Na medycznej ścieżce. Drugi rok studiów.

Po bujnym, trochę szalonym i przeżytym jakby na granicy snu i jawy pierwszym roku studiów, przyszła normalność. Byliśmy już na drugim roku medycznej edukacji. Czuliśmy rytm studiowania, systematycznej nauki i powoli uzyskiwaliśmy pewność, że damy radę. Spotkaliśmy się w mniejszym gronie, bo jedna koleżanka nie zdała egzaminów i nie mogąc powtarzać roku, musiała odejść. Kilku kolegów zrezygnowało ze studiów na Akademii Medycznej , mimo zdanych egzaminów, bo nie wytrzymali psychicznie. I dobrze, że zorientowali się w miarę wcześnie i pewnie nie żałowali decyzji.

Tak jak na pierwszym roku, dwa razy w tygodniu o 6 rano wychodziłam na  pływalnię , co pozwalało na zachowanie równowagi fizycznej i wyrównanie emocji. Poza tym grałam w koszykówkę, którą uwielbiałam  od czasów licealnych. Nawet należałam do zespołu reprezentacyjnego  uczelni. Z Jerzym M. bywaliśmy w Zakładzie Medycyny Sądowej AM, bo jego ojciec był tam szefem i czasami dawał nam różne zadania. Np. uporczywie, przez wiele tygodni ocenialiśmy wygląd kropli krwi, która spadała z różnej wysokości i pod różnym kątem. Niewielką ilość krwi  otrzymywaliśmy z zaprzyjaźnionego laboratorium , w szybkim tempie przynosiliśmy do Zakładu, który znajdował się na parterze Anatomicum i natychmiast przystępowaliśmy do doświadczeń. Następnie wykonywaliśmy doświadczenie , dokonywaliśmy pomiarów , rejestrowaliśmy wszystkie parametry i wykonywaliśmy serie zdjęć. Mam nadzieję , że nasze obserwacje komuś się przydały.

Starsza od  Moniki siostra, Basia właśnie rozpoczęła zajęcia na psychiatrii. Któregoś dnia zaproponowała, że nas przemyci na salę wykładową.  Na każdym roku było ponad 100 osób, więc możliwa była anonimowość. Onieśmielone  wysłuchałyśmy wielu wykładów i od tej pory zakochałyśmy się w psychiatrii. U mnie ten zachwyt przetrwał przez wiele lat, właściwie do końca studiów.

Moja  znajomość z Jerzym była spokojna, pozbawiona seksualności , przynajmniej dla mnie. Zajęcia drugiego  roku studiów nie były  szczególnie emocjonujące,  niewiele zapamiętałam z edukacji w tym  okresie . Egzaminy zdałam poprawnie.

Potem odbyłam miesięczną praktykę w laboratorium poznańskim, zgodnie ze skierowaniem z uczelni. Do naszych obowiązków należało mycie  szkła laboratoryjnego,  tzw pipetowanie surowicy i  wykonywanie pod nadzorem różnych badań, najczęściej moczu. Pipetowanie oznaczało wtedy pobieranie surowicy znad skrzepłej krwi. Odbywało się to przy użyciu szklanej rurki, którą należało napełnić do określonego poziomu i przenieść w ten sposób materiał do probówek, gdzie odbywały się dalsze badania. Nie było pipet automatycznych, ani nawet zaopatrzonych w gumową pompkę. Więc tradycyjną metodą, wkładałyśmy końcówkę rurki do ust, wsysałyśmy płyn do zaznaczonego poziomu w rurce, zatykałyśmy palcem końcówkę, którą przedtem trzymałyśmy w ustach i nad probówką odsuwałyśmy  palec, a wtedy zawartość wypływała pod ciśnieniem powietrza. Przy niedokładnym lub zbyt energicznym wsysaniu, można było poczuć surowicę w ustach. Zdarzyło mi się to parokrotnie, ale , podobnie jaki większość kolegów ,zupełnie nie myślałam o możliwości zakażenia jakimiś wirusami obecnymi w tej surowicy. Wtedy nie wykonywano żadnych badań w tym kierunku, , a o wielu wirusach nikt nie miał pojęcia.

Po praktyce spędziłam piękne  dwa tygodnie  w Jedlinie Zdroju, na zaproszenie ulubionej mojej przybranej Cioci, przyjaciółki Mamy z lat wileńskich, Heleny Konopielko , która przebywała tam na leczeniu sanatoryjnym ….

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *