
Oglądam zamieszczony w Wikipedii wizerunek XVIII wiecznej kobiety tatarskiej sporządzony przez nieznanego autora i usiłuję znaleźć charakterystyczne, poznane w dzieciństwie rysy twarzy . Zdejmuję więc z głowy tej Tatarki przyodzienie , dodaję jej uśmiech i wreszcie jest…jakiś cień, ślad i wreszcie fala ciepłych dziecięcych gorzowskich wspomnień….
Jak już wielokrotnie pisałam, urodziłam się po wojnie w mieście bliskim granicy z Niemcami. Przybyli tam moi rodzice po wojennej zawierusze . W poniemieckim mieście Gorzowie znaleźli swój nowy dom i próbowali żyć normalnie. I tak z czasem się stało. Pozostały tylko ich opowieści o straszliwych czasach, łzy matki nocą opłakującej utratę wojennego synka i pewnie jakaś radość z mojego przybycia na świat.
Łaziłam z mamą po Gorzowie. Bardzo lubiłam cotygodniowe wyprawy na rynek .
Barwny tłum, wesołe znajome już kumoszki witały. Unosiłyśmy słoje z gęstą śmietaną, białe sery trójkątne, wyjęte ze śnieżnego płótna i wonne osełki masła , nie mówiąc o żywej trzepoczącej się w siatkowej siatce kurze , która próbowała mnie dziobać albo drapać pazurem i patrzyła wielkim błyszczącym okiem. Na szczęście nie bardzo kojarzyłam jak ona kończy życie, bo rodzice oszczędzali mi tego widoku. Więc postrzegałam ją jako ciekawe choć wrogie w tej siatce zjawisko.
Były też dni , kiedy Mama mówiła, że dzisiaj będą Tatarki. Opowiadała mi przy okazji, że przybyły z dalekiego kraju i od tej pory jawiły mi się jako istoty z innego tajemnego świata. Tylko od nich Mama kupowała warzywa, bo tak jakoś czarowały ziemię, że rodziła pięknie i dorodnie.
Wypatrywałam więc, czy zobaczę je pierwsza . I zwykle tak było, więc wołałam radośnie, że są. Maleńkie, kształtne czarnowłose kobietki o okrągłych buziach. Zawsze myślałam, że są jak ładne lalki. Podobały mi się , lubiłam tajemnicę pochodzenia, którą nosiły i takie je zapamiętałam. …
Miałam wówczas kilka lat i cały świat wydawał mi się trochę zaczarowany, bajkowy. Więc od razu sobie wyobrażałam, że te ładne małe kobietki – laleczki są czarodziejkami.
Mama witała je serdecznie, może były matkami jej uczniów i stąd ta znajomość, a może tylko sympatia bazarowa, nie wiem. Wiem tylko jedno, że czarna rzodkiew kupowana u nich była pięknie dorodna, nigdy potem już nie widziałam takiej, a wypatrywałam na warszawskich bazarkach wspominając gorzowskie Tatarki.
Te gorzowskie dorodne czarne kule przynosiłyśmy do domu a tata tarkował na tarce z drobnymi oczkami i surówka była pyszna choć mocno piekąca w gardło. Uwielbiałam także kromeczki chleba posmarowane masłem i pokryte cienkim krągłym talarkiem chrupkiej wilgotnej czarnej rzodkwi….
Do dzisiaj czuję charakterystyczną woń świeżej czarnej rzodkwi, utrwalony zapach i smak z gorzowskiego dzieciństwa…
