Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 10 ). Biegły sądowy .

I nadeszła pora, by powrócić do ciągu dalszego Pamiętnika Kolegi ze studiów , Jerzego T. Marcinkowskiego, którego mam zaszczyt gościć w blogu….ale najpierw kilka zdjęć…

Jerzy T. Marcinkowski, …o czym myślisz Myślicielu ?

Zdjęcie sprzed lat.  Jerzy T. Marcinkowski z nieżyjącym od 2011 roku, Ojcem- prof. Tadeuszem Marcinkowskim i jego drugą żoną, Wiesią Bortel – mistrzem Polski w szybownictwie,  wymienianą wśród  polskich posiadaczy ZŁOTEJ ODZNAKI  SZYBOWCOWEJ Z TRZEMA DIAMENTAMI  w roku 1971. (http://www.zabytkoweszybowce.olsztyn.pl/index.php?page=lektury )   . Od razu Ją pokochały wszystkie dzieci Profesora i nadal utrzymują z nią serdeczny kontakt ….choć nigdy nie zastąpiła im  w pełni przedwcześnie zgasłej  Matki , która dała Im życie i otaczała Miłością jaką tylko Matka dać może……..” niedaleko pada jabłko od jabłoni”- Syn po latach, kiedy dość długo szedł własną drogą , spotkał się z drogą Ojca i już do dziś nią podąża , choć w znacznie szerszej i innej perspektywie  …

Jerzy T. Marcinkowski przy Chrzcielnicy w Andrychowie. To tu był ochrzczony, choć urodził się w Wadowicach…. nie wie dlaczego właśnie tu przyjmował swój Pierwszy Sakrament…. nie zdążył zapytać Rodziców….

A  oto ciąg dalszy fragmentów Pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego:

  W mej pracy zawodowej jest jeszcze trzecia droga – od 1983 r. jestem stałym biegłym sądowym w dziedzinie neurologii. Zachęcił mnie ku temu śp. dr med. Aleksander Piechowski z Kliniki Neurologii, który tam funkcje biegłego sądowego pełnił od wielu lat. Podniosłym momentem było złożenie przeze mnie przysięgi biegłego sądowego, którą odebrał ode mnie w tymże 1983 r. ówczesny Prezes Sądu Wojewódzkiego, Jan Małek.

I tak stałem się biegłym sądowym a przeszkoliła mnie, szalenie krótko Pani kierownik sekcji lekarskiej mieszczącej się wówczas na terenie Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu przy ul. Marcinkowskiego 32. Ta przeurocza Pani pokazała mi, jak obchodzić się z aktami, na której stronie na co należy spojrzeć i jak opinię spisać w ten sposób, aby inni biegli sądowi znaleźli miejsce na dopisywanie danych z wywiadu, badania przedmiotowego, rozpoznania klinicznego i właściwej opinii. Dlatego o tym piszę, że na tym faktycznie zakończyło się moje zasadnicze szkolenie i bezpośrednio po tym zacząłem pisać pierwsze opinie sądowo-lekarskie dot. orzecznictwa rentowego dla Wydziału  Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu. Oczywiście później zastępcy Prezesa Sądu Wojewódzkiego, później Sądu Okręgowego wprowadzili szkolenia dla biegłych, ale ograniczały się one do parugodzinnych spotkań, na których znajdowali się biegli z wszystkich dziedzin.

Tak więc, od 1983 r.  stale  pełnię funkcję stałego biegłego sądowego w zakresie neurologii w Okręgowym Sądzie Pracy i Ubezpieczeń Społecznych, przekształconym następnie w Sąd Pracy i Ubezpieczeń Społecznych (Wydziały VI, VII i VIII Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu, a obecnie Sądu Okręgowego w Poznaniu) oraz Sądzie Rejonowym dla m. Poznania – Wydziale IV – Sądzie Pracy i Wydziale Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Moje doświadczenia w opiniowaniu sądowo-lekarskim rozwijały się a wkrótce potem ówczesny kierownik Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Poznaniu Pan prof. Zygmunt Przybylski zaproponował mi, abym pisał opinie sądowo-lekarskie w ramach tegoż zakładu. Od tego też okresu, do tej pory , ściśle współpracuję z Zakładem Medycyny Sądowej w Poznaniu. Jako biegły wydałem już kilkadziesiąt tysięcy opinii – niestety dokładnie nie liczyłem. Występowałem jako biegły na rozprawach w wielu sądach – w każdym z województw w kraju. Stąd też znam się na architekturze budynków sądowych. Prowadziłem badania sądowo-lekarskie na terenie wielu zakładów karnych i aresztów śledczych – stąd i tą architekturę i funkcjonowanie tychże jednostek nieźle poznałem. To są szczególne doświadczenia – bardzo ciekawe poznawczo. Na przykład dowiedziałem się od wychowawców w zakładach karnych o bardzo odmiennym traktowaniu przez współwięźniów ojcobójców i matkobójców. Otóż o ile współwięźniowie „są w stanie zrozumieć” i jakoś tam zaakceptować ojcobójców, to dla matkobójców „nie ma zmiłuj się” w tym środowisku – nigdy nie przebaczą! To zagadnienia warte szerszego opisania. W związku z tą działalnością napisałem szereg prac oryginalnych, w których analizowałem wydawane opinie sądowo-lekarskie oraz szereg prac poglądowych, opublikowanych głównie w „Orzecznictwie Lekarskim” – gdzie byłem najczęściej występującym autorem prac. To czasopismo zawiesiło swoją działalność, ale obecnie (w 2017 roku) następuje jego reaktywacja.

I ostatecznie  sprawdziło się stare porzekadło „niedaleko pada jabłko od jabłoni’-  zacząłem powtarzać drogę zawodową mojego ojca – pisząc opinie sądowo-lekarskie.

Na marginesie, muszę tu wspomnieć, że czasami odczuwam agresję ze strony niektórych adwokatów i radców prawnych, której sceną są sale sądowe. Za nieeleganckie uważam częste pisanie przez adwokatów i radców prawnych następującego zwrotu: „kwestionuję opinię biegłego w całości” a potem się okazuje, że zastrzeżenia dotyczą tylko względnie drobnego problemu. Zdarzają się kolejne zastrzeżenia, nieraz wielokrotne, do opinii z pytaniami na które już udzieliłem odpowiedzi. Takie zachowanie wspomnianych prawników jest szczególnie odczuwane w sprawach dotyczących obalania testamentów. Wielokrotnie występowałem w takich sprawach – około pół tysiąca spraw – i wiadomo, że końcowe konkluzje w opinii mogą być korzystne tylko na rzecz jednej ze stron. Chodzi o to, czy spadkodawca w dniu sporządzenia testamentu był świadomy i zdolny do czynności, jaką jest sporządzenie testamentu. Adwokat, który stoi po stronie, dla której opinia jest niekorzystna, potrafi atakować biegłego na wszystkie możliwe sposoby. Ja opinie sądowo-lekarskie staram się napisać jak najrzetelniej. Wypisać z akt sprawy wszystkie istotne fakty i opierając się na tychże faktach ostatecznie rozstrzygnąć, czy  spadkodawca/spadkodawczyni była zdolna do sporządzenie testamentu w danym dniu czy też nie. Adwokat jednej ze stron atakuje moją opinię i zachodzą różne sytuacje, chociażby taka: Pani mecenas na Sali sądowej mówi: „dlaczego biegły tak twierdzi, skoro tutaj – i wskazuje palcem na tekst z historii choroby, gdzie są obserwacje lekarskie – zostało napisane „kontakt z chorym zachowany”. Podchodzę do Pani mecenas i proszę, żeby mi pokazała, gdzie to jest napisane. Pani mecenas pokazuje palcem. Wobec tego, biorę wskazaną kartkę papieru, odwracam i pokazuję Sędziemu ze słowami: „Pani mecenas twierdzi, że tutaj jest napisane ‚kontakt z chorym zachowany’”. Sędzia zakłada okulary, patrzy uważnie na kartkę i mówi „ja nie wiem, co tutaj jest napisane”. W tym miejscu ja mówię – ja też nie wiem Wysoki Sądzie, ale Pani mecenas twierdzi, że jest napisane „kontakt z chorym zachowany”. To jest dotąd jeszcze wielki problem w polskich sądach albowiem obserwacje lekarskie a często całe historie chorób pisywane są ręcznie. Wiadomo, że pismo lekarskie bywa mało czytelne a czasami wręcz nieczytelne. Ja jako neurolog często mam problemy w odczytaniu zapisów poczynionych przez innych neurologów. I tu jeszcze wtrąciłbym uwagę o rzetelności, prawdziwości danych zawartych w dokumentach medycznych. W sprawach o obalanie testamentu wielokrotnie zwróciłem uwagę sądowi na to, że w aktach sądowych nie jest jeszcze pełna dokumentacja medyczna z pobytu w szpitalu. Chodzi o to, że istnieją jeszcze raporty pielęgniarski, pisywanie niezależnie od obserwacji lekarskich. I zdarzały się wielokrotnie takie przypadki, że wyraźnie co innego odnotowywano w obserwacjach lekarskich a co innego w pielęgniarskich. Pamiętam jedną sprawę z oddziału neurologicznego, gdzie pani ordynator wydała opinię dla sądu, że świadomość pacjentki w danym dniu była pełna, podczas gdy zupełnie co innego wynikało z raportów pielęgniarskich.

Kiedyś w sądzie karnym na rozprawie spotkałem się z niezwykłą wręcz agresją ze strony pani mecenas, która broniła męża oskarżonego o to, że wywiózł do lasu swoją żonę a następnie zarzucił jej niespodziewanie pętlę na szyję i udusił na śmierć. Z akt wynikało, że chodziło mu o przejęcie majątku żony. Badałem oskarżonego w areszcie i dowiedziałem się od niego, że nie ma żadnych napadów padaczkowych, nie bierze żadnych leków przeciwpadaczkowych, nie ma żadnych dolegliwości z kręgu padaczki. Ale pani mecenas odwoływała się do faktu, że w dzieciństwie rozpoznawano u oskarżonego na przestrzeni paru lat padaczkę, której napady później całkowicie ustąpiły. Pani mecenas chciała wymóc na mnie, jako na biegłym, że ta zbrodnia została popełniona w napadzie padaczkowym, jakimś zamroczeniu, czy czymś podobnym. Broniłem się zawzięcie w obliczu 3 sędziów, 4 ławników i 2 prokuratorów a także dość licznej publiczności na sali rozpraw. A potem zostałem ‚poczęstowany’ tym, że pani mecenas skierowała na mnie doniesieniu o popełnieniu przestępstwa na policję, aby to policja sprawdziła, czy rzeczywiście posiadam specjalizacje z neurologii i czy rzeczywiście mam tytuł naukowy profesora, jak podaję. Byłem w komisariacie policji, pokazywałem moje dokumenty – wszystko sprawdzono i okazało się, że wszystko jest prawdą.

A wspominam o tym dlatego, by zilustrować, a być może uprzedzić innych lekarzy, którzy podejmują się roli biegłego sądowego, z jaką agresją się mogą spotkać ze strony niektórych adwokatów. Jednocześnie chcę podtrzymać tych lekarzy na duchu, by się  nie zniechęcali, nie rezygnowali, i bez niepotrzebnie wzbudzanych emocji, które mogą się źle skończyć dla ich zdrowia – pewni swego zdania, bronili swojej opinii. Opinia ta musi być zgodna z ich sumieniem i wiedzą lekarską, którą nieustannie muszą pogłębiać. Jednym słowem rola biegłego lekarza to trudny przysłowiowy „kawałek chleba” ale równocześnie misja, by pomagać sądowi w ferowaniu sprawiedliwych wyroków.

cdn.

zdj własne…dziwny dmuchawiec z Horyńca…jakże złożona budowa, a całość tworzy piękną harmonię, powtarzalną- cud natury…trochę przypomina układankę pracy biegłego…

I jeszcze moje spostrzeżenia na marginesie – jak niełatwa jest  praca biegłego ,  przekonałam się choć tylko  w bardzo maleńkim zakresie.  JTM przysłał mi kilka opinii , bym poczytała, może dała jakieś swoje uwagi. I tak było w kilku  przypadkach. Zwykle potężna, zbierana przez wiele lat dokumentacja medyczna, przez którą należało przebrnąć – trzeba się naczytać, natrudzić by uzyskać pewność, że jest obiektywna i rzetelna. W dodatku zderzenie z prawnikami, czego na szczęście nie doznałam, musi być niezłą traumą. Ale jak widać, da się z tym żyć, o czym świadczy ten rozdział pamiętnika i pomimo tylu lat harówy – wciąż doskonała kondycja Jerzego T. Marcinkowskiego ….

Na medycznej ścieżce. Drugi rok studiów.

Po bujnym, trochę szalonym i przeżytym jakby na granicy snu i jawy pierwszym roku studiów, przyszła normalność. Byliśmy już na drugim roku medycznej edukacji. Czuliśmy rytm studiowania, systematycznej nauki i powoli uzyskiwaliśmy pewność, że damy radę. Spotkaliśmy się w mniejszym gronie, bo jedna koleżanka nie zdała egzaminów i nie mogąc powtarzać roku, musiała odejść. Kilku kolegów zrezygnowało ze studiów na Akademii Medycznej , mimo zdanych egzaminów, bo nie wytrzymali psychicznie. I dobrze, że zorientowali się w miarę wcześnie i pewnie nie żałowali decyzji.

Tak jak na pierwszym roku, dwa razy w tygodniu o 6 rano wychodziłam na  pływalnię , co pozwalało na zachowanie równowagi fizycznej i wyrównanie emocji. Poza tym grałam w koszykówkę, którą uwielbiałam  od czasów licealnych. Nawet należałam do zespołu reprezentacyjnego  uczelni. Z Jerzym M. bywaliśmy w Zakładzie Medycyny Sądowej AM, bo jego ojciec był tam szefem i czasami dawał nam różne zadania. Np. uporczywie, przez wiele tygodni ocenialiśmy wygląd kropli krwi, która spadała z różnej wysokości i pod różnym kątem. Niewielką ilość krwi  otrzymywaliśmy z zaprzyjaźnionego laboratorium , w szybkim tempie przynosiliśmy do Zakładu, który znajdował się na parterze Anatomicum i natychmiast przystępowaliśmy do doświadczeń. Następnie wykonywaliśmy doświadczenie , dokonywaliśmy pomiarów , rejestrowaliśmy wszystkie parametry i wykonywaliśmy serie zdjęć. Mam nadzieję , że nasze obserwacje komuś się przydały.

Starsza od  Moniki siostra, Basia właśnie rozpoczęła zajęcia na psychiatrii. Któregoś dnia zaproponowała, że nas przemyci na salę wykładową.  Na każdym roku było ponad 100 osób, więc możliwa była anonimowość. Onieśmielone  wysłuchałyśmy wielu wykładów i od tej pory zakochałyśmy się w psychiatrii. U mnie ten zachwyt przetrwał przez wiele lat, właściwie do końca studiów.

Moja  znajomość z Jerzym była spokojna, pozbawiona seksualności , przynajmniej dla mnie. Zajęcia drugiego  roku studiów nie były  szczególnie emocjonujące,  niewiele zapamiętałam z edukacji w tym  okresie . Egzaminy zdałam poprawnie.

Potem odbyłam miesięczną praktykę w laboratorium poznańskim, zgodnie ze skierowaniem z uczelni. Do naszych obowiązków należało mycie  szkła laboratoryjnego,  tzw pipetowanie surowicy i  wykonywanie pod nadzorem różnych badań, najczęściej moczu. Pipetowanie oznaczało wtedy pobieranie surowicy znad skrzepłej krwi. Odbywało się to przy użyciu szklanej rurki, którą należało napełnić do określonego poziomu i przenieść w ten sposób materiał do probówek, gdzie odbywały się dalsze badania. Nie było pipet automatycznych, ani nawet zaopatrzonych w gumową pompkę. Więc tradycyjną metodą, wkładałyśmy końcówkę rurki do ust, wsysałyśmy płyn do zaznaczonego poziomu w rurce, zatykałyśmy palcem końcówkę, którą przedtem trzymałyśmy w ustach i nad probówką odsuwałyśmy  palec, a wtedy zawartość wypływała pod ciśnieniem powietrza. Przy niedokładnym lub zbyt energicznym wsysaniu, można było poczuć surowicę w ustach. Zdarzyło mi się to parokrotnie, ale , podobnie jaki większość kolegów ,zupełnie nie myślałam o możliwości zakażenia jakimiś wirusami obecnymi w tej surowicy. Wtedy nie wykonywano żadnych badań w tym kierunku, , a o wielu wirusach nikt nie miał pojęcia.

Po praktyce spędziłam piękne  dwa tygodnie  w Jedlinie Zdroju, na zaproszenie ulubionej mojej przybranej Cioci, przyjaciółki Mamy z lat wileńskich, Heleny Konopielko , która przebywała tam na leczeniu sanatoryjnym ….