Na medycznej ścieżce. Dzieje dializoterapii.

Wspominając moje tamte studenckie czasy, lata 1965- czytam w Internecie na temat historii dializoterapii.

   Początek tej historii, to działania Willera Kolffa, który w czasie drugiej światowej przeprowadził w Amsterdamie pierwszą na świecie dializę. .

Wówczas to Willem Kolff  wykonał w Amsterdamie pierwszą na świecie dializę. Wyprowadził on krew z ustroju pacjenta , przepuścił przez błonę celofanową umieszczoną w specjalnym aparacie i krew już oczyszczoną wprowadził z powrotem do ustroju. To była właśnie pierwsza sztuczna nerka.

W 1946 roku prof. W.Kolff ofiarował sztuczną nerkę Polsce, ale nigdy nie została wykorzystana. Prawdopodobnie zabrakło odważnych lekarzy, bo prowadzenie dializ to jest nie lada wyzwanie.

W 1957 roku powstał ośrodek dializ w Pradze czeskiej. Leczono tam kilku pacjentów z Polski.

W 1958 roku Prof. Jan Roguski ( nasz poznański profesor!)  i wtedy jeszcze doc Witold Orłowski z Akademii Medycznej w Warszawie przekonali polskie władze , że wożenie pacjentów do Pragi jest wstydem dla naszego kraju.

Nie było to łatwe, ale obaj lekarze byli uparci, ogarnięci ideą i co najważniejsze nie mogli patrzeć jak umierają ich chorzy, którym można było pomóc. Wyobrażam sobie ich determinację.

I  wreszcie  nastąpił moment dawno oczekiwany i podniosły. Zakupiono dwie sztuczne nerki .

Jedną umieszczono w II Klinice Chorób Wewnętrznych w Poznaniu , kierowanej jeszcze przez Prof. Adama Biernackiego a następnie prof. Jana Roguskiego   , a drugą w I Klinice Ch.  Wewnętrznych w Warszawie, gdzie działał Prof. Witold Orłowski .

 Aparaty  działały przez kilka lat, potem polscy lekarze i inżynierowie wprowadzili kilka istotnych usprawnień w szwedzkich urządzeniach a właściwie skonstruowali je od początku.  

To była data rewolucyjna w polskiej nefrologii  . Od tej pory w Polsce uratowano życie wielu pacjentom  z przewlekłą niewydolnością nerek . 

 

Jak już pisałam wcześniej, miałam szczęście oglądać to urządzenie w poznańskiej Klinice , niespełna 8 lat po  zainstalowaniu. Już wtedy było nieomal w całości zrekonstruowane przez polskich inżynierów z poznańskich zakładów Cegielskiego.

I dostąpiłam   zaszczytu  poznania Wielkiego Człowieka Polskiej Medycyny, wspaniałego Lekarza i Nauczyciela , niewysokiego szczupłego o arystokratycznych rysach, pasji w oczach i wielkiej klasie Profesora Jana Rogulskiego.

A po trzech latach, w czasie zajęć w Akademii Medycznej w Warszawie  oglądałam dializy i z lękiem postrzegałam bardzo surowego Profesora Witolda Orłowskiego.

To byli Wspaniali Ludzie, niesamowicie zaangażowani zawodowo, których działania na pewno wspominają tysiące uratowanych pacjentów i ich rodzin. Dzięki Nim można uwierzyć w piękno Człowieka – Lekarza !

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Dializoterapia

 

Nakłuta przetoka  tętniczo – żylna. Doprowadzanie i odprowadzenie krwi z urządzenia do dializy.

 

Lekarze od dawna obserwowali pacjentów ze schyłkową niewydolnością nerek. Przyczyny tego stanu mogły być różne, ale skutki metaboliczne były podobne.

Dochodziło do wielkiego nagromadzenia różnych substancji,  co powodowało ogólne zatrucie pacjenta. Próbowano zahamować proces zatruwania poprzez różne ograniczenia dietetyczne, podawanie leków wiążących toksyny. Jednak organizm pozbawiony funkcji nerek nie był w stanie długo funkcjonować. Medycyna była w takiej sytuacji bezradna.

Już bardzo dawno poznano budowę nerek i wiele mechanizmów za pomocą których ten narząd oczyszcza organizm. Najprostszy z nich to specjalne błony, oddzielające przepływającą krew od tego co się z niej przesączy tworząc tzw. mocz pierwotny. W tym moczu stężenie trucizn jest niższe niż we krwi co powoduje przechodzenie ich z krwi do moczu i następnie wydalenie z ustroju.

 

Ten mechanizm wydawał się bardzo prosty i już na początku XX wieku dojrzał pomysł, by skonstruować urządzenie do pozanerkowego oczyszczania organizmu i tym samym ratować życie pacjentów z przewlekłą niewydolnością nerek.

