

Czy uchodźcy byli odważniejsi- zostawiając swoje domy i wyjeżdżając w nieznane?- czy ci, którzy pozostali? Trudno rozróżnić. Jedni pożeglowali za duchem, swoim Polskim duchem na obce ziemie, a drugich  trzymała ta ziemia, własna ziemia i próbowali przetrwać tutaj, czule pielęgnując swoje polskie dusze.

Gdy chłopak recytuje strofy wierszy poetów polskich, starannie dobierając teksty do określonych sytuacji i ważąc słowa, nieomal łzy się cisną do oczu, że on tutaj  jest, że nas wita.

Zagubiony Polak  na swojej polskiej wyspie wśród Ukraińskiego morza…..