Cyganie z mojego dzieciństwa.

Kochani! Kiedyś zamieściłam ten tekst w portalu Moje Miasto Gorzów, który już nie istnieje, a jego zawartość, także taka, jakby literacka, którą można było swobodnie zamieszczać , została zlikwidowana. Wydawało mi się, że to co poniżej już wrzuciłam do tego blogu, ale jakoś nie mogę znaleźć. Dlatego , jeśli pamiętacie i uznacie, że się powtarzam, proszę o wybaczenie. Może się domyślacie, dlaczego ten „ utworek” jest mi szczególnie bliski. Może kilka słów gwoli wyjaśnienia, tym, którzy mnie nie znają. Otóż moja Mama, Stefania z d. Jakubiec urodziła się w beskidzkiej wsi. Z wielkim wysiłkiem , bo warunki były nietęgie ukończyła Seminarium Nauczycielskie w Białej, sąsiadującej z Bielskiem  ( od wielu lat już jest to jedno miasto). Był to okres międzywojnia. Nie jestem pewna, czy wyjechała na Wileńszczyznę dla chleba, czy z chęci poznawania świata, czy jak mówiła, czuła misję by nieść „ kaganek oświaty” bo powstało nowe państwo polskie i na kresach byli bardzo potrzebni nauczyciele . Pewnie jedno i drugie jak i trzecie było przyczyną wybrania tak odległego od domu miejsca do pracy i nowego życia. Tam poznała mojego Tatę, rdzennego „wilniuka”.

Gdy wybuchła II wojna światowa, dosłownie w jej przededniu, Tatę zmobilizowano ( był kolejarzem ) i zlecono wyjazd w poznańskie. Po drodze został aresztowany i ostatecznie osadzony w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, pod Berlinem. Tam przebywał do końca wojny. Mama pozostała w podwileńskich Smorgoniach z 5 letnim moim bratem Zenonem i w trzymiesięcznej ciąży z Wacusiem.  Mój mały Braciszek , bardzo rezolutne wojenne dziecko, zmarł mając 4 lata z powodu czerwonki, którą przywlekli Rosjanie. Ponoć całe podmiejskie pola były czerwone z powodu tej krwawej biegunki żołnierzy.   

Gdy po wojnie, zapadły polityczne decyzje,  że tam nie ma już Polski, Mama bez wahania zdecydowała się na  wyjazd. Rosjanie ją pytali , dlaczego wyjeżdża, przecież tam będzie tak samo jak tu, tylko wasz język. I właśnie dlatego wyjeżdżam, odparła. Podjęła kolejną heroiczną decyzję w życiu, bo zostawiła grób Wacusia i z Zenonem, który już miał 10 lat , po dwóch tygodniach podróżowania w bydlęcym wagonie znalazła się w ukochanej Polsce. Pociąg zatrzymywał się co kilka kilometrów i maszynista oznajmiał, że zabrakło paliwa. Na takie dictum, zarządzano zbiórkę butelek z wódką i po chwili pociąg ruszał.

Po roku spotkali się z Tatą, i postanowili rozpocząć nowe życie. Szukali miasta, które nie było mocno zburzone , bo na propozycję, którą otrzymał Tata od obozowego kolegi, a po wojnie  Ministra Komunikacji, by zamieszkać w Warszawie, Mama, po jednym pobycie w stolicy powiedziała: ruinę mam w sercu, nie mogę patrzeć na ruiny wokół. Wyjechali na Ziemie Zachodnie, które wówczas patetycznie nazywano Odzyskanymi. Zamieszkali w Gorzowie Wlkp. i w 1947 r. przyszłam na świat.

Rodzice mieli już wówczas 40 lat i traumę w sercu, więc wychowywałam się w smutnym domu.

Ale gdzieś na dnie duszy łaknęłam piękna, pewnie geny wędrowania Mamy i rzewny romantyzm Taty miały wpływ na moje zachwyty nad wolnym kiedyś ludem jakim byli Cyganie, obecnie zwani Romami. Dla mnie pozostaną Cyganami, bo nazwa pachnie dymem ich ognisk i cygańskim życiem pełnym barw….zresztą ich poetka, Papusza, która też zamieszkała w Gorzowie protestowała przeciwko nazywaniu jej narodu Romami, mawiała,  że od zawsze była Cyganką…zapraszam więc do mojej opowieści…

 

nibywóz cygański.JPG

 

 

Cyganie z mojego dzieciństwa.

 

Cygański zachwyt przyszedł do mnie we wczesnym dzieciństwie w beskidzkiej dolinie kamienistej rzeki .Potem byłam świadkiem gdy rodziło się gorzowskie Terno.

 

 

 

Lata 50 ubiegłego wieku. Duża wieś u podnóża Skrzycznego. Moje beskidzkie wakacje . Mam kilka lat , ale czuję , że tego lata coś się wydarzy. Niedługo przyjadą tabory , mówią mieszkańcy.  Mówią głosem  ściszonym i  niespokojnym . Wyczuwam też panujący wszechwładnie świąteczny nastrój . Więc bardzo czekam , czekam i  wypatruję.  

Wreszcie widzę , jak pewnego dnia  moje ciotki pospiesznie zbierają  śnieżnobiałe prześcieradła suszące się na trawie  . I  wzdęte wiatrem wiejskie koszule znikają ze sznurów.

Kury są zamykane w kurnikach , a na drzwiach spiżarni wiszą wielkie kłódki.

To  przygotowania na spotkanie z Obcymi.

Wreszcie ktoś woła , że  był  za górą i widział jak się zbliżają się.  Cyganie .Przed nimi tylko jeszcze jedna góra .

      Wczesnym mglistym świtem wybiegam nad rzekę. Rzekę ukochaną i kamienistą, gdzie płaskie kamienie zawsze zbieram i uważam , że to trójkątne zaczarowane sery.

Teraz o tych zabawach zapominam. Już czuję zapach dymów, potem widzę jak nocą zakwitła wielka  łąka. Ukrywam się za krzakami na przeciwległym do płaskiego zakola brzegu. Podpatruję. Kolorowe wozy , dużo wozów  z wielkimi oknami. Firanki jakby tiulowe, też barwne. Wielkie pierzyny i poduchy wylegują się w oknach. Dzieciaki biegają. Bardzo chcę tam być…chcę  być Cyganką….

 Wolną jak Cyganie  i    z wiatrem w szerokiej wielobarwnej spódnicy  wędrować gdzie  tylko nogi  poniosą. Żałuję , że się  urodziłam  w mieście i stale mieszkam w jednym domu, przy tej samej ulicy.

Widzę śniadych smukłych  nieznajomych  chłopców , którzy sprzedają piękne  złocistoczerwone patelnie. ..

I wszędzie słychać muzykę. Jak  bardzo dużo muzyki jest teraz w moich górach .

   Któregoś dnia przybiegam nad rzekę i jest pusto. Moi Cyganie nagle odjechali  , niepostrzeżenie i tajemniczo . Myślę więc o nich.  Widzę te niepowtarzalne cygańskie kolory z muzyką , tańcem i dymami ognisk. Wyobrażam sobie gdzie są , jaką ziemię i chmury teraz oglądają.

A wokół mnie  tylko cisza  , smutny spokój i góry nieruchome ….

 

I nagle ci tajemniczy Ludzie zamieszkali w Gorzowie. Nie mogłam zrozumieć dlaczego ktoś im zabronił  wędrowania. Dlaczego ktoś zmusił do porzucenia taborów  . I wolność w niewolę miasta zamienił. Zamieszkali obok nas , przy  ul Nowotki, obecnej Orląt Lwowskich , w pierwszej kamienicy od strony Askany i w pobliskim domu wzdłuż ul. Boh Warszawy.

Obok , za naszym podwórkowym murem wiecznie płakała rzeźnia.

Ten przenikliwy  płacz rzeźni stał się dla mnie  i pozostał  trwałym symbolem  zniewolenia .

   Obserwowałam tych nowych nieznanych mieszkańców. Nie budzili mojego lęku ani niepokoju. Przesiadywali milcząco i nieruchomo na podwórkowej ławeczce  domu na Boh. Warszawy. Wychodzili gdzieś i wracali. Barwy spódnic spłowiały .Tylko czasem słońce grało w  granatowych włosach. Tylko czasem jakieś oczy migdałowe popatrzyły spod  chusty.

Byli jak kwiaty ścięte i ustawione w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym wazonie. Do tej pory takie tzw”cięte „ kwiaty” wywołują ten obraz . Nie chcę kwiatów w wazonie.