Największą trudnością było wynalezienie środka, który zapobiegałby krzepnięciu krwi w tym urządzeniu oraz wyszukanie odpowiedniej błony, która by odpowiednio tę krew filtrowała pozostawiając krwinki a usuwając jedynie toksyny.

Tuż przed II wojną światową wynaleziono heparynę. Hamowała ona krzepnięcie krwi, więc problem pierwszy wydawał się być rozwiązany. W czasie II wojny światowej w badaniach doświadczalnych użyto zwykłego celofanu. Spełniał on wszystkie oczekiwania i doskonale przepuszczał jedynie substancje nieprawidłowe.

Do zabiegu oczyszczania pozaustrojowego na żywym, chorym człowieku był przygotowany i odważnie go wykonał  William Kolff. I właśnie on po raz pierwszy w świecie, w czasie II wojny światowej w Amsterdamie przeprowadził skuteczną dializę.

Ze względów higienicznych, by zapobiegać zakażeniom z zewnątrz wydzielono specjalną salę i pracowali tam ludzie, którzy nie kontaktowali się z innymi pacjentami. Pacjent był ułożony na specjalnym łóżku osadzonym na wadze. Obok łóżka ustawiono urządzenie, które miało kształt walca, a w środku, za osłonami były nawinięte jak na szpulę celofanowe rurki. Było ich około 20 m. W tych rurkach przepływała krew pacjenta, tłoczona tam za pomocą specjalnej pompy. Szpula ta i rurki były zanurzone w specjalnie przygotowanym roztworze, który wysysał z przepływającej krwi substancje toksyczne. 

Ponieważ każdy zabieg wymaga nakłuwania tętnicy i żyły chorego, wymyślono tzw przetokę. W tym celu na jego ręce, pomiędzy dłonią a łokciem nacięto tętnicę, wszywając rurkę  z tworzywa sztucznego, a drugi jej koniec wszyto do naciętej żyły. Krew z tętnicy przepływa przez przetokę i wraca do żyły tworząc zamknięty obieg. Umożliwia to częste nakłuwanie, bez bólu pacjenta oraz oszczędza cenne naczynia chorego.

Po nakłuciu przetoki, krew pacjenta jest tłoczona do celofanowych przewodów urządzenia do dializy. Przebywa odległość ponad 20 m. By zachować w tym czasie prawidłowe krążenie krwi chorego, w czasie każdej dializy dodatkowo podaje się ok. 500 ml świeżej krwi innego człowieka. Zabieg trwa ok. 6-12 godzin. Jeśli jest wykonywany z powodu tzw ostrej niewydolności nerek, tzn nagłego zatrzymania jej pracy na skutek różnych przyczyn może wystarczyć tylko jeden lub kilka do odzyskania zdrowia. Jednak gdy nerki są zniszczone, zabiegi wymagają powtarzania kilka razy w tygodniu.

 

O tym wszystkim opowiadał nam prof. Rogulski, było to jego pasją.

Podziwialiśmy odwagę ludzi, którzy nie wahali się, by w taki ryzykowny, nie pozbawiony ciężkich powikłań sposób ratować życie swoich chorych.

Na medycznej ścieżce. Sztuczna nerka.

 

Któregoś dnia, gdy w poznańskiej klinice odbywaliśmy zajęcia z propedeutyki interny, zaproszono nas do specjalnego pomieszczenia.

Lekarze byli przejęci i czuliśmy, że zobaczymy coś niezwykłego, nadzwyczajnego.

Wchodziliśmy kolejno, tłocząc się pod ścianą.

Prawie cały pokój zajmowała maszyneria: warczał silnik, pluskała pompa a w centrum stał ogromniasty kocioł z przykrywą.

Gdzieś daleko, poza tymi urządzeniami dostrzegliśmy zwykłe szpitalne łóżko a na nim chudziutkiego człowieka o szarej twarzy. Na krawędzi łóżka spoczywała jego koścista ręka z której wyprowadzone były przewody wypełnione krwią.

Gdyby nie obecność pacjenta, wydawać się mogło, że pomyliliśmy pokoje i teraz znajdujemy się w jakimś pomieszczeniu technicznym.

Profesor z dumą objaśnił nam, że mamy szczęście, i oto jesteśmy w tej klinice w czasach historycznych.

Bo całkiem  niedawno rozpoczęto tutaj nową erę w leczeniu pacjentów z niewydolnością nerek.

Ta metoda, która zmieniła rokowanie w ciężkich chorobach nerek nazwana jest dializą.

A aparatura, którą teraz oglądamy jest tzw sztuczną nerką. Wykonali ją inżynierowie z Poznańskich Zakładów Cegielskiego. 

Wydaje się, że nasze zajęcia były tak niedawno, a to już minęło ponad 50 lat.

I obecnie takie urządzenia to już XXI wiek, mają taki format, że nawet mieszczą się w kieszeni, ale nie zmieniła się zasada zabiegów.

 

Schemat urządzenia do leczenia nerkozastępczego czyli dializy.