1 listopada Leszek przysłał do mnie list mailowy ( co zdarza się ostatnio bardzo rzadko 🙂 a w nim tekst : ( … ) Zosiu,
Przesyłam Ci kilka wspomnień do Twojej cenzury i do wykorzystania w Twoim blogu. Zgadzam się na wszystko. ( … ) .
Dopiero wczoraj, po powrocie z Uniejowa mogłam zajrzeć do zamieszczonych w mailu załączników. Jeden z nich ukazał się tu wczoraj ale dzisiejszy zdumiał mnie tak wielce, że zaniemówiłam….opowieści Leszka to istne PERŁY ….skarbnica wiedzy …otworzyły się przede mną nieznane mi dzieje Wielkopolski i bohaterów polskiego podziemia – ale o tym będzie później….
Teraz opowiadaj Leszku :
JAK NIE CHCIAŁEM ZOSTAĆ LEKARZEM I CHIRURGIEM
W szkole koledzy wróżyli mi pracę adwokata, bo zawsze stawałem w obronie słabszych. Przy mnie nikt nie miał prawa nikogo poniżać. Rodzice bardzo mocno wpoili mi poczucie sprawiedliwości. Wierzyłem w niezależne sądy do czasu. kiedy sam nie trafiłem na skorumpowanych sędziów i prokuratorów, a także adwokatów w Lipnie i Włocławku.
OJCIEC
– despotyczny ordynator chirurgii w Kutnie od 1945 do 1980 roku chciał, bym został leśnikiem, co jemu się nie udało. Studia w Poznaniu skończył w czerwcu 1939 roku razem z Profesorami ANTONIM HORSTEM ( tak, Ojcem naszej HANKI), Wysockim (internista), Preislerem ( internista i lekarz sportowy), Kornackim ( ginekolog ), Duxem (onkolog), Prof. Mastyńską (chirurg) .
Tata z kilkoma kolegami z roku, głównie o niemieckich korzeniach, studiował równolegle w słynnej Szkole Profesora Piaseckiego – prekursora Akademii Wychowania Fizycznego po wojnie. Szkoła mieściła się na terenie parku Kasprzaka – dziś a wtedy Wilsona, przy Palmiarni
( gdzie z ZOSIĄ uczyliśmy się anatomii). Tam poznał przy mazurze moją Mamę – historyczkę z Uniwerku 🙂
Na tym studium było najwięcej kolegów o niemieckich korzeniach, bo tak nakazywały im niemieckie przedwojenne organizacje.
Jednym ze słuchaczy był ich kolega z roku – Entress * – ten słynny morderca z Oświęcimia. Przez swoja wiarę w wielkość Hitlera i chęć zostania prawdziwym Niemcem oraz pragnienie zrobienia kariery zawisnął na stryczku. Jak to się stało, że kolega ze studiów, przyjaciel profesorów Horsta, Duxa – też o niemieckich nazwiskach- a zwłaszcza polskiego patrioty Profesora Horsta mógł robić doświadczenia na ludziach? Gdy spotkał w czasie wojny Ojca na ulicy w Poznaniu powiedział. „Józek, lepiej byś mnie nie znal”. Przecież on nawet nie zdążył zostać prawdziwym lekarzem. Stał się członkiem totalitarnej hitlerowskiej ludobójczej hitlerowskiej maszyny. Na pewno miał możliwość ukrycia się jak jego zwierzchnik, Mengele i wielu zbrodniarzy hitlerowskich. Myślę, że widział konieczność poniesienia kary za swe zbrodnie i się nie ukrywał. Zresztą był przecież małym pionkiem. Dopiero co po studiach i od razu na lekarza obozu zagłady. Przecież nawet nie zdążył nikogo uleczyć tylko mordował. Dlaczego nie wyniósł zasad etyki od swoich poznańskich nauczycieli?. Moim zdaniem stanowi przykład samodestrukcji, gdy jednostka poddaje się totalitaryzmowi i wierzy w jednego namaszczonego wodza. Bez komentarza do sytuacji obecnej…..
Tuż przed wybuchem II Wojny Światowej Ojciec zaczął pracę w Toruniu na ginekologii . Jednak wkrótce Niemcy zaatakowali Polskę i jeszcze przed wysadzeniem mostu kolejowego Tata przeszedł z kolegą, dr Nikodemem Niekielem przez Wisłę ..Uzbrojony w Parabellum które zabrał młodszemu bratu, również później chirurgowi – mężowi Prof. Adamskiej – Milanowskiej (rehabilitant) ruszył na ratunek Warszawie.
Siódmego września 1939 roku, wieczorem znalazł się w Kutnie. Poszli do dyrektora dr Perkowicza z prośbą o nocleg. „Zawsze w szpitalu są wolne łóżka – idźcie chłopcy się przespać „.
8 września zaczęła się Bitwa pod Kutnem. Do szpitala zwożono rannych. Dyrektora Perkowicza pytali się co maja robić, bo oni chcą iść na pomoc Warszawie.
„- zróbcie jak uważacie, ale pamiętajcie MIEJSCE LEKARZA JEST PRZY CHORYCH I RANNYCH „.
I dlatego ja w Kutnie się urodziłem.
Ojciec urządzał Szpital Polowy w budynku mojego późniejszego Gimnazjum. Wybierał kogo operować: obwieszonego orderami zasłużonego powstańca czy młodego żołnierza. Wybór jasny. Żołnierza, czy cywila. Wybrał żołnierza. Gdy wrócił, przy zmarłym siedziała mała dziewczynka.
– „GDYBY PAN KAZAŁ OPEROWAĆ MOJEGO TATUSIA TO BY ŻYŁ”
Straszne wybory. Ta mała była wyrzutem sumienia mojego Ojca do końca życia. Ale każdy wybór był zły.
Trafił się niemiecki ranny pilot. Polacy chcieli go zlinczować. Ze swoim parabellum Ojciec stanął w drzwiach i krzyknął :
” – pierwszy, który go dotknie dostanie ode mnie kule w łeb. Teraz jest moim pacjentem. Będziemy go sprawiedliwie sądzić po wojnie jeśli wyzdrowieje…” No i nie osądził, ale dal mi naukę na całe życie, ŻE PACJENTA, NAWET NAJWIĘKSZEGO WROGA TRZEBA LECZYĆ JAK KAŻDEGO CHOREGO.
Ojciec nauczył mnie, że pacjent, za którego odpowiadam nie jest w moich prywatnych zainteresowaniach. O swoich wrogów, a takich też leczyłem, starałem się dbać nawet specjalnie lepiej, by potem, jak będą zdrowi móc z nimi ostro walczyć. Nie zdarzyło się żeby nie schowali głowy w piasek lub nie przeprosili.
Po zakończeniu tej wielkiej heroicznej bitwy nad Bzurą , która miała zamknąć drogę do Warszawy – wkroczyli Niemcy, którzy Ojca, tego młodego niedoświadczonego stażystę, zrobili zastępcą niemieckiego ordynatora. Jego podwładnymi był i dyrektor i kilku starszych doświadczonych chirurgów wśród nich znany wówczas profesor Krotkiewski, i dr Piorek, były Powstaniec Śląski.
Trafił się w środku wojny ranny, obwieszony orderami generał organizacji Todt. Gdy dr Piorek go zobaczył powiedział Ojcu: ” Józek, już po mnie. Ja przeciwko niemu walczyłem na Śląsku…”
Tenże generał wezwał Ojca i rzekł,” niech pan powie dr Piorkowi, że ja go nie pamiętam.”