 

Już nie chciałam być Cyganką. Bo moi gorzowscy Cyganie byli smutni i zniewoleni. Jak kwiaty zerwane i ustawione w niewłaściwym wazonie. A obok nas niezmiennie płakała rzeźnia.

     Pewnego dnia Matka pokazała mi kilku młodych cygańskich chłopców z sąsiedztwa. Zauważyła, że są bardzo urodziwi. I że uczą się w szkole muzycznej.

Od tej pory najbardziej wypatrywałam  jednego. Był  wysoki i szczupły  i miał delikatnie wyrzeźbioną głowę . Zapamiętałam jego długie lekkie bardzo miękkie i bezszelestne  kroki. Wyobrażałam sobie , że jest  jak   czujny  i nieujarzmiony przybysz z dalekiej nieznanej krainy.

Ten chłopak zwykle niedbale trzymał pod pachą futerał ze skrzypcami . Podobno był to Dębicki.

Czasami  szumiąc spódnicami przebiegała , nieomal nie dotykając ziemi młoda i bardzo piękna motylopodobna dziewczyna. Podobno to była Randia

Dopiero potem  dowiedziałam się , że wtedy właśnie w Gorzowie rodziło się Terno. Pierwszy zespół jeszcze  prawdziwych  Cyganów…

 A niedługo potem  przyszła do mnie poezja Papuszy. Jej gorzowskie  bolesne tęsknoty za wolnością . Jej opowieści o dziewczynach „o oczach jak czarne jagody”

 

Żyłam w pięknych niezapomnianych czasach . Czasach  o których teraz już  tylko opowiadać można…

Jestem szczęśliwa , że kiedyś dostałam od losu  i zachowałam to wspomnienie. Rytm i koloryt cygańskiego życia.

 

Teraz moja roczna Majka ,wnuczka, gdy porywającą muzykę usłyszy  , zaczyna  tańczyć . To jest dziwny i bardzo znajomy taniec . Najpierw  rytmicznie naprzemiennie tańczą jej barki, potem  ramiona i dłonie. Nigdy nie widziała Cyganów , nikt jej tego nie uczył i nie pokazywał.

Rodzina się śmieje, że to babcia cygański zachwyt w genach przekazała….

 taniec bdb.JPG

 

te dłonie zostały we flamenco.JPG

Wszystkie zdjęcia własne, wykonane za ustną zgodą organizatorów na festiwalu muzyki cygańskiej Romane Dyvesa w 2009 roku w Gorzowie Wlkp.

Na ostatnim ułożenie dłonie jak we flamenco…och, te klimaty

Krótka historia Cyganów…

Pozwólcie, że będę Ich nazywała Cyganami a nie Romami. Tak jest dla mnie piękniej. Bo dlaczego nazwa Cyganie ma być pejoratywna, a Romowie , nie ?.  Zresztą Papusza zawsze podkreślała, że jest Cyganką a nie Romką.

I nadal będąc pod wrażeniem obejrzanego niedawno filmu „ Papusza”, który uruchomił moje wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to widywałam szczęśliwych Cyganów, zagłębiłam się w ich historię podawaną w necie. Wybrałam to, co moim zdaniem najważniejsze i najciekawsze. I stało się to  przyczyną moich dalszych rozważań, wizji  i marzeń chyba nierealnych , które w następnym wpisie się znajdą…

Warto sobie przypomnieć o tym, co się działo z Cyganami na przestrzeni wieków skąd przybyli czym się zajmowali i jakie były ich relacje z władzami i mieszkańcami miejscowości, gdzie przybywali. A o oto opowieść:

W 1989 roku tak pisał Ficowski  o Cyganach :

” Osobliwy to lud, kontynuujący odwieczne koczownictwo w środku cywilizowanej Europy, w dobie rewolucji przemysłowej. Nie tylko on zapomniał o swej przeszłości. Również historia jak gdyby przeoczyła go i nie udzieliła nawet odpowiedzi na takie zasadnicze pytanie, jak ,  skąd i kiedy Cyganie przybyli, gdzie była ich praojczyzna”

Ale dalej tak pisze- Dopiero w XVIII wieku na podstawie badań językoznawczych odkryto, że ojczyzną Romów są Indie. I stamtąd 3 tysiące lat temu rozpoczęła się ich wędrówka do Europy ( Ficowski, 1989)

Romowie znaleźli się w  Europie nagle, niespodziewanie . Początkowo tłumaczono, że zostali wygnani z Egiptu. Oni  mówili o sobie, że są uciekinierami lub pokutującymi pielgrzymami. Jednak wkrótce okazało się, że przybyli  z „Małego Egiptu”, jak wtedy nazywano  Azję Mniejszą i stamtąd  podążali na zachód.

