Tatarki z mojego dzieciństwa.

417px-Tatar_woman_XVIII_century.jpg

 

 

 

 

 

Oglądam zamieszczony w Wikipedii wizerunek  XVIII wiecznej kobiety tatarskiej sporządzony przez nieznanego autora i usiłuję znaleźć charakterystyczne, poznane w dzieciństwie rysy twarzy . Zdejmuję więc z głowy tej Tatarki przyodzienie , dodaję jej uśmiech i wreszcie jest…jakiś cień, ślad i  wreszcie fala ciepłych dziecięcych gorzowskich wspomnień….

Jak już wielokrotnie pisałam, urodziłam się po  wojnie w mieście bliskim granicy z Niemcami. Przybyli tam moi rodzice po wojennej zawierusze . W poniemieckim mieście Gorzowie znaleźli swój nowy dom i próbowali żyć normalnie. I tak z czasem się stało. Pozostały tylko ich opowieści o straszliwych czasach, łzy matki nocą opłakującej utratę wojennego synka i pewnie jakaś radość z mojego przybycia na świat.

Łaziłam z mamą po Gorzowie. Bardzo lubiłam cotygodniowe wyprawy na rynek .

Barwny tłum, wesołe znajome już kumoszki witały. Unosiłyśmy słoje z gęstą śmietaną, białe sery trójkątne, wyjęte ze śnieżnego płótna i wonne osełki masła , nie mówiąc o żywej trzepoczącej się w siatkowej siatce kurze , która próbowała mnie dziobać albo drapać pazurem i patrzyła wielkim błyszczącym okiem. Na szczęście nie bardzo kojarzyłam jak ona kończy życie, bo rodzice oszczędzali mi tego widoku. Więc postrzegałam ją jako ciekawe choć wrogie w tej siatce zjawisko.

Były też dni , kiedy Mama mówiła, że dzisiaj będą Tatarki. Opowiadała mi przy okazji, że przybyły z dalekiego kraju i od tej pory jawiły mi się jako istoty z innego tajemnego świata. Tylko od nich Mama kupowała  warzywa, bo tak jakoś czarowały ziemię, że rodziła pięknie i dorodnie.  

Wypatrywałam więc, czy  zobaczę je pierwsza . I zwykle tak było, więc wołałam radośnie, że są. Maleńkie, kształtne  czarnowłose kobietki o okrągłych buziach.  Zawsze myślałam, że są jak ładne lalki. Podobały mi się , lubiłam tajemnicę pochodzenia, którą nosiły i takie je zapamiętałam. …

Miałam wówczas kilka lat i cały świat wydawał mi się trochę zaczarowany, bajkowy. Więc od razu sobie wyobrażałam, że te ładne małe kobietki – laleczki są czarodziejkami.

Mama witała je  serdecznie, może były matkami jej uczniów i stąd ta znajomość, a może tylko sympatia bazarowa, nie wiem. Wiem tylko jedno, że czarna rzodkiew kupowana u nich była pięknie dorodna, nigdy potem już nie widziałam takiej, a wypatrywałam na warszawskich bazarkach wspominając gorzowskie Tatarki.

Te gorzowskie  dorodne  czarne kule przynosiłyśmy do domu a tata tarkował na tarce z drobnymi oczkami i surówka była pyszna choć mocno piekąca w gardło. Uwielbiałam także kromeczki chleba posmarowane masłem i pokryte cienkim krągłym talarkiem chrupkiej wilgotnej czarnej rzodkwi….

Do dzisiaj czuję charakterystyczną woń świeżej czarnej rzodkwi, utrwalony  zapach  i smak z gorzowskiego dzieciństwa…

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *