
Są wczesne lata pięćdziesiąte poprzedniego już stulecia. I jest Gorzów.
Bardzo mała dziewczynka budzona jeszcze w głębi nocy, bo grudniowe dni późno przychodzą . Jej matka lubiąca dobrą organizację dnia, góralka beskidzka, zaplata dwa cienkie płowe warkoczyki na głowie córki. Tak ciasno, że oczy trudno zamykać.
Dziewczynka sama chce wychodzić w tę panującą jeszcze noc, jest straszno ale jakże intrygująco. I idzie, jak w czarnym tunelu, w ciemnościach dawnej ulicy Wasilewskiej (obecnej Sikorskiego), drogą wśród zburzonych i wypalonych kamienic prosto do katedry, trzymając w małej dłoni grubą zapaloną świecę- nazywaną wtedy gromnicą. Nie widzi gwiazd ani księżyca, tylko ten wątły palący się płomień.
Bo właśnie zaczął się Adwent i o 6 rano odprawiane są roraty, taka msza grudniowa bardzowczesnoporanna.
Katedra jest tak samo mroczna jak ten zaczynający się dzień, nasączona zapachem kadziła, modłami i cichym śpiewem wiernych. Nie widzi ludzi , wpatrzona w piękny ołtarz i księdza w fioletach zapomina o świecie.
A potem wraca, nie oglądając się bo za nią ciemny, straszny niby jednooki woj w hełmie, zarys wieży katedralnej , lękliwie przemyka obok ruin. I cieszy się , gdy widzi zapalone już światła w istniejących domach, świadczące o tym, że żyją tam ludzie. I skręca w prawo w ul. Kos. Gdyńskich. Teraz wpatruje się w chodnik. Tam leżą duże poniemieckie płyty granitowe. Ulubione. Jak zwykle ostrożnie stawia kroki , by nie postawić stopy w przestrzeni między płytami, bo to może oznaczać zatopienie w wyimaginowanym bezbrzeżnym oceanie.
I jest już w domu…uskrzydlona z powodu dokonanego wyczynu.
I tak jest codziennie, przez miesiąc poprzedzający wielkie i kolorowe święta Bożego Narodzenia.
Taki to właśnie niepowtarzalny już obraz, wraca do mnie o świcie…. ciemnym, grudniowym