Pierwsze wzmianki o nich pochodzą z IX wieku i mówią o ich obecności w Konstantynopolu.

W XIV wieku, mnich franciszkański opisał Romów spotkanych na Krecie. Rozprzestrzeniali się kolejno w Grecji, na wyspie Korfu, opanowali Peloponez. Stamtąd kierowali się ku Karpatom.

Na początku XV wieku  dotarli do Czech i Niemiec. Mieszkańcy wierzyli, że są oni pielgrzymami i darzyli ich szacunkiem , gościli i pomagali.

Jednak w czasie pięcioletniego ich wędrowania po Europie, po raz pierwszy,  w Bolonii uznano ich za plagę.  

Kiedy dotarli do Polski i jakimi drogami szli , dokładnie nie wiadomo. Niestety nie znaleziono odpowiednich zapisków kronikarskich . Badacze ustalają te fakty pośrednio,   na podstawie analizy znajdowanych w zapiskach nazwisk Romów, notowanych już w XV wieku.   Tak więc, pierwsi Cyganie przybyli do Polski z Węgier i pierwotnie znaleźli się w okolicach Sanoka.  Ponoć przybywali nie jako uzbrojeni najeźdźcy lecz jako pokutnicy z pokojowymi zamiarami. Zajmowali się wróżbiarstwem i kowalstwem. Pomimo tego, że cieszyli się przychylnością władz, wśród ludności budzili lęk związany z tajemniczością i zabobonami. Romowie włóczyli się od miasta do miasta , rozbijali swoje tabory w lasach i powoli porzucali kowalstwo na rzecz kradzieży.  Tak więc szybko wiara mieszkańców w to, że są pokutnikami zamieniła się w obawę przed kradzieżami oraz czarami.

W efekcie, w XVI wieku polski król Zygmunt August  wydał ustawę zalecającą wygnanie ich z kraju.

Jednak nie udało się jej zrealizować , zresztą tak jak i innych późniejszych.  

Cyganie wrośli w krajobraz Polski.

Wkrótce potem kancelaria królewska nadała naczelnikowi Romów władzę na wszystkimi taborami w Polsce i na Litwie. I jak pisze Ficowski , zapoczątkowało to trwające 150 lat „ królestwo cygańskie „ w Polsce.

W czasach Królestwa Polskiego wydano szereg korzystnych dla nich uchwał, które m.in. zapewniały im opiekę rządu. Już wówczas pojawiały się przepisy zakazujące im wędrówek, ale pomimo groźby aresztu, nie były respektowane . Ponieważ wędrując , już przekraczali prawo, więc tym łatwiej poświęcali się rozbojom i kradzieżom. Początkowo ukrywali się w lasach, ale potem wędrowali dalej szukając miejsc, gdzie mieli pełną swobodę.

Ta sytuacja nie trwała długo, bo w końcu XIX wieku napłynęły nowe tabory  z Rumunii i Węgier . Byli oni zamożniejsi od tych, którzy zamieszkiwali już Polskę. Zajmowali się rzemiosłem, kotlarstwem i hodowlą koni. Włóczęgi , żebractwo i kradzieże były im obce.

Wprowadziło to niesłychane nasilenie wędrówek różnych grup Cyganów.

Po pierwszej wojnie światowej nawet już nie próbowano oficjalnie  rozwiązywać ich problemów, gdyż efekty poprzednich działań w tym kierunku były znikome.

Gdy nadchodziła II wojna światowa, Cyganie, podobnie jak Żydzi znaleźli się na hitlerowskiej liście narodów zagrażających utrzymaniu czystości rasy. Zaplanowano ich całkowitą zagładę.

Od 1940 roku  umieszczano ich w gettach i obozach koncentracyjnych oraz wykonywano na nich masowe egzekucje. W Polsce utworzono centralny obóz zagłady dla całej Europy i tu przywożono wszystkich Romów. Takim wielkim centrum było getto warszawskie czy łódzkie. Skąd byli wywożeni do Treblinki czy Oświęcimia.

Po II Wojnie Światowej przetrwało ok. 30  tys Romów. Jednoczyli się w grupy rodzinne i rodowe i razem wędrowali. Tak więc tabor stanowiła grupa krewnych, którą zarządzał przedstawiciel rodu, jego głowa. To on był oficjalnym pośrednikiem pomiędzy społecznością romską a władzą państwową. Życie społeczne regulowały niepisane normy, zasady i tajemny kodeks Mageripen. Nazwa ta w języku romskim oznacza skalanie. Jest to jedno z najważniejszych pojęć w tradycji romskiej  , i dotyczy idei rytualnej „ czystości- nieczystości”. Ciekawe jest, że taka sama idea rytualnej czystości istnieje w tradycyjnej kulturze indyjskiej, skąd ten lud się wywodzi.  Osoba uznana za skalaną, czyli nieczystą jest karana w społeczności  nawet z wykluczeniem jej z życia społeczności. Wg cyganologów istnieją dwa rodzaje „skalań”- wielkie ( rom. bare mageripena  i małe. ( rom. tiknie mageripema ).  Najważniejsze sfery życia, które mogą powodować status skalania dotyczą: -relacji między kobietą a mężczyzną, – relacji z członkami własnej społeczności, -relacji z gadziami ( tak nazwano ludzi nie będących Cyganami ,- kontakt z przedmiotami uznawanymi za nieczyste ( np. wydzielinami ciała, dolnymi częściami ciała danej osoby), – kontakt ze zmarłymi bądź chorymi ludźmi i zwierzętami.

Wśród rozmaitych grup romskich istnieją różne instytucje orzekające o statusie skalania, jednak w wielu, w tym jak grupa Bergitka w Polsce, czy Romów węgierskich i słowackich nie ma takiej instytucji a jedynie status skalania reguluje umowa tej społeczności.

W powojennej Polsce , a konkretnie od 1952 roku wprowadzono surową politykę wobec Romów, która obowiązywała do połowy lat 80 ubiegłego wieku. Przeprowadzano wówczas akcje osiedleńcze i podjęto próby zmuszenia ich do pracy takiej, jaką wykonywali pozostali obywatele kraju.

Romowie zmuszeni do prowadzenia osiadłego trybu życia, zamknięci w   domach , długo nie potrafili się z tym pogodzić i właściwie nigdy tam nie czuli się dobrze. Wielu z nich także nie chciało podjąć stałej pracy.

I właściwie nie dziwne, że od 1980 roku nasiliły się agresywne zachowania antyromskie. Władze zaprzestały wówczas kontroli i stosowania przymusu.

W efekcie obserwowano powrót do tradycji i ożywienie tendencji do wędrowania.

Wówczas też nasilało się rozwarstwienie tej społeczności. Bogaciła się ich wprawdzie nieliczna elita  a biedni , zwykle bezrobotni, coraz bardziej tonęli w biedzie.

Oto historia tego tajemniczego ludu, który pogrążył się w zniewoleniu nędzy i beznadziei  zapominając o swoich tradycjach , zajęciach, marzeniach o wolności lesie i wietrze we włosach ….

Jeszcze o tym pięknie mówiła i pisała, chyba jedyna taka przedstawicielka tego narodu, Bronisława Wajs zwana Papuszą. Zmarła , zapomniana i  wyklęta przez pobratymców przed prawie trzydziestu laty. Ale żyje o niej pamięć, śpiewane są jej wiersze, powstała piękna książka i film .

I chcę wierzyć, że ten naród o tak długiej historii jeszcze się odrodzi i nadejdzie jasny dzień dla Romów….

Na marginesie oglądanego filmu ” Papusza”.

 

Minione Święta i obserwacje nieba odsunęły trochę temat obejrzanego niedawno filmu pt.„ Pausza”. Ale dla zamknięcia  moich rozmyślań o Cyganach , filmie i gorzowskich czasach muszę wrzucić jeszcze kilka słów.

      W poprzednim omówieniu tego filmu, nie chciałam wpisywać tych treści, by nie zanudzać w tym dniu a także nie rozmyć podstawowego tematu, który miał być w końcu minirecenzją filmu. Może nieudolną, ale własną.

    Na wstępie jedno moje wspomnienie, uruchomione przy okazji.

Gdy przed kilku laty znaleźliśmy się w Nałęczowie, zobaczyłam afisz informujący, że w miejscowym kinie będzie wyświetlany film „ Nikifor” reżyserii tego samego małżeństwa, które „ Papuszę” zrealizowało- pp. Krauzów. Pomimo, że moja wiedza filmowa jest niewielka, nie śledzę i nie oglądam na bieżąco aktualnie realizowanych filmów, ten chciałam obejrzeć. Poszliśmy więc do kina.

I tutaj pełne zaskoczenie. Kino stareńkie, z estradą i czerwoną kurtyną, pachnące kurzem i tym nieuchwytnym trudnym do zdefiniowania zapachem kina po prostu, kina z mojego dzieciństwa.

I seans się rozpoczął i wchłonął swoją bezdyskusyjną urodą, piękną narracją. Opowiadanie o tym malarzu prymitywiście płynęło pięknie, harmonijnie, bez zawirowań, niespokojnych powrotów.

Płynęło jak czas, jak chmury na niebie, jak ludzkie życie .

Pewnie to  zasługa niezapomnianej roli Krystyny Feldman a może jednak lepszej realizacji .

     I teraz, gdy znalazłam się w Ciechocinku, film „Papusza” też  sam przyszedł do mnie. Ciechocinek  znajduje się w pobliżu Inowrocławia, gdzie zmarła i jest pochowana Papusza.

Już na wstępie kino nie miało tej magnetycznej mocy jak to stareńkie w Nałęczowie.

   Nie taję, że w czasie oglądania „ Papuszy” przeszkadzał mi filtr , który nosiłam w sobie. Tym filtrem, który wyostrzał spojrzenie krytyczne było wspomnienie z dzieciństwa – konfrontacja tamtych Cyganów i filmu. Nikifora nigdy nie widziałam w realu, a  Cyganów widziałam i ich radość i smutę i Papuszę pamiętam…..

   Film został zrobiony na podstawie książki Angeliki Kuźniak. Stale się zbieram, by zakupić tę pozycję i poczytać i posmakować. Jak na razie jest to w sferze moich planów.  Bardzo ciekawie pisze na temat autorki i Papuszy przy okazji Krystyna Kamińska. Warto zajrzeć do tego, co tym linkiem się otwiera.

  

http://www.echogorzowa.pl/news/31/czytaj-ze-mna/2013-08-22/papusza-jak-dziki-zajac-5128.html

 

   I na koniec  jeszcze jedno.

W tym filmie nie znalazłam mojego miasta rodzinnego- Gorzowa. A przecież to tutaj Papusza spędziła 30 prawie ostatnich lat swojego życia …..

Twórcy filmu podają w wywiadach zmieszczonych w necie, że Gorzów jest położony nieomal przy samej granicy niemiecko-polskiej, więc dzieli go zbyt duża odległość od Warszawy. Umieszczenie tutaj choć części akcji byłoby zbyt kosztowne.  

Dlatego był realizowany tam, gdzie Papusza nigdy nie była, nikt jej tam nie znał i wcale nie blisko od stolicy, bo w Olsztyńskiem i Nowosądeckiem ( gdzie nota bene „ kręcono” Nikifora).  

     Nie wiem, czy jest to jedyna prawdziwa przyczyna nieobecności  Gorzowa w filmie.

I snuję  swoje spekulacje na ten temat.

Tutaj mieszkają pobratymcy Papuszy, jej rodzina i jeszcze żyje wielu ludzi, którzy ją pamiętają. To tutaj wróżyła mieszkańcom, spotykała się z niechęcią i wrogością swojego ludu za to, że wyszła ze swojego środowiska, była nagradzana przez władze a nawet jak twierdzą, zdradziła tajemnice cygańskie.

I może twórcom filmu to właśnie przeszkadzało.

Atmosfera Gorzowa jest zbyt nasycona emocjami do których należy poza dumą, że tutaj tworzyło się Terno i Papusza swoje poezje mówiła , niechęć a czasami nawet wrogość. Coś takiego gęstego i lepkiego  wisi w tutejszym powietrzu , wiem o tym od gorzowskich znajomych z którymi utrzymuję kontakt.

Może wreszcie w Gorzowie nie zaakceptowano by urody odtwórczyni głównej roli, pani Jowity Budnik, bo tak naprawdę nie przypomina Cyganki a tym bardziej Papuszy.

    Tak więc Krauzowie wybrali miejsca gdzie  wyczuwali chłodny dystans do tego tematu i łatwiej było pobudzić entuzjazm wśród uczestniczących w realizacji Cyganów.  

Jednak staram się znaleźć jakąś przyczynę zewnętrzną, być może bardziej obiektywną.

I wymyślam, że  w Gorzowie twórcy filmu, może nie znaleźliby takich starych wnętrz, jakie pokazano w filmie. Gorzów jest wprawdzie miastem poniemieckim ale stosunkowo młodym, więc i kamienice raczej duże, chłodne. Może gorzowianie ze mną się nie zgodzą i wskażą miejsca odpowiadające klimatem . Chociaż pisząc te słowa się zawahałam, bo jednak przypomniałam sobie jeden  stary dom na skraju ul. Kosynierów Gdyńskich . Przy tej ulicy mieszkała Papusza, ale nie w tym domu. Jest niewielki i mroczny. Do mieszkań wchodzi się przez bramę a dalej krętymi wąskimi ciemnymi schodami . Tam kiedyś mieszkali moi krewni.  Czyli można było filmować Papuszę w Gorzowie.

Tak więc ta  moja próba obiektywnego wytłumaczenia nieobecności Gorzowa w tym filmie odpada.

     Przyznam, że sama się wpędziłam w meandry tych rozmyślań, bo mam za dużo własnych emocji związanych z Cyganami i Papuszą i niestety za dużo pamiętam co niewątpliwie przeszkadzało w odbiorze filmu jak i przy obecnych rozważaniach.

Poddaję się, moja próba chłodnej oceny legła w gruzach…

      By poprawić sobie nastrój zaglądam do folderu, gdzie przechowuję zdjęcia które wykonałam w 2009 roku, czasie gorzowskiego festiwalu kultury cygańskiej pt. Romane Dyvesa. Zapraszam do tego świata który już jest artystyczną fikcją….a także znajduję gorzowskie ślady Papuszy, wyklętej poetki cygańskiej ….i wracam do Gorzowa, mojego Gorzowa….

 

 

aleĹź spĂłdnice.JPG

 

 

ładne.JPG

 

 

w_tancu(2).JPG

 

 

PapuszaTablica.JPG

 

 

P6120569.JPG

 

 

Papuszapomnik.JPG

 

 

Info z netu, zdjęcia własne już kiedyś zamieszczone w portalu MM Gorzów i blogu Jana

Losy moich Rodziców. Smorgonie…

 

 

Herb Smorgoń

 

 

 

Z chwilą uzyskania skierowania do pracy w podwileńskich Smorgoniach, w moją Mamę wstąpił nowy duch.

Uwierzyła w  to, że koło fortuny obraca się na korzyść Jej i jej małżeństwa.

O miasteczku poczytała w jakiejś encyklopedii.

Najbardziej ją zainteresował fakt, że był tam kiedyś słynny w Europie ośrodek tresury niedźwiedzi zwany akademią smorgońską. Powstał w XVI wieku i został zamknięty dopiero po powstaniu listopadowym, tj po 1831 roku.

Prawdopodobnie w XVI wieku na te ziemie przywędrowali Cyganie.

Zajmowali się kotlarstwem, handlem końmi ale zwykle kradzieżami. Dlatego mieszkańcy z ulgą przyjęli jeszcze jedną z ich umiejętności- szkolenie niedźwiedzi. Tę grupę nazywano niedźwiednikami. Stopniowo ta grupa wzrastała liczebnie, co wiązało się z modą panującą wówczas w Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Był to zwyczaj popisywania się różnymi dziwami natury. Magnaci sprowadzali na swoje dwory Murzynów, wojska husarskie były wyposażone w skóry lwów, tygrysów, panter.

W ten klimat doskonale wpisywały się muzyczne popisy Cyganów i taneczne ich wychowanków.

A tymi wychowankami były niedźwiedzie.

Szkoła niedźwiedzi była zorganizowana i prowadzona przez  cygańskich książąt tzw. królów cygańskich.

W tamtych odległych czasach, w okolicznych lasach, w właściwie kniejach  żyło mnóstwo zwierzyny.

Królowały tutaj niedźwiedzie.  

Co pewien czas okoliczni mieszkańcy  zapuszczali się w leśne ostępy, wykradali młode niedźwiadki  i potem oddawali je na nauki tańca do akademii.

Wybierano jedynie zwierzęta płci męskiej, gdyż panie nie miały dostępu do edukacji.

Radziwiłł sprowadzał także małpy w celu ich edukacji, ale tacy uczniowie stanowili margines akademii.

Właściciele niedźwiedzi ustalali z władzami akademii kwotę , za którą pobierały one nauki. Potem przydzielano każdemu misiowi stałego nauczyciela.

Nauka tańca odbywała się w wielkiej specjalnie skonstruowanej izbie. Jej podłogę stanowiła ściana pieca kaflowego.

Misia przymocowywano do słupa, by nie uciekał . Na tylne łapy nakładano mu onuce i łapcie.

Następnie  rozpalano w piecu. Rozgrzewano go nieomal do czerwoności .

W tym czasie Cygan rozpoczynał grę na skrzypcach.

Niedźwiadek parzony w przednie łapy, szybko stawał na tylnych i wykonywał ruchy podobne do pokracznego tańca.

Poprzez odruch Pawłowa wyrabiał w sobie skojarzenie dźwięków skrzypiec, piszczałki i  gorącej podłogi.

Potem gdy słyszał taką muzykę, rozpoczynał swój taniec.

Nauka trwała 6 lat.

Po tym okresie opiekunowie misia zabierali swojego ucznia na tourne po dworach szlacheckich i miastach, a za pokazywanie sztuczek pobierali datki, z których znaczny procent był przeznaczony do kasy smorgońskiej akademii.

Ciekawostką jest to, że mimo sztucznych warunków życia, które stwarzano misiom, nie straciły one swojego zapisanego przez naturę systemu zimowego snu.

Nie udało się przeskoczyć natury niedźwiedzi i każdej zimy zapadały one w głęboki sen. Nie mając szans przełamania praw natury, w akademii stworzono  specjalne zimowe sypialnie dla misiów.

Wystrój tych pomieszczeń miał przypominać gawrę,  były więc wyłożone igliwiem i gałęziami.

Tam misie spędzały słodko czas od 1 listopada do 15 lutego.

W ten to sposób same sobie planowały zimowe wakacje.

Wiosną znowu wyruszały w świat ze swoimi opiekunami.

 

Popularność Smorgoń w tym okresie historycznym potwierdzają używane wówczas określenia. Tak więc kogoś, nie grzeszącego inteligencją, określano mianem „ dudy smorgońskiej” a o kiepskim tancerzu mawiano, że się porusza” z gracją smorgońskiego absolwenta”

 

Do  innych smorgońskich ciekawostek należały słodkie obwarzanki. Wypiekano je tutaj w dużych ilościach i miały niepowtarzalny smak i aromat. Wożono je do Wilna, gdzie w czasie słynnych Kaziuków cieszyły się wielkim powodzeniem. Tak więc, przed tym świętem widać było na drogach mnóstwo wozów z tym słodkim ładunkiem a potem cieszono się barwnymi straganami, na których dominowały właśnie smorgońskie obwarzanki.

Mniam mniam….

Nawet zachowała się śpiewka o takiej treści: : Smorgońskich obwarzanków kupię/ sobie penki/ Tylko ty Józiuku nie oddawaj renki…”.

     

 I właśnie do tych Smorgoń, gdzie panowały duchy z przeszłości a rzeczywistość była barwniejsza niż w Rakowie we wrześniu 1938 roku przybyła moja Mama z 4 letnim wówczas synkiem, a moim bratem- Zenonem.

Przywiozła ze sobą trochę ciuchów, jakieś sprzęty , dywaniki do mieszkania oraz wielką nadzieję na dalsze szczęśliwe życie.

Oczywiście jak zwykle okazało się, że sama nadzieja to za mało……

 

tekst o Smorgoniach na podstawie Wikipedii i opowieści Mamy