Na medycznej ścieżce. Szpitalna praktyka w Lidzbarku Warm.

 

Namówiłam Marylkę Durkiewicz, z którą mieszkałam w ciągu ostatniego roku w Poznaniu przy ul Sieradzkiej, na praktykę w Lidzbarku. Zalecono nam, by tym razem odbywała się ona w szpitalu powiatowym. Więc Lidzbark doskonale pasował, w dodatku miałam nadzieję, że moja Teściowa zgodzi się na zakwaterowanie Marylki w swoim domu. Byłam dziecięco naiwna i w ogóle sobie nie wyobrażałam, że może być inaczej. Gdy radośnie i beztrosko obwieściłam Teściowej , że przyjeżdżam z koleżanką, napotkałam na przysłowiową ścianę. Lodowatym tonem obwieszczono mi, że jest to niemożliwe, gdyż mieszkanie przy Mazurskiej jest za małe. Oczywiście , gdybym pomyślała rozsądnie, taki głupi pomysł nawet by mi nie przyszedł do głowy. Teściowie mieli dwa pokoje, ale wchodziło się najpierw do kuchni, potem do dużego saloniku i z niego do kolejnego pokoju . W takiej sytuacji Marylka zostawała na lodzie. Jednak Teściowa wyratowała mnie z kłopotu, gdyż załatwiła koleżance całkiem ładny pokoik na stryszku szpitalnym. Jednak od tej pory nasze kontakty z Marylką były już chłodnawe i potem się urwały.

Szpital w Lidzbarku Warmińskim był bardzo ładny. Budowla jeszcze poniemiecka, ale misterna, z wieżyczką i ładnym wnętrzem. Pierwsze wrażenie było przesympatyczne. Po nieprzytulnych klinikach , tutaj było kameralnie, czyściutko ,ładnie i przyjemnie pachniało.

Ja dostałam przydział na pracę w najpierw w oddziale chirurgii. Nie było to dla mnie szczególne przeżycie, bo miałam praktykę na chirurgii po pierwszym roku studiów. Tam widziałam bardzo dużo, przyjaźniłam się z pacjentami i tam zostawiłam moje serce.

Ale po tygodniu zostałam przeniesiona na oddział ginekologii i położnictwa. I tutaj nowe doznania, wrażeń moc. Ordynatorem był starszy wysoki przystojny i nobliwy lekarz- niestety nie zapamiętałam nazwiska. Emanował spokojem i powagą. Ale obok kręcił się śniady niewysoki, bystrooki młody doktor. On wprowadzał tam atmosferę ciepłą, a nawet zabarwioną pewnym seksualnym ożywieniem. Jego śmiejące się oczęta pewnie niejednej pacjentce mogły zawrócić w głowie, gdyby nie specyficzne okoliczności. Oddział pełen bidulek w białych koszulinach, które to koszuliny były zwykle rozpłatane od piersi do brzucha, ze zwisającymi smętnie tasiemkami, którymi usiłowano  sznurować owo rozpłatanie. Dziewczyny z wielkim brzuchami na patologii ciąży albo z niewiele mniejszymi, tuż po porodzie pewnie nie miały w głowie uwodzenia swojego doktora, ale kto ich tam wie.? Oczywiście trochę żartuję, ale faktycznie dr Zdzisław Ścisło, bo tak się nazywał ten młodziutki, ożywiał klimat tego oddziału.

Dni spędzałam na badaniu pacjentek, opisywaniu ich stanu w historiach chorób, ale przede wszystkim na sali porodowej.

I tutaj po raz pierwszy byłam świadkiem porodów. Razem z rodzącymi nabierałam powietrza i gdy one miały przeć, ja też parłam. Udzielał się ten nastrój walki o nowe życie. I wydawało się, że też w niej uczestniczę, a na pewno w ten sposób pomagam .

To wrażenie było silne, niezwykłe i właściwie brakuje słów dla określenia tego cudu, gdy w kroczu pojawiała się główka, a potem mały pędrak wydzierał się na stoliku do badań.

A potem wielka radość matki, gdy już po porodzie oddychała z ulgą i cieszyła się słysząc krzyk swojego dziecka.

