Obraz powracający o świcie.

 

poświata i księżyc, Fuji.jpg

 

 

 

Są wczesne lata pięćdziesiąte poprzedniego już stulecia. I jest Gorzów.

Bardzo mała dziewczynka budzona jeszcze w głębi nocy, bo grudniowe dni późno przychodzą . Jej matka lubiąca dobrą organizację dnia, góralka beskidzka, zaplata dwa cienkie płowe warkoczyki na głowie córki. Tak ciasno, że  oczy trudno zamykać.

  Dziewczynka sama chce wychodzić w tę panującą jeszcze noc, jest straszno ale jakże intrygująco. I idzie, jak w czarnym tunelu, w  ciemnościach  dawnej ulicy Wasilewskiej (obecnej Sikorskiego), drogą wśród zburzonych i wypalonych kamienic prosto do katedry, trzymając w małej dłoni grubą zapaloną świecę- nazywaną wtedy gromnicą. Nie widzi gwiazd ani księżyca, tylko ten wątły palący się płomień.

Bo właśnie zaczął się Adwent i o 6 rano odprawiane są  roraty, taka msza grudniowa bardzowczesnoporanna.

Katedra jest tak samo mroczna jak ten zaczynający się dzień, nasączona zapachem kadziła, modłami i cichym śpiewem wiernych. Nie widzi ludzi , wpatrzona w piękny ołtarz i księdza w fioletach zapomina o świecie. 

A potem  wraca, nie oglądając się bo za nią  ciemny, straszny niby jednooki woj w hełmie, zarys wieży katedralnej , lękliwie przemyka  obok  ruin. I cieszy się , gdy widzi  zapalone  już światła  w istniejących domach, świadczące o tym, że żyją tam ludzie. I skręca w prawo w ul. Kos. Gdyńskich.  Teraz  wpatruje się w chodnik. Tam leżą  duże poniemieckie płyty granitowe. Ulubione. Jak zwykle ostrożnie stawia kroki , by nie postawić stopy w przestrzeni między płytami, bo to może oznaczać zatopienie w wyimaginowanym bezbrzeżnym oceanie.

I jest już w domu…uskrzydlona z powodu dokonanego wyczynu.

I tak jest codziennie, przez miesiąc poprzedzający wielkie i kolorowe święta Bożego Narodzenia.

Taki to właśnie niepowtarzalny już obraz, wraca do mnie o świcie…. ciemnym, grudniowym

Tatarki z mojego dzieciństwa.

417px-Tatar_woman_XVIII_century.jpg

 

 

 

 

 

Oglądam zamieszczony w Wikipedii wizerunek  XVIII wiecznej kobiety tatarskiej sporządzony przez nieznanego autora i usiłuję znaleźć charakterystyczne, poznane w dzieciństwie rysy twarzy . Zdejmuję więc z głowy tej Tatarki przyodzienie , dodaję jej uśmiech i wreszcie jest…jakiś cień, ślad i  wreszcie fala ciepłych dziecięcych gorzowskich wspomnień….

Jak już wielokrotnie pisałam, urodziłam się po  wojnie w mieście bliskim granicy z Niemcami. Przybyli tam moi rodzice po wojennej zawierusze . W poniemieckim mieście Gorzowie znaleźli swój nowy dom i próbowali żyć normalnie. I tak z czasem się stało. Pozostały tylko ich opowieści o straszliwych czasach, łzy matki nocą opłakującej utratę wojennego synka i pewnie jakaś radość z mojego przybycia na świat.

Łaziłam z mamą po Gorzowie. Bardzo lubiłam cotygodniowe wyprawy na rynek .

Barwny tłum, wesołe znajome już kumoszki witały. Unosiłyśmy słoje z gęstą śmietaną, białe sery trójkątne, wyjęte ze śnieżnego płótna i wonne osełki masła , nie mówiąc o żywej trzepoczącej się w siatkowej siatce kurze , która próbowała mnie dziobać albo drapać pazurem i patrzyła wielkim błyszczącym okiem. Na szczęście nie bardzo kojarzyłam jak ona kończy życie, bo rodzice oszczędzali mi tego widoku. Więc postrzegałam ją jako ciekawe choć wrogie w tej siatce zjawisko.

Były też dni , kiedy Mama mówiła, że dzisiaj będą Tatarki. Opowiadała mi przy okazji, że przybyły z dalekiego kraju i od tej pory jawiły mi się jako istoty z innego tajemnego świata. Tylko od nich Mama kupowała  warzywa, bo tak jakoś czarowały ziemię, że rodziła pięknie i dorodnie.  

Wypatrywałam więc, czy  zobaczę je pierwsza . I zwykle tak było, więc wołałam radośnie, że są. Maleńkie, kształtne  czarnowłose kobietki o okrągłych buziach.  Zawsze myślałam, że są jak ładne lalki. Podobały mi się , lubiłam tajemnicę pochodzenia, którą nosiły i takie je zapamiętałam. …

Miałam wówczas kilka lat i cały świat wydawał mi się trochę zaczarowany, bajkowy. Więc od razu sobie wyobrażałam, że te ładne małe kobietki – laleczki są czarodziejkami.

Mama witała je  serdecznie, może były matkami jej uczniów i stąd ta znajomość, a może tylko sympatia bazarowa, nie wiem. Wiem tylko jedno, że czarna rzodkiew kupowana u nich była pięknie dorodna, nigdy potem już nie widziałam takiej, a wypatrywałam na warszawskich bazarkach wspominając gorzowskie Tatarki.

Te gorzowskie  dorodne  czarne kule przynosiłyśmy do domu a tata tarkował na tarce z drobnymi oczkami i surówka była pyszna choć mocno piekąca w gardło. Uwielbiałam także kromeczki chleba posmarowane masłem i pokryte cienkim krągłym talarkiem chrupkiej wilgotnej czarnej rzodkwi….

Do dzisiaj czuję charakterystyczną woń świeżej czarnej rzodkwi, utrwalony  zapach  i smak z gorzowskiego dzieciństwa…

 

 

 

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Moje dziecięce wspomniania…

Na marginesie „ Lotu nad własnym ziemskim losem”. Wspomnienia o bracie.

 

Ale już pora, by opowiedzieć od  czasach, które znam z opowieści Mamy i Brata a także kiedy  dorosłam na tyle, by pamiętać….

Był Gorzów, wrzesień 1947 roku, Zenon miał  wtedy 13 lat.

Jak mówiła Mama, ponoć ten dojrzewający już chłopiec  bardzo się cieszył z siostrzyczki. Nie wstydził się zabierać mnie na spacery, pchając poniemiecki drewniany wózek z czasami wrzeszczącym niemowlęciem. A może nie wrzeszczałam, a tylko błogo się uśmiechałam. Bo bardzo lubiłam kochałam i podziwiałam mojego brata.

Potem, gdy już potrafiłam chodzić, zawsze uczestniczyłam w domowych spotkaniach z jego kolegami. Pakowałam się na kolana młodzieńców i słuchałam jak dyskutują. Podobno nawet z tego wrażenia jednemu z nich obsiusiałam kolana- przypominam, że w tamtych czasach nikt jeszcze nie wymyślił tego genialnego rozwiązania, jakim są pampersy. Fakt obsiusiania przyjęto ze śmiechem , a poszkodowany nawet się nie obraził.

 Jakże dobrze pamiętam bardzo przystojnego Orlińskiego, którego oficerki budziły mój wielki respekt i podziw. A także krzywonosego Wojtycha. Widuję go czasami w TV, jest uznanym aktorem, ma fizjonomię bardzo podobną do Kobieli. Ostatnio zauważyłam  z żalem , że chyba zoperował sobie swój cudny, wielki, fantazyjnie zakrzywiony w bok nos.

W czasie gdy Zenon zdawał maturę, ja zachorowałam na świnkę. Odseparowano mnie w jednym  pokoju, a Zenon zaglądał do mnie przez okienko umieszczone w górnej części drzwi. Zawsze na to czekałam i pojawienie się umiłowanej twarzy witałam z radością i entuzjazmem. Pomimo tej mojej pewnie spóźnionej izolacji , zdążyłam przekazać Bratu w odpowiednim czasie swojego wirusa, gdyż egzaminy maturalne zdawał ze świnkowym obrzękiem ślinianek. Nie wiem doprawdy jak potrafił się zmobilizować, pójść na te egzaminy i uzyskać nawet dobry wynik.

Gdy miałam pięć lat, Zenon opuścił nasz dom, wyjechał na studia.

Potem dowiedziałam się od Mamy, że dostał się na Wydział Polonistyki Uniwersytetu Poznańskiego, co było zadaniem niełatwym, gdyż kandydatów było wielu, wysyp wojennych  roczników młodzieży zagęszczał listy chętnych do podjęcia studiów.