Oczywiście wtedy rodzące miały nacinane krocza, więc długo trwało, gdy dr siedział pomiędzy nogami położnicy  i cerował to nieszczęsne krocze.

Mimo zachwytów nad cudem narodzin, nigdy nie miałam marzeń, by zostać położnikiem.

Popołudnia spędzałam u Teściów, których uwielbiałam długo przedtem , zanim poznałam swojego Męża. Ich domek był położony u podnóża cudnego parku nad przełomem rzeczki Symsarny. Wędrując zboczami wysokich wzgórz, po wygodnych ścieżkach, które jeszcze pozostawili Niemcy, wśród burzy zieleni, w dole widziałam połyskującą rzeczkę. I nasycałam wszystkie zmysły urokiem tego miejsca. Miejscami odsłaniał się widok na miasteczko leżące w dole, z nieproporcjonalnie wielkim zamkiem Biskupów Warmińskich i wielką wieżą kościoła. Miasteczko zatopione we wzgórzach i ogromnej zieleni. Przy tej zieleni, wzgórzach, zamku i kościele , domki mieszkańców wydawały się jak pudełeczka z czerwonymi dachami. Wracałam o zachodzie słońca.

Niezapomniane były te chwile .

W niedzielę przyjeżdżał Mirek i szaleńczo się robiło, mimo, że trochę marudził przy Mamusi- widocznie lubił, gdy ciepło się nim opiekowała. W ogóle miała w sobie ogrom ciepła, wystarczało dla wszystkich.

 

Na medycznej ścieżce. Samuel Goldflam

 

Właśnie  badam pacjenta i wywołuję objaw , który zaobserwował i wdrożył do codziennej praktyki lekarskiej  Samuel Goldflam. Do tej pory nosi on nazwę objawu Goldflama….

Warto o nim wspomnieć, bo to postać niezwykła i  w dzisiejszych czasach zadziwia niebywałą  aktywnością i  całkowitym bezinteresownym oddaniem problemom zdrowotnym i społecznym  .

Był nie tylko znakomitym lekarzem i naukowcem , organizatorem placówek medycznych ale także  znanym działaczem społecznym a także kolekcjonerem i mecenasem sztuki. 

Żył w latach 1852-1932 .Urodził się w Warszawie , zmarł w Otwocku.

Jego ojciec Wolf Goldflam był kupcem i prowadził  w Warszawie przy placu Za Żelazną Bramą skład „ Nouveutes”

Samuel Goldflam studiował na wydziale lekarskim Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego , w 1875 roku uzyskał tytuł lekarza.

W latach 1876-1883 pracował  w klinice chorób wewnętrznych w Szpitalu Św. Ducha u profesora Vilema Dusana Lambla.

Profesor go bardzo lubił i cenił. . Uwielbiali go  studenci, ponieważ chętnie objaśniał mało zrozumiałe komentarze profesora, który mówił słabo po rosyjsku a po polsku prawie wcale.

Na obchodach lekarskich  profesor Lambl zwykle kończył wizytę u pacjenta poleceniem :

” Gospodin Goldflam, zapiszitie jemu czto nibud”- ( „ panie Goldflam, zapisz pan mu cokolwiek”).

W 1978 roku Samuel Goldflam został ordynatorem tej kliniki.

W tym czasie przyjmował także pacjentów w bezpłatnej poliklinice  przy ul. Długiej.

W 1882 roku wyjechał za granicę, by pobierać nauki u Carla Westphala w Berlinie i Jean- Martina Charcota w Paryżu. Po powrocie wrócił na dawne stanowisko w klinice Lambla.

Wtedy też otworzył bezpłatną poliklinikę chorób wewnętrznych i neurologii. Ofiarował na ten cel swoje mieszkanie w Warszawie przy ul. Granicznej 10 .

W trzech pokojach, z pomocą kilku młodych wolontariuszy prowadził ją na własny koszt przez prawie 40 lat, tj od 1883 do 1922 roku.

Do uczniów i współpracowników Goldflama należał Salomon Bernstein , który od 1906 roku został współwłaścicielem tej polikliniki. Pracowali tam też  Zygmunt Bychowski, Henryk Higier i wielu innych.

Wraz z innymi tworzył   Zakład dla Nerwowo i Psychicznie Chorych Żydów „Zofiówka”. W latach 1906-1926 był jej dyrektorem. „ Zofiówka” była w tamtym okresie największym szpitalem w Otwocku. Jednorazowo mogło tam przebywać około 300 pacjentów

W latach 1922-1932 Samuel Goldflam pracował jako wolontariusz ( tzn bez wynagrodzenia) w oddziale neurologicznym Szpitala na Czystem. Tam z Edwardem Flatauem doprowadził do utworzenia Naukowego Instytutu Patologicznego przy Szpitalu na Czystem w Warszawie.

Należał do  wielu towarzystw naukowych i dobroczynnych. Opublikował około 100 prac naukowych

Współtworzył Warszawskie Towarzystwo Lekarskie oraz Warszawskie Towarzystwo Neurologiczne , którego był pierwszym prezesem. Był członkiem honorowym Lubelskiego Towarzystwa Lekarskiego i Polskiego Towarzystwa Medycyny Społecznej.

Należał do kręgu założycieli „ Warszawskiego Czasopisma Lekarskiego „ .

Od początku wydawania „ Neurologii Polskiej „, tj od 1910 roku , do 1917 roku był członkiem jej komitetu redakcyjnego .

W 1922  roku ukazał się  VI tom „ Neurologii Polskiej „ poświęcony Goldflamowi z okazji jego 70 urodzin.

Utrzymywał bliski kontakt z Babińskim w Paryżu. 

Jego pacjentem, a przede wszystkim przyjacielem i wieloletnim współpracownikiem był Edward Flatau. Uważał on, że Goldflam jest nestorem polskiej neurologii . G. był w komitecie wydawniczym „ Księgi Jubileuszowej Edwarda Flataua „ , po czterech latach wygłosił przemówienie na jego pogrzebie.

Goldflam był znany z szerokiej działalności społecznej. Na tym polu współpracował z Januszem Korczakiem i Gersonem Lewinem.

Doprowadził do ponownego otwarcia Szpitala dla Dzieci im. Bersonów i Baumanów w Warszawie przy ul Śliskiej.  Z tym szpitalem wiążą się moje ciepłe wspomnienia. Ale o tym na pewno napiszę później, wtedy, gdy w moich wspominkach dojdę do momentu pracy w tym szpitalu.

W roku 1916 Goldflam aktywnie uczestniczył w założeniu Towarzystwa Przyjaciół Dzieci , którego został prezesem.

Współtworzył też  Towarzystwo Szerzenia Oświaty „ Daath” .

Działał w  Warszawskim  Biurze Informacyjnym  dla Emigrantów Żydów.

Był  honorowym przewodniczącym Towarzystwa Ochrony Zdrowia Ludności Żydowskiej.

Z grupą zaangażowanych tworzył  Towarzystwo Opieki nad Chorymi Nerwowo i Umysłowo Ubogimi Żydami.

Należał do   Towarzystwa Niesienia Pomocy Żydom Ofiarom Wojny.

Został prezesem Komitetu Warszawskiego i członkiem Centralnego Komitetu Stowarzyszenia Pomocy Studentom Żydom w Polsce.

Był  pierwszym honorowym członkiem Zrzeszenia Lekarzy Rzeczypospolitej Polskiej.

Przewodniczył organizacji Niezależnych Żydów .

Został  asesorem Towarzystwa Szerzenia Prawdziwych Wiadomości o Żydach.

W 1916 roku wybrano go  do Rady Miejskiej miasta Warszawy  z listy Zrzeszenia Żydowskiego Wyborczego. Mandat pełnił do 1919 roku.

Nie wymieniam  jeszcze wielu organizacji żydowskich i izraelskich w których aktywnie działał Samuel Goldflam, bo dla czytelnika może być to nużące. Wybrałam tylko te, które są wg  mnie najistotniejsze.

Samuel Goldflam nigdy nie założył rodziny.

Żył samotnie całkowicie poświęcając się swoim pacjentom , nauce i problemom społeczności żydowskiej.

Został pochowany na cmentarzu żydowskim przy ul. Okopowej w Warszawie.

Warto było przypomnieć sobie jego postać , bo większość  informacji zabrał nieubłagany czas. Ludzie, którym pomagał , odeszli w zaświaty .

Zniknęła ogromna część jego Warszawy, nie ma już świata dawnych warszawskich Żydów .

W naszej pamięci pozostał jako lekarz – naukowiec , który po raz pierwszy opisał miastenię ,  chromanie przestankowe oraz zapropnował prostą metodę badawczą, która ułatwia rozpoznanie jednej z chorób nerek….

Dopiero teraz, gdy przeczytałam o jego życiu  myślę ciepło o tej niezwykłej postaci…

 


 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Drugi rok studiów.

Po bujnym, trochę szalonym i przeżytym jakby na granicy snu i jawy pierwszym roku studiów, przyszła normalność. Byliśmy już na drugim roku medycznej edukacji. Czuliśmy rytm studiowania, systematycznej nauki i powoli uzyskiwaliśmy pewność, że damy radę. Spotkaliśmy się w mniejszym gronie, bo jedna koleżanka nie zdała egzaminów i nie mogąc powtarzać roku, musiała odejść. Kilku kolegów zrezygnowało ze studiów na Akademii Medycznej , mimo zdanych egzaminów, bo nie wytrzymali psychicznie. I dobrze, że zorientowali się w miarę wcześnie i pewnie nie żałowali decyzji.

Tak jak na pierwszym roku, dwa razy w tygodniu o 6 rano wychodziłam na  pływalnię , co pozwalało na zachowanie równowagi fizycznej i wyrównanie emocji. Poza tym grałam w koszykówkę, którą uwielbiałam  od czasów licealnych. Nawet należałam do zespołu reprezentacyjnego  uczelni. Z Jerzym M. bywaliśmy w Zakładzie Medycyny Sądowej AM, bo jego ojciec był tam szefem i czasami dawał nam różne zadania. Np. uporczywie, przez wiele tygodni ocenialiśmy wygląd kropli krwi, która spadała z różnej wysokości i pod różnym kątem. Niewielką ilość krwi  otrzymywaliśmy z zaprzyjaźnionego laboratorium , w szybkim tempie przynosiliśmy do Zakładu, który znajdował się na parterze Anatomicum i natychmiast przystępowaliśmy do doświadczeń. Następnie wykonywaliśmy doświadczenie , dokonywaliśmy pomiarów , rejestrowaliśmy wszystkie parametry i wykonywaliśmy serie zdjęć. Mam nadzieję , że nasze obserwacje komuś się przydały.

Starsza od  Moniki siostra, Basia właśnie rozpoczęła zajęcia na psychiatrii. Któregoś dnia zaproponowała, że nas przemyci na salę wykładową.  Na każdym roku było ponad 100 osób, więc możliwa była anonimowość. Onieśmielone  wysłuchałyśmy wielu wykładów i od tej pory zakochałyśmy się w psychiatrii. U mnie ten zachwyt przetrwał przez wiele lat, właściwie do końca studiów.

Moja  znajomość z Jerzym była spokojna, pozbawiona seksualności , przynajmniej dla mnie. Zajęcia drugiego  roku studiów nie były  szczególnie emocjonujące,  niewiele zapamiętałam z edukacji w tym  okresie . Egzaminy zdałam poprawnie.

Potem odbyłam miesięczną praktykę w laboratorium poznańskim, zgodnie ze skierowaniem z uczelni. Do naszych obowiązków należało mycie  szkła laboratoryjnego,  tzw pipetowanie surowicy i  wykonywanie pod nadzorem różnych badań, najczęściej moczu. Pipetowanie oznaczało wtedy pobieranie surowicy znad skrzepłej krwi. Odbywało się to przy użyciu szklanej rurki, którą należało napełnić do określonego poziomu i przenieść w ten sposób materiał do probówek, gdzie odbywały się dalsze badania. Nie było pipet automatycznych, ani nawet zaopatrzonych w gumową pompkę. Więc tradycyjną metodą, wkładałyśmy końcówkę rurki do ust, wsysałyśmy płyn do zaznaczonego poziomu w rurce, zatykałyśmy palcem końcówkę, którą przedtem trzymałyśmy w ustach i nad probówką odsuwałyśmy  palec, a wtedy zawartość wypływała pod ciśnieniem powietrza. Przy niedokładnym lub zbyt energicznym wsysaniu, można było poczuć surowicę w ustach. Zdarzyło mi się to parokrotnie, ale , podobnie jaki większość kolegów ,zupełnie nie myślałam o możliwości zakażenia jakimiś wirusami obecnymi w tej surowicy. Wtedy nie wykonywano żadnych badań w tym kierunku, , a o wielu wirusach nikt nie miał pojęcia.

Po praktyce spędziłam piękne  dwa tygodnie  w Jedlinie Zdroju, na zaproszenie ulubionej mojej przybranej Cioci, przyjaciółki Mamy z lat wileńskich, Heleny Konopielko , która przebywała tam na leczeniu sanatoryjnym ….

 

 

Na med. ścieżce. Praktyka po pierwszym roku studiów.

Po pierwszym roku studiów mieliśmy odbyć obowiązkowe miesięczne praktyki w szpitalu. Zostałam skierowana do Kliniki Chirurgii., którą prowadził słynny wtedy Pan Profesor  Drews.

Do tej pory nie mieliśmy zajęć w klinikach, więc z namaszczeniem przekraczaliśmy bramę , przez którą wchodziło się do innego świata. Na dużym terenie rozlokowane były pawilony o ciekawej monumentalnej, jak zresztą cały stary Poznań, architekturze. A za drzwiami Kliniki Chirurgii otwierało się nasze przyszłe  medyczne życie. 

Po krótkim powitaniu w zespole lekarzy, zesłano nas do dyżurki pielęgniarskiej i odtąd zarządzała nami  siostra oddziałowa. Mieliśmy wykonywać pracę salowych, ale  również zapewniano, że nauczymy się  wykonywania zastrzyków .

I najważniejsze, oficjalnie pozwolono nam w wolnych chwilach uzgodnionych z pielęgniarkami, zaglądać na blok operacyjny i przypatrywać się pracy zespołów chirurgicznych  .

Z wielkim zaciekawieniem staliśmy przed tablicą, gdzie przypinano kartkę z planem operacyjnym i wybierałyśmy co ciekawsze pozycje .

Obejrzeliśmy  mnóstwo zabiegów wykonywanych na otwartym brzuchu Tam wreszcie się przekonaliśmy jak przydatna może być wkuwana wiedza z anatomii. Byliśmy dumni i szczęśliwi.

 Kiedyś przywieziono niedoszłego samobójcę . W pijanym widzie, przeciął sobie nadgarstki, ale zaczynał od części grzbietowej, więc działał nieskutecznie. Jego dłonie zwisały smętnie utrzymując się jedynie na strzępkach stawów i kościach, które wyraźnie bielały w ranie. Widok był  przerażający. Wydawało się, że pacjent nie ma szans i utraci obie dłonie. Tkwiliśmy na bloku, obserwując działania lekarzy.  A tymczasem przez wiele godzin dwa zespoły chirurgów , jeden przy lewej a drugi przy prawej ręce pacjenta, rekonstruowały uszkodzone mięśnie, ścięgna, naczynia. Niebawem po operacji, chory już trzeźwy i przerażony tym co zrobił, podniósł rękę i  poruszył palcami. To dopiero była radość.  Cieszył się cały zespół operatorów . Udało się . Czy pacjent nie ponowił próby, nie wiem, ale tym razem dłonie miał uratowane  !

Podziwiałam kunszt i cierpliwość zawodową oraz  tolerancję lekarzy dla takich nieszczęśników. Przecież ten chory sam sobie zawinił, a nikt nie miał do niego pretensji . Może po wyzdrowieniu coś do niego dotarło, może nie…