– Po prostu :
W KAŻDYM SYSTEMIE MOŻNA BYĆ PORZĄDNYM CZŁOWIEKIEM….
*https://pl.wikipedia.org/wiki/Friedrich_Entress
Pod tym adresem można poczytać o wspomnianym przez Leszka zbrodniarzu – bestii – formy znęcania się nad więźniami i uśmiercania przekraczają normalne ludzkie myślenie i wyobrażenia ….
ad zamieszczone zdjęcia : Leszka Milanowskiego z internetu, wejścia do katakumb kościoła w Popowie Kościelnym z cieniem gospodyni bloga oraz – panorama zasypiającego Kutna – własne ….
Wahałam się, czy dziś zamieścić tylko opowieść Leszka – bo jest dość obszerna – ale zdecydowałam się na dwugłos. Głównie z powodu, że chciałam dać nasze wspomnienia w jednym wpisie, gdyż prawdopodobnie wyszukiwarka internetowa poda tylko jeden adres, gdzie można znaleźć Kajtka
Mój głos jest zwykły, sztubacki ale Leszka bardzo głęboki – nie tylko przedstawia On studenckie życie, ale też wielość zainteresowań – ciekawych pasji – a na przykładzie Kajtka i Andrzeja objaśnia mechanizmy zniewalania ludzi w czasach „ komunizmu „ …. chyba ponadczasowe….
Więc będziemy tu razem Leszku, ok ?
Tym bardziej, że spotkaliśmy się po 50 latach z Tobą, Jurkiem i Mariolką – i okazało się, że nadal jesteśmy wielką rodziną młodych studentów, którzy startowali w 1965 roku w trudne ale i piękne życie z Medycyną . Działo się to w naszej Alma Mater, czyli poznańskiej Akademii Medycznej .
Dziś wiemy, że w cudowny sposób zachowaliśmy młodość, wzajemne sympatie, porozumienie dusz i wiele wspólnych wspomnień….
Gdy w 2011 roku rozpoczęłam moją blogową przygodę, zapisując różne historie rodzinne oraz wiele innych , zależnie od nastroju – w 2012 roku dotarłam do czasów poznańskich. Wspomnienia te są zawarte w rozdziale , któremu nadałam tytuł Na medycznej ścieżce . Przypominając kolegów ze studiów nie mogłam pominąć Kajtka.
I teraz kopiuję tę opowieść. Podawałam ją wtedy w krótkich odcinkach – bo rodzinka jak to teraz mają młodzi – wolała takie – a potem oddam głos Leszkowi, którego wspomnienie z wielu podanych powodów – jest ciekawe i ogromnie fascynujące – tak wielce, że czyta się jak kryminał i mogłoby być scenariuszem do filmu …..
Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Kajtek
Kajtek. Był naszym kolegą z roku. ( studia na poznańskiej Akademii Medycznej w latach 1965 – 1971 – moje do 1968 bo potem Warszawa ) . Spotykaliśmy na korytarzu przed zajęciami z anatomii, ale nie przypominam sobie dokładnie w jakich okolicznościach go poznałam. Teraz, po latach wiem, że przez Leszka, z którym miałam szczęście być bliżej . Właściwie obaj Chłopcy nieomal się zdawali Jednością – tak bardzo podobni – może niezupełnie fizycznie – ale ten sam temperament, wielka inteligencja, radość życia , empatia , wielość zainteresowań i potrzeba integrowania wszystkich .
Był niewysoki, dość masywnie zbudowany, wiecznie radosny , tryskający energią i wielką zaraźliwą siłą ducha.
To on był naszym prowodyrem, ojcem duchowym szaleństw. Tworzyliśmy wtedy paczkę kumpli.
Użyłam określenia – szaleństwa. Uśmiecham się teraz do tych wspomnień z przeszłości. Jakież one były niewinne a ile dawały niezapomnianej dziecięcej radości .
Na przykład jednego dnia Kajtek rzucał hasło- na Kiciusia !!!
Więc po zajęciach rzucaliśmy się gromadką do drzwi wyjściowych z Collegium Anatomicum. Był zwykle późny wieczór.
Szliśmy ulicami Poznania, podziwiając jak pięknieje miasto w rozpalających się światłach. Trasa była dość długa, może ze 2-3 km.
Przemierzaliśmy jedną z głównych ulic zwaną wtedy Armii Czerwonej obecnie Św. Marcina i docieraliśmy do Kiciusia.
Był to niewielki bar, położony po lewej stronie ulicy, idąc w kierunku Starego Miasta. Ulokowany na parterze wielkiej kamienicy stanowił w naszych latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia nowy element w krajobrazie miasta. Miał lśniące wielkie szyby i wyraźny napis- Kiciuś. Nie było tam alkoholu a jedynie wyroby cukiernicze. Jednak największym hitem w tamtych czasach były cocktaile mleczne. Dla nas to była niezwykła nowość, wielka pycha z pianką. Oczywiście zajmowaliśmy kilka stolików , zamawialiśmy coctaile. Czekaliśmy łykając ślinkę i gadaliśmy. W ogóle nie zapamiętałam naszych rozmów, ale nastrój był wesoły a nawet wesołkowaty. Musieliśmy odparowywać ciężkie doznania nauki anatomii, ponure sekcje i wydalić z siebie odór formaliny, którym nasiąkaliśmy w Anatomicum.
Po bardzo wielu latach odwiedziłam Poznań. Nie miałam nadziei, że Kiciuś jeszcze „żyje”. Wokół tyle się zmieniało, przyszły nowe inne czasy.
Ale nie dowierzałam własnym oczom, gdy ujrzałam Kiciusia. Był i czekał jak zwykle.
To niesamowite uczucie, gdy się odnajdzie dowód , nawet maleńki , na to, że jednak nie wszystko przemija….
I jeszcze o naszych czasach z Kajtkiem. Ten chłopak nie mieścił się w żadnych ramach, jego impulsywna osobowość burzyła się jak piwo niecierpliwie nalewane do szklanki, wypływała na zewnątrz, zagarniając nas bez reszty. Proszę mi wybaczyć to porównanie, ale właśnie tak wspominam te młodzieńczo szalone lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku…
Kiedy Kajtek rzucał hasło – dzisiaj muzyka, wiedzieliśmy, że czeka nas uczta w Filharmonii. Koncerty filharmoniczne odbywały się w Auli Uniwersytetu Poznańskiego. Docieraliśmy tam jak zwykle per pedes, zatapialiśmy się w tłum bardzo eleganckich mieszkańców Poznania. Mieliśmy na sobie zwykłe łachy codzienne, nieustannie nosiłam kraciastą albo burozieloną luźną koszulę, w której zatracałam osobowość żeńską a stawałam się zwykłym sztubakiem o charakterze uniseks. Czasy zresztą był zgrzebne co odpowiadało mojej osobowości, bo nigdy nie lubiłam się stroić.
Gdy przekraczaliśmy próg Filharmonii, zagarniał nas wielki świat. Już nie baraszkowaliśmy jak zwykle, ale poważnie zajmowaliśmy miejsca na parterze ogromnej wielkiej sali.
I była tylko muzyka. Tam słuchałam jak gra i oglądałam piękną młodą dziewczynę z długimi, kruczoczarnymi włosami, odkrycie w świecie muzycznym, która nazywała się Martha Argerich. Ileż minęło już lat, a ona stale koncertuje. I nadal jest piękna, może tylko trochę inaczej…
Po koncertach Kajtek zrywał się z miejsca i inicjował spontaniczne wielkie wszechogarniające brawa. Potem pędziliśmy za nim za kulisy. Tam jeszcze raz gratulował artystom i prosił o autografy. Wcześniej zaopatrywaliśmy się w programy. Ustawialiśmy się za Kajtkiem grzecznie w kolejce po upragniony podpis światowych sław.
Muszę zajrzeć do naszych programów teatralnych zbieranych przez Mirka i schowanych w tekturowej walizce z dawnych czasów. Leży ona w pawlaczu szafy w naszej nadbużańskiej posiadłości, w Gulczewie. Może znajdę tam program sprzed ponad 40 lat z podpisem wielkiej pianistki, może nie, nie wiem…
Na medycznej ścieżce. Wielka pianistka i przepiękna kobieta – Marta Argerich
Z koncertów filharmonicznych w czasach poznańskich ( 1965-1967) najlepiej zapamiętałam niezwykłą, dynamiczną przepiękną pianistkę – Martę Argerich.
Od czasu, gdy widziałam ją na scenie i słuchałam jak gra, minęło już tyle lat. Od tej pory sama zmieniłam się tak bardzo, że trudno było mi uwierzyć, że ta pianistka jest nadal w tak świetnej formie. A ona jest aktywna, stale występuje, niedawno koncertowała w Warszawie.
Niestety, nie byłam na jej koncercie, ale bratowa mojego męża – Grażyna zdała mi relację z tego wydarzenia. Obejrzałam też fragmenty w telewizji. Marta Argerich zachowała młodzieńczy temperament i znakomitą technikę gry. Zachwycała wszystkich urodą , piękną sylwetką . Była młodzieńcza , szczupła, gibka, elastyczna jak kiedyś. Jedynie kruczoczarne włosy zamieniła na burzę siwych . Po prostu jest zjawiskiem …
Zachowałam ją w pamięci jak piękny element mojego snu. Mojego młodzieńczego, snu o pierwszych nasyconych wrażeniami, latach studenckich .
I tak wędrując teraz w wyobraźni moimi poznańskimi ścieżkami spotkałam Ją, Wielką Damę czarno białej klawiatury.( tu następuje opis jej sylwetki , którego już nie podaję )
Dziękuję Ci, Kajtku za to, że pokazałeś mi świat wielkiej muzyki – bo grałam na pianinie, słuchałam radia, ale na koncertach zaczęłam bywać za Twoją sprawą . Na pewno mnie słyszysz , choć pewnie już nie pamiętasz – jak większość kolegów z poznańskich studiów….
Powtarzam się, ale muszę, bo to ważne – dobrze się stało, że spotkaliśmy się z Jurkiem, Leszkiem i Mariolką po 50 latach – i jesteśmy teraz tu, zjednoczeni wspomnieniami …..
Leszku, a teraz Twoja kolej, opowiadaj – jak napisałam we wstępie – to – co i jak opowiadasz jest gotowym scenariuszem do filmu – nie tylko biograficznego ale też historycznego a zarazem kryminalnego :
Leszku !!!! dałam swoje podtytuły – jeśli się nie zgadzasz – napisz – wprowadzimy korektę wg Twojej woli !!!!!!!!!!
KAJTEK ( KAZIMIERZ !) PETRYKOWSKI
Wszyscy pamiętamy naszego pierwszego i najlepszego starostę Roku wybranego już w październiku 1965 roku.( nie ujmując koledze Ratajskiemu i naszej obecnej miłościwie nam panującej starościnie Alicji Kaczmarek).
Wszyscy Go pamiętamy jako faceta żywiołowego, zawsze pogodnego, rozwiązującego łatwo wszystkie problemy. Faceta który był autentycznie dla wszystkich życzliwy i który na pewno nie miał wśród nas wrogów. Tragiczna samobójcza tajemnicza śmierć nas wszystkich zaskoczyła. Nie mówi się o sprawach tajemniczych i niewyjaśnionych. Chciałbym o Kajtku napisać trochę moich wspomnień i może rzucić światło na Jego tajemniczą tragiczną śmierć.
NASZ KOLEGA ANDRZEJ HYŻY
Zacznę niestety od Andrzeja Hyżego – bo to z Nim wiąże się tragiczna śmierć Kajtka. Gdy po spraniu mnie po gębie przez Olę odszedłem z grupy 15-tej, przeniosłem się do pierwszej, gdzie był Andrzej Hyży. Uzyskał On 120 punktów na egzaminie wstępnym i dla mnie był wzorem niedoścignionym. Wówczas, ale nie po śmierci Kajtka. Dlaczego był wzorem tylko wtedy, to później. Na drugim roku razem z Andrzejem zaczęliśmy równolegle studia na Uniwerku na chemii. Mi przeszło po kilku miesiącach, ale Andrzej dociągnął do końca i też przerwał.
DYSKUSJE O LEMIE
Prawie cały czas do śmierci Kajtka chodziliśmy we trójkę z Andrzejem między Obozową i Gospodą Targową na Grunwaldzie, gdzie obaj najpierw osobno potem wspólnie mieszkali. Dyskutowaliśmy o Lemie i gdy ja się zatrzymałem na „pilocie Pirxie „, Oni przedstawiali wyższość „Dzienników znalezionych w wannie”.
O ZAANGAŻOWANIU POLITYCZNYM
Przed śmiercią Kajtek mieszkał w jednym dwuosobowym pokoju z Andrzejem, co było rzadkością. Kajtek nigdy nie angażował się politycznie, a Andrzej wciągnął mnie do ZMS ( skrót od nazwy Związku Młodzieży Socjalistycznej – przyp. Z. K. )i nawet organizowałem Studencki Ośrodek Dyskusyjny. Gdy nie chciałem podpisać tzw. „deklaracji potępiającej wichrzycieli i młodzież bananową” przyniesionej z KW PZPR ( Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – która zresztą z prawdziwymi robotnikami nie miała wiele wspólnego – przyp. Z. K. ) przez szefa ZMS tow. ?Piszczka. Nawet Andrzej nie mógł mnie obronić, bo mówił mi że „taka jest teraz potrzeba”. Niech mu tam. Zostałem usunięty z ZMS-u. Po wyrzuceniu nie chciano mnie puścić na praktykę do Anglii. I tak w końcu pojechałem bo Marek Lehmann zrezygnował na rzecz Szwajcarii a nikogo innego z angielskim nie mieli.
Dlaczego ten długi wstęp?. Andrzej był członkiem miłościwie wówczas panującej przodującej siły Narodu ( tak nazywano oficjalnie i a przez ogół ludzi – prześmiewczo – PZPR – przyp. Z. K. ) . Andrzej Hyży był głęboko przekonany o słuszności idei. Po Marcu 1968 roku moje kontakty z Andrzejem się rozluźniły, ale nadal w pewien sposób szanowaliśmy się.
Tak długi wstęp do Kajtka był potrzebny, żeby zobaczyć Jego miejsce przed tragiczną śmiercią.
Kajtek najbardziej przyjaźnił się z Bolkiem Stawnym. Choć uważałem Go za swojego drugiego, po Andrzeju idola.
JAK POZNAŁEM KAJTKA
Poznaliśmy się jeszcze przed Jego wyborem na Starostę Roku. Zawsze się spóźniałem. Anatomia była o 3-ciej i o tej porze na bimbach ( pieszczotliwa nazywa poznańskich tramwajów – przyp. Z. K. ) wisiały „winogrona”. ( tak mówiło się potocznie o żywej masie ludzkiej skłębionej przy wejściu do tramwaju – bo taboru było za mało, autobusy i tramwaje jeździły wolno a drzwi nie były zamykane przez motorniczego – więc nadmiar wisiał ledwie się trzymając – albo nawet lokował na zderzakach – przyp . Z. K. – dla młodszych czytelników, którzy nie mogli tego widzieć ) Byłem wśród nich. Tuż przed przystankiem na Przybyszewskiego po prostu odpadłem. Ktoś popchnął? Straciłem równowagę, patrzyłem tylko by nie wpaść pod kola. Ledwo wstałem podbiegł do mnie chłopak z roku, pomógł się otrzepać i razem jeszcze do tej „13”-tki się wepchaliśmy. To był Kajtek na którego z przekonaniem później również głosowałem.
DYSKUSJE NAD ARTYKUŁAMI REMA
Pamiętam najpierw gorące z Nim dyskusje o artykułach z Życia Literackiego: „Viola da gamba” i „Viola d’amore” pisane przez niejakiego Rema. Przemycał ciekawe spojrzenia na system choć potem okazał się być rzecznikiem rządu Jaruzelskiego – to ten, który informował że „rząd się wyżywi”. Wtedy jeszcze w latach 60-tych był ciekawą jakby opozycją.
KONCERTY W POZNAŃSKIEJ FILHARMONII
Chodziliśmy na Koncerty Poznańskie z Mariolą Hołoga i Tereską Tulecką. Tam spotkaliśmy Kajtka i odtąd chodziliśmy razem. Kajtek wspaniale interpretował np. Vivaldiego „Cztery Pory Roku”, Symfonie Beethovena i Koncerty Czajkowskiego. Zarażał nas swoją wyobraźnią. Na koncerty wchodziliśmy tajemnymi wejściami bez biletów. Na konkursie Wieniawskiego chyba w 1967 roku razem z Kajtkiem po przejściu przez Collegium Juridicum i garderobę artystów z jaskółki ( tak nazywano najwyższe piętro w teatrze, operze czy filharmonii , często nieomal przyczepione pod sufitem – zwykle przypominające gniazdo jaskółki – z bardzo słabą widocznością ale za to bardzo tanie – przyp. Z. K. ) wypatrzyliśmy dwa wolne miejsca w pierwszym rzędzie obok Profesor Ireny Dubiskiej na finałowym koncercie. Usiedliśmy jak najważniejsi goście. No bo przecież na te miejsca nie trzeba było kupować biletów. Głośno i długo biliśmy brawa wspaniałemu Rosjaninowi (muszę sprawdzić nazwisko) ale Pani Dubiska patrzyła na nas zgorszona jak na komunistycznych prowokatorów.. Wtedy pierwszy raz widzieliśmy i słuchaliśmy wspaniałego Konstantego Kulkę.
POCHODZENIE KAJTKA
Kajtek pochodził z biednej rodziny o której niechętnie opowiadał ale to było widać. Czasem zapraszałem Go na Obozową do Cioci, ale chyba lepiej czuł się gdzie indziej. Myślę, że ten tajemniczy kolega Marioli za którego zjadłem u Jej Mamy obiad, to właśnie był Kajtek. On nigdy sam się nie narzucał, ale czasem razem chodziliśmy na tzw. „zupy” lub „resztki” do stołówki w Parku Kasprzaka. (obecnie Park Wilsona – przyp. Z. K. )
KAJTEK NAJLEPSZYM STUDENTEM NA MEDYCYNIE
BO „TA WIEDZA JEST PRAWDZIWA I POTRZEBNA „
Kajtek miał same bardzo dobre oceny.. Był najlepszy na roku. Nauka i egzaminy przychodziły Mu niezmiernie łatwo. Naprawdę był bardzo zdolny. Kiedyś mi powiedział, że repetował którąś klasę w szkole średniej i miał słabe stopnie. Nie chciało mi się wierzyć. Zresztą też na studia się dostał z nie najlepszymi ocenami. Powiedział , że szkoda było mu czasu by uczyć się nieważnych rzeczy. Teraz na medycynie to jest prawdziwa i potrzebna wiedza – to było Jego zdanie. Chłonął Ją całym sobą. Tak samo jak kulturalne życie Poznania.
POZA MEDYCYNĄ STUDIUJEMY PSYCHOLOGIĘ
Gdy na trzecim roku zapisał się na psychologię zapisałem się z Nim. Chodziliśmy razem na statystykę, filozofię, matematykę ale do dziś pamiętam wykłady i prace z osobowości. Nasza edukacja zakończyła się po roku, bo Kajtek powiedział, że „nie będzie stawiał browaru, gdy chce tylko wypić piwo”. Ja napisałem pracę o osobowości noworodka i niemowlęcia, o czym teraz mówi w Poznaniu Profesor Monika Brzezińska z Katedry Psychologii Wieku Rozwojowego. (słuchajcie Jej wykładów na SWPS – świetne – chyba trochę ze mnie zerżnęła…) 🙂
NURKOWANIE
Ponieważ z Kajtkiem stwierdziliśmy, że mamy jeszcze trochę czasu chodziliśmy razem na kurs żeglarski prowadzony w Radzie Okręgowej przez Marka Orkiszewskiego (późniejszego niepokornego docenta chirurga dziecięcego) i na kurs dla płetwonurków.
To zamiłowanie do nurkowania Kajtka pośrednio zgubiło. Po kursie uczestnicy mieli jechać na obóz do Jugosławii. Ja też miałem jechać z Kajtkiem ale wydawało mi się za drogo. A poza tym przede wszystkim w ostatniej chwili dostałem praktykę do Glasgow. Teraz pracowałem kilka miesięcy w tym samym szpitalu i spotkałem Mr Spencera, któremu 50 lat wcześniej asystowałem do Jego pierwszych samodzielnych operacji. Może i dzięki temu, że nie pojechałem z Kajtkiem ja żyję do dziś gdy On odszedł?
EUROPEJSKIE WOJAŻE KAJTKA I NIEROZWIĄZANA ZAGADKA
Nie wiem skąd Kajtek miał forsę, bo na pewno Rodzice Mu nie dali. Może tu ktoś Go za coś zasponsorował? Jak wrócił i spotkaliśmy się na początku października to z entuzjazmem opowiadał, że po tym obozie się urwał i zjeździł całą Europę. Wiedeń, Niemcy, Paryż przez całe dwa miesiące. Gdy Go spytałem za co jeździł, to mówił, że trochę pracował i że „zawsze jakieś pieniądze się znajdą”, Zazdrościłem Mu jego włóczęgowskiej duszy, ale nie zdawałem sobie sprawy jaką cenę za to musiał zapłacić. Nie chcę nic sugerować, ale pewno znów ktoś Mu musiał dać jakąś kasę. Może z drugiej strony?
ANDRZEJ, KAJTEK W PUŁAPCE I MOJE ROZWAŻANIA
I tu powrót do Andrzeja. Kajtek do tego czasu mieszkał chyba z Winicjuszem Kozłowskim i jeszcze kimś. Po powrocie z Zachodu dostał dwójkę razem z Andrzejem. Kajtek, całkowite zaprzeczenie politycznego zaangażowania z głęboko zaangażowanym członkiem partii. Obaj nie żyją, więc mogę sobie pozwolić na moją analizę tego, co się z Kajtkiem stało. Andrzej mówił mi, że Kajtek jest w depresji. Mogę podejrzewać, że albo partia chciała z Kajtka zrobić TW ale raczej to te nieznane pieniądze z Wiednia Kajtka zgubiły. Myślę, że ktoś mógł na Niego naciskać, żeby się wywiązywał ze zobowiązań na rzecz tzw. „Zachodu” a Andrzej dostał polecenie pilnowania Go. Kajtek był w pułapce. Zamknął się w sobie. Już nie chodziliśmy na koncerty, żadne zajęcia dodatkowe, żadne spotkania.
W KAJTKU WIDZIAŁEM JAKBY „ ZASZCZUTEGO PSA” . NIE ROZMAWIAŁ Z NIKIM , TYLKO Z ANDRZEJEM .
SZPITAL PSYCHIATRYCZNY
Pamiętacie wszyscy że znalazł się w Szpitalu Psychiatrycznym na Śląsku? Chyba był tam dwa razy. Po pierwszym krótkim pobycie szybko nadrobił zaległości, ale potem poszedł na dłużej. Gdy Go widziałem między tymi pobytami, wydawał się spokojny ale już nie tak entuzjastyczny. Jakby gryzła Go jakaś tajemnica. Zmiana była zbyt widoczna i zdecydowanie wiązałem to z Jego pobytem na obozie płetwonurków i późniejszym wyrwaniu się na Zachód. Tak. Odniosłem wrażenie, że On wcale nie jest chory psychicznie a tylko symuluje. Dla mnie to była jakby chęć schowania się przed czymś za zasłona rzekomych zaburzeń psychicznych. Widział na psychiatrii swoje bezpieczne miejsce, bo tam nikt Go nie mógł dosięgnąć mógł swoje zagubienie składać na karb rzekomej choroby. Dlaczego chcieli Go zwolnic? Dlaczego nie powiedział lekarzom o przyczynach swojego ukrywania się? A może lekarze też dostali jakieś polecenia i też się bali o siebie? .Wiemy wszyscy ze Kajtek powiesił się w łazience w Szpitalu z wypisem w ręku….
DLACZEGO KAJTEK ODSZEDŁ ?
Wydaje mi się, że nie widział już dla siebie wyjścia. Ktoś mógł Go szantażować, może grozić Jego Rodzinie i Kajtek już nie widział innego sposobu żeby to wszystko ratować. Która strona? Może obie? Kajtek czuł się w potrzasku bez wyjścia między siłami silniejszymi od Niego. On zawsze wygrywał. Był na studiach najlepszy a trafił na siły potężniejsze. Jestem pewien, że mam racje, bo zbyt dobrze Kajtka znałem. Widząc i pamiętając jego optymizm, żywiołowość i autentyczną fascynację medycyną, przyczyną Jego samobójczej śmierci nie mogła być choroba psychiczna. Moim zdaniem stał się ofiarą własnego przekonania, że Jemu musi się wszystko udać. Gdy znalazł się w sytuacji bez wyjścia, skończył ze sobą.
CO POWIEDZIAŁ PO LATACH ANDRZEJ
Te moje przypuszczenia potwierdziła po kilku latach rozmowa z Andrzejem, gdy Go wprost się spytałem, czy Kajtek zginął przez depresję. – Nie, było coś silniejszego od nas wszystkich, padła Andrzeja skąpa odpowiedź. Nie chciał powiedzieć co i tę tajemnicę zabrał już do grobu..
POGRZEB KAJTKA
Na pogrzeb Kajtka pojechało nas kilkanaście osób z roku. Bez Andrzeja Hyżego z którym przecież mieszkał do końca. Czy Andrzej czuł się winny? Nie wiem i nie sądzę, bo nawet gdyby chciał nie mógł Kajtkowi w niczym pomóc.. Nasz wielki żal i smutek, gdy trumna z Kajtkiem była składana do ziemi. Łzy same ciekły całej naszej delegacji. Pamiętam, był ksiądz. A wtedy samobójców nie chowano z Księdzem. Może był to wpływ Jego rodziny, ale Ksiądz był stary i jakby dobrze znał Kajtka. Mówił o krótkim życiu które musiało się skończyć. Brzmiało to jakoś dwuznacznie.. Może Kajtek Mu się spowiadał przed śmiercią? . Żal ogromny. Siedzieliśmy z Jego Rodzin przy wspólnym stole. Opowiadaliśmy Im jaki Kajtek był wspaniały. Trudno było coś więcej mówić, bo Jego Rodzice ciągle płakali. Nie pamiętam, czy miał rodzeństwo, ale chyba tak..
NASZ POWRÓT Z POGRZEBU
Wracaliśmy pociągiem ze Śląska do Poznania nocą. Chyba ze 16 osób w jednym przedziale, Na pewno był Bolek Stawny ze swoją przyszłą Żoną bo pamiętam, jak swoimi butami siedząc na półce, wycierał nogi o moją czuprynę, co mi absolutnie nie przeszkadzało. Była Mariola Hołoga, nie pamiętam czy Tereska Tulecka, choć były nierozłączne. Może odezwie się ktoś jeszcze którego nie pamiętam? Przez całe chyba ze 6 godzin śpiewaliśmy piosenki studenckie. Było nam naprawdę ciężko i trzeba to było jakoś rozładować. To był jakby hymn dla Kajtka. Jak już Jego nie było uczciliśmy Go śpiewem. To był jakby „najweselszy powrót z pogrzebu”. Nie żałuję. Śpiewaliśmy dla Kajtka. Na pewno by sobie tego życzył…
Kajtek mógł być wspaniałym mądrym, współczującym, wykształconym, kompetentnym lekarzem. Chyba nawet rozmawialiśmy o chirurgii, która problemy rozwiązuje radykalnymi cięciami, jak On to opowiadał.
Jak zakończyć? Cześć Jego pamięci brzmi zbyt banalnie…
Leszek Milanowski. Birmingham październik 2018. Pół wieku po…
Kochani ! Po trzydniowej przerwie, aż trzydniowej J spowodowanej brakiem dostępu do swojego laptopa, szybciutko wracam do Pamiętników Kolegów .
Wybaczcie, że się powtarzam aż do znudzenia – ale może Ktoś tu zajrzy po raz pierwszy – więc krótkie wyjaśnienie . Otóż z Autorami zamieszczonych tu Pamiętników razem studiowaliśmy na Akademii Medycznej w Poznaniu od pamiętnego 1965 roku ( ja do 1968 – bo potem zmieniłam uczelnię na warszawską ) .
Już jest tu Pamiętnik Jurka Marcinkowskiego – przy okazji – Jurek – mam nadzieję, że jeszcze coś napiszesz 🙂 . Przecież znaliśmy się z Tobą dość dobrze, gdyż na drugim roku studiów uprawialiśmy wspólne marszobiegi po okolicach Poznania. – nie wiem czy pomnisz ? Jurek mieszkał w swoim rodzinnym domu przy ul. Dziewińskiej – którego nigdy nie widziałam – ale sobie wyobrażam jak musiał być piękny – skoro budowali go dla siebie i swojej trójki potomstwa , Jego Rodzice – ja na stancji – naprzeciwko Cmentarza – z gorzowską podwórkową ( ul. Kosynierów Gdyńskich 106 ) – przyjaciółką – Bajką. Napisałam, że Jurka znałam dość dobrze- oczywiście to iluzja tylko – bo kto zna dobrze Jurka ? – nie wiem – trudno się przebić poza jego wieloznaczny, zresztą uroczy wirtualny Uśmiech, którym obdarowuje zamiast odpowiedzi na pytanie ….
Co innego Leszek Milanowski – podaje nam siebie „ na tacy” – swoje serce i myśli na dłoni nam podaje . A może to też iluzja ? Nie wiem.
Jest też z nami na Messengerze, choć jak na razie ( mam nadzieję, że na razie ) nie chce tu gościć ze swoimi opowieściami z życia – Irenka z domu Dąbrowska – Dziewczyna –„ solistka Arii ze śmiechem „ – taką Ją pamiętam z Anatomicum – teraz czasem trochę złośliwości wrzuci – by nas „ ustawić do pionu „ – ale serce potrafi wielkie okazać – wiem – doświadczyłam – a życie miała nielekkie …..
I oczywiście Mariolka, czyli Maria J. Nowakowska, którą poznałam dopiero teraz i z tego powodu unosi mnie radość …
A na marginesie tego co napisałam, jeszcze podsumowująca myśl, która teraz do mnie przyszła i zmusiła bym ją też zamieściła – poznać Kogoś dogłębnie jest niemożliwością – bo nawet siebie zdefiniować jest trudem – tyle kompleksów , uczuć niespokojnych czy lęków, postaw wobec życia , sposobów dźwigania trudów , cieszenia się dniem – a nawet widzenia świata – prawdopodobnie każdy ( ja na pewno ) w sobie nosi – więc może lepiej nie „ rozdrapywać” i żyć pełnią danego nam kolejnego dnia, cieszyć się, że Ludzie dookoła są, żyją , można pogadać i jest fajnie.
Fajny jest każdy darowany wschód i zachód słońca i zieleń odradzająca się co roku i złoto rozsypująca jesienią ….
Z albumu Rodzinnego Marii J. Nowakowskiej – oto nasza Mariolka w całej okazałości – ta Dziewczynka stojąca na kamieniu z uniesionymi łapkami –
” zobaczcie jaka jestem duża ” i poniżej , już studentka z czasów, które opisuje ( wykadrowałam ) – w lewym dolnym rogu – choć nie sposób Jej nie rozpoznać – ta burzą jasnych włosów i Uśmiech !!! i w grupie kolegów na jakiejś wyprawie – chyba w górach – też z łatwością można Cię rozpoznać, Autorko Pamiętnika 🙂
Mam nadzieję – że po raz kolejny – Mariolko mi wybaczysz, że zajęłam tyle miejsca w Twoim Pamiętniku – a teraz ad rem – 🙂
Któregoś, pewnie następnego dnia – bo nasze listy wędrowały z szybkością światła – gdy zapytałam Mariolę, gdzie mieszkała w Poznaniu ( bo ja na stancjach ) – wpadła jej odpowiedź i cała świetna historia :
na studiach zazdrościłam wszystkim mieszkającym w akademiku
dlaczego ? mogli wracać kiedy chcieli, mieli swoje pieniądze
a mieszkając w domu (rodzice pracowali) słyszałam : dzisiaj ugotuj na…..
kup…..
….. dzisiaj nic nie planuj bo mamy pralnię na godz….
kieszonkowe dostawałam w ograniczonej ilości – przecież jedzenie masz w domu a bilety na koncerty w Filharmonii, do opery – tata ci załatwi
no to należało brać się do roboty
w naszej grupie była Jadzia Szpaderska – felczer która mieszkała na Rycerskiej blisko mnie (Grochowska) a pracowała też na Grochowskiej w gabinecie leków silnie działających
praca, ćwiczenia trochę kolidowały z zajęciami więc podszkoliła mnie i czasami wyręczałam ją w tej pracy albo w gabinecie albo też jeździłam do domów ….
…. z grupą studentów starszych lat jeździliśmy też do Lechii ( zakłady kosmetyczne – jak pomnę ) na Starołęce ok. 20 każdego miesiąca i zapisywaliśmy się do pracy na zmiany jakie nam pasowały ranne lub popołudniowe
praca polegała na „przeginaniu ” kartoników
kartony do proszku przychodziły mocno sprasowane w paczkach po 1000 należało z nich zrobić odpowiednie pudełka które maszyna stojąca za nami brała, podawała do tej która sypała proszek
po przyjściu do domu mydła nie potrzebowałam – pieniłam się cała a spłukanie tego z włosów było nie lada wyzwaniem
DAŁAM RADĘ
za pierwszą pensję kupiłam sobie płaszcz na Wrocławskiej
a w sezonie wiosna – jesień, kiedy tylko mogłam sędziowałam mecze LA ( oznaka sędziego leży w mojej szufladzie nadal )
wtedy startowała Szewińska, Kłobukowska, Sidło
czyli czas miałam bardzo wypełniony …
Mariolko kochana !
1. Ciekawe to o czym piszesz , bo ja np. w tym okresie nic nie robiłam poza studiowaniem – byłam zwyczajnym „pasożytem „ – wprawdzie potem to obijanie się nadrobiłam w trójnasób ( na 5 i 6 roku studiów rodziłam córeczki – więc mąż, dom, gotowanie , etc. ) , ale po raz pierwszy podjęłam pracę zawodową dopiero po studiach …
Brawo Mariolko Tobie ale też Twoim Rodzicom – za sposób wychowania – przecież pewnie byłoby Ich stać na tzw. kieszonkowe – ….. ciekawe, czy Twoi Bracia też pracowali ? ….i czy Twoje Dzieci wychowywałaś podobnie ?
2. Ależ mi zaimponowałaś tę odznaką Sędziego !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Wykadrowałam ze zdjęć przysłanych przez Mariolkę – Maria J. Nowakowska i wspomniana w tej opowieści Teresa Tułecka . Och, nasze czasy studenckie …
Gdy któregoś dnia Mariola zapytała w której grupie byłam na I roku studiów tj. w 1965 roku – nr nie pamiętałam, ale kolegów tak – więc wymieniłam. Na to Mariola przysłała list i kolejną opowieść :
no to świetną grupę mieliście
z Leszkiem Milanowski spotykaliśmy się bo mieszkał u cioci blisko nas czyli Teresy Tułeckiej i mnie – wspólne tramwaje a potem koncerty
no i śmieszna historyjka
ze mną do grupy chodził P. S.
mieszkał w akademiku na Grunwaldzkiej czyli blisko nas a wiodło mu się często różnie jak to studentowi
opowiadałam o różnych rzeczach w domu o jego sytuacji też
któregoś dnia przyszedł do mnie Leszek Milanowski (mnie w domu nie było)
mama myślała że to S. i nałożyła mu, mimo jego lekkich protestów to, co zostało po obiedzie
grzeczny Leszek zjadł wszystko
wróciłam do domu, załatwiliśmy co należy z Leszkiem i poszedł
mama opowiedziała mi całą sytuacje a ja pękałam ze śmiechu – wyobrażasz sobie wszystkie te godziny …. 🙂
a jak mówię o Leszku – to przychodził do nas potem często bo uczyłam się z Teresą Tułecką a Leszek podkochiwał się w niej mocno
często sprzeczali się – takie zaczepki
któregoś dnia Leszek mówi do Teresy : dlaczego my się kłócimy – moja ciocia z wujkiem żyją ze sobą tyle lat a nie kłócą się
Teresa zrobiła WIELKIE oczy i odparowała : ale przecież my ze sobą nie żyjemy!
było to przy moich rodzicach – wszyscy się roześmieli głośno i krążyła ta opowieść długo w rodzinie …
Czuprynka jak jasna chmurka , od wczesnego dzieciństwa, co widać na wszystkich zdjęciach no i te buty !!! 🙂
Kochani, od dziś mam wielką przyjemność gościć w tym blogu moją Niezwykłą Koleżankę z pierwszych trzech lat studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu, Wielce Szanowną i Poważaną panią doktor Marię Jolantę Nowakowską, pediatrę, wieloletniego Ordynatora Oddziału Dziecięcego w Kępnie .
Na marginesie tylko muszę dodać, że nie zapamiętałyśmy siebie nawzajem z czasów studenckich ( zresztą w Poznaniu studiowałam tylko przez 3 lata, o czym już w blogu wielokrotnie pisałam). Nasza znajomość i moja fascynacja tą Dziewczyną wybuchła nagle , zupełnie niespodziewanie. Ale po kolei.
Jeszcze niedawno, bo w maju tego roku, Jurek Marcinkowski (JTM), którego pamiętnik niedawno tu zamieściłam , napisał do mnie w kilku słowach , że nasz rok właśnie wraca z corocznego, odbywającego się od 25 lat zjazdu- wycieczki koleżeńskiej do Olsztyna i okolic i że siedzi w autokarze obok Marioli, z którą sobie mile gawędzi. Wprawdzie przebyła udar, ale jest w świetnej formie , choć twierdzi, że ma od tego czasu dziury w głowie. Wtedy też nic mi to nie mówiło- fajnie, że sobie gawędzą- a to ciekawe określenie, którego użyła też nie otworzyło we mnie żadnej klapki w mózgu- choć mi się spodobało. Bo spostrzegłam , że ma dystans do siebie i jakieś otwarcie na innych. Nie każdy tak ma. Bywa, że ludzie zamykają się w sobie, zwłaszcza po chorobie lub urazie. To, że wzięła udział w męczącej koleżeńskiej wyprawie też nie zapaliło we mnie żadnego światełka. Nie kojarzyłam Dziewczyny. Obojętność, zamknięcie we mnie i tyle.
Potem , gdy JTM stworzył ze swoich znajomych ( jak mówił , przypadkowo) grupę na Messengerze, zauważyłam, że jest tam też Mariola. Zapytałam więc Irenę, czy to Ta, z naszego roku- potwierdziła. Nadal zero zainteresowania z mojej strony. Mariola czasami się odzywała w Grupie, ja też coś wrzucałam. Było to raczej takie zwykłe ble- ble, jak kiedyś się mawiało. Ptaszki, kwiatki, niebo malowane stale inaczej. W mojej głowie, nieustannie krążył podtekst, że wszystko to, co piękne na świecie to jest dzieło Kogoś na górze i że jest celowo ułożone …Więc czasami wrzucałam taką myśl, która przechodziła w tym towarzystwie bez echa. Aż nagle…..stało się ….poczułam jak przysłowiowy grom z jasnego nieba” spadła” na mnie i zaistniała w moim życiu niezwykle intensywnie – Mariola, do tej pory mi zupełnie obojętna . A stało się to za sprawą tego, co napisała , po moim lakonicznym – wierzę w życie po życiu. Poprosiłam o opowiedzenie. Po chwili dostałam tę krótką odpowiedź:
„No to było tak z udarem – zawsze byłam „ szkiełko i oko” a nie „ czucie i wiara” i nie wierzyłam w opowieści o zaświatach, a tu po udarze gdy byłam nieprzytomna, co wynikało z opowieści kolegów, widziałam obok swojego łóżka szpitalnego wszystkich zmarłych kolegów i koleżanki ze szpitala- rysy znane ale przezroczyste- równo ubrani w jakieś zwiewne opończe, uśmiechnięci, ręce wyciągnięte po mnie dodawali mi otuchy- zaczęłam podnosić się by iść z nimi i spojrzałam na kolegę którego bardzo lubiłam ale nasze poprzednie , gdy jeszcze żył , rozmowy wyglądały na zaczepki. Widząc go teraz, też powiedziałam- odczep się nigdzie z tobą nie idę…Wtedy wszyscy uśmiechnięci odsunęli się w bardzo jasną świetlistą smugę- drogę . Gdy byłam w lepszej kondycji zaczęłam po raz pierwszy w życiu czytać o takich zjawiskach i wiele razy powtarzało się, że bliscy przeprowadzają na drugą stronę zmieniło mnie to trochę i nie jestem już taka ostro na NIE no i jeśli tak jest to nie ma się czego bać…………… „
Dotarło do mnie tak nagle, wyraziście, jakby zobaczyła Anioła, że „stoję” przed Świadkiem, jedynym jakiego znam, który dotknął Drugiej Strony Życia . Bo czytałam opowieści różnych ludzi, o podobnych doznaniach, które niektórzy tłumaczą zwykłym wytworem niedokrwionego mózgu .….a ja wierzę, że jest inaczej, że te opisywane przez wszystkich, którzy wrócili do naszego świata, podobne doznania, obrazy i odczucia są prawdziwe , bo towarzyszyłam umieraniu trzech najbliższych osób, w domu- byłam przy Nich sama……ale to inna opowieść…..
Teraz, po wielu mailach , które do mnie napisała Mariola , wiem, że jest Osobą Pogodną, z Poczuciem Humoru, z dystansem do siebie , empatyczną i ma bardzo dużo do opowiedzenia. Pytana przeze mnie a nawet nie- wrzuca historie ze swojego życia, które układają się w Pamiętnik – spisując je na gorąco, bo jak mówi- otwierają się klapki w Jej mózgu 🙂 trochę pozamykane przebytym udarem, ale też zwykłą naturalną ludzką- często gdzieś ukrytą , przycupnięta, czekającą na ujawnienie- pamięcią zdarzeń…..
Dziękuję Ci, Mariolu, że pojawiłaś się w moim życiu i zechciałaś gościć tym blogu…..
Dziękuję też Jurkowi, bo od Niego Wszystko się zaczęło i że jest naszym Przywódcą 🙂
Jerzy T. Marcinkowski chyba w okresie studiów, myślę, że ok. 1970 roku w roli amerykańskiego bossa. Ponoć zdj. wykonane przy cmentarzu na poznańskim Junikowie a samochód czyjś tam. Jurek w berecie ułożonym w daszek i prochowcu- świetna kreacja 🙂 Jedyne zdjęcie z tego okresu które mi kiedyś przysłał…
A teraz cd Jego Pamiętnika :
Studium wojskowe
Podczas zajęć odbywanych w ramach studium wojskowego istniały 2 możliwości:
W mundurach – odbywali je studenci, którzy posiadali kategorię zdrowotną A wg której nie mieli przeciwskazań zdrowotnych do odbywania tejże służby. Zajęcia te odbywali osobno mężczyźni i kobiety.
Bez mundurów – czyli w cywilu, którą to służbę odbywali ci, u których stwierdzano przeciwskazania zdrowotne do odbywania tejże służby w takich warunkach, jakich odbywali ją ci w mundurach. Ta druga grupa była, jak pamiętam, liczna i zastanawiałem się nad tym, czy aż tak często stan zdrowia koleżanek i kolegów był tak zły, że dyskwalifikował ich od służby w wojsku. O ile pamiętam, to zajęcia wojskowe bez mundurów były koedukacyjne.
Sprawa płaszczy mundurowych
Odbieraliśmy z magazynów płaszcze, które szyte były wg takiego kroju, iż sięgały do połowy łydki a może i dalej. Mój płaszcz, który odebrałem, był w słabej kondycji, bardzo wygnieciony i jak na niego spojrzała moja mama, to postanowiła, aby go poprawić, tj. wyprasować i trochę skrócić. Później, jak mieliśmy 1 zajęcia w mundurach, to dowódca kompanii, a były to osoby w stopniu majora bądź kapitana, robił przegląd przyglądając się, czy osoby nie powinny wzajemnie mundurów między sobą wymienić. Ja wówczas bardzo drżałem o to, aby mi nie kazano oddać tak starannie przygotowanego munduru przez mamę, ale na szczęście to nie miało miejsca. Poza płaszczem mundurowym z magazynów dostaliśmy jeszcze czapki, na których było godło Polski, ale wówczas jeszcze bez korony, co większości z nas zdecydowanie się nie podobało. To były czapki polowe, a nie wizytowe, okrągłe i sztywne, w rodzaju rogatywek. Mundur noszony pod płaszczem też był polowy, drelichowy, z metalowymi guzikami. Do tego każdy z nas dostał nowy skórzany pas wojskowy i nowe buty skórzane wiązane na sznurowadła i zapinane wyżej na łydce na paski ze sprzączkami. Chcę tu podkreślić, że jakość tych butów była niezwykle dobra. Miały przyszytą podeszwę gumową z wrębami i trzeba tu mocno zaznaczyć, że tych butów nie można było zepsuć. Po zakończeniu służby wojskowej należało mundury i płaszcze mundurowe i czapki oddać, natomiast pozostawiono nam pasy wojskowe i buty. I ja te buty jeszcze po studiach używałem a później używali moi synowie i oni również nie zdołali ich zniszczyć. Taka to była dobrej jakości obuwie wojskowe, bo przecież pełni ono znaczenie strategiczne – cóż ma robić żołnierz na polu walki, skoro buty mu spadną lub się rozpadną. Dodam jeszcze, ze kolor tych butów i pasa był brązowy.
Podzielono nas na kilka kompanii – wydaje mi się, że były 2 kompanie męskie i 2 żeńskie. I tutaj uwaga, bardzo śmieszna, że mundury kobiet miały od tyłu tzw. klapy, co na początku wzbudzało naszą radość i różne uwagi.
Tajne zeszyty do notatek
To też dość ważny szczegół, bo część notatek mogliśmy prowadzić w zeszytach tzw. jawnych a część w tajnych. Każdy tajny zeszyt miał na sobie pieczęć okrągłą z godłem i drugą pieczęć z napisem „tajne”. Jego wszystkie strony były przeszyte i związane sznurkiem, na końcu opieczętowane. Po zajęciach te tajne zeszyty były zamykane w szafie pancernej. Trudno mi uwierzyć, żeby w tych notatkach były jakieś kwestie istotnie tajne i niebezpieczne, gdyby dostały się w ręce obcego wywiadu i raczej robione to było po to, aby nauczyć nas obchodzenia się z tajnymi dokumentami. W tych zeszytach pisaliśmy mnóstwo szczegółów, na jakie oddziały dzieliła się armia polska, amerykańska czy też RFN. Ile żołnierzy było tam w kompaniach, ile w drużynach, jaką broń mieli na wyposażeniu, jakie mieli armaty, haubice, czołgi, itp. Dzisiaj, po latach, nie sposób przypomnieć sobie tych szczegółów, ale jest to dobrze opisane w ogólnodostępnej bibliografii wojskowej, do nabycia w księgarniach bez żadnych przeszkód, wraz ze zdjęciami, szkicami, itd. Jeśli chodzi o broń, to przede wszystkim należy wspomnieć o karabinach maszynowych kałasznikowa – tych to właśnie, co zrobiły furorę na początku w armii czerwone, później w krajach demokracji ludowe, a od dziesiątków lat te „kałachy” to jest podstawowa broń terrorystów islamskich, z którą oni się nader chętnie fotografują. Tyle razy kazano nam rozkładać i składać te „kałachy”, że do dzisiaj potrafiłbym to w sposób płynny zrobić. Z „kałachów” raz po raz strzelaliśmy na strzelnicy. Oczywiście te stanowiska były przygotowane tak, aby nie doszło do nieszczęśliwych wypadków. Jak pamiętam strzelaliśmy w pozycji leżącej. To nie było takie proste trafić w środek tarczy. Wyniki tych strzelań były ogłaszane przez dowódcę kompani i trzeba przyznać, że była rywalizacja o to, komu uda się wystrzelać najwyższą liczbę punktów. Jeśli chodzi o broń, to pragnę dodać, ze już na obozie wojskowym strzelaliśmy jeszcze z pistoletów TT – bardzo znanych, które nosiło się w kaburze przytroczonej do pasa. Pamiętam, że podczas jednego z takich strzelań jeden z kolegów tak się ucieszył, jak trafił do tarczy, którą była sylwetka nieprzyjacielskiego żołnierza i po trafieniu przewracała się, że odwrócił się gwałtowanie i wypalił niechcący a kula przeszła tuż obok ucha majora, który zapewne był przyzwyczajony do takich sytuacji, ale wyraźnie zbladł. Kilka centymetrów dalej a byłby trafiony w głowę.
Kilka słów o kadrze oficerskiej studium wojskowego
Kierownikiem studium wojskowego za czasów naszych studiów był pułkownik Psuja a po nim pułkownik Góra. To byli bardzo mili lekarze i należało na początku zajęć po wojskowemu witać ich przed drzwiami studium wojskowego. Jak pamiętam, jeden ze studentów był wówczas wyznaczony do tej służby i siedział a raczej bardziej stał obok stolika do drzwi studium, patrząc uważnie, kiedy kierownik studium lub któryś z jego następców się pojawiał. Należało wówczas podejść ku niemu sprężystym krokiem wojskowym, następnie stanąć na baczność, zasalutować i złożyć raport, tzn. powiedzieć, że taki szeregowiec się melduje.
Kadra oficerska w studium wojskowym w części złożona była z byłych żołnierzy frontowych, który brali czynny udział w walkach i zdarzało im się potem udzielać bardzo praktycznych porad z tego zakresu, np. pamiętam majora Andrejczuka (spr), który bardzo się denerwował, jak leżeliśmy płasko na ziemi, celowaliśmy z karabinów a nasze stopy nie leżały przyłożone do ziemi, tylko podpieraliśmy się czubkami palców, przez co stopy sterczały. Major Andrejczuk mówił wówczas: Nie zdajecie sobie sprawy z tego, że jak będziecie pod ogniem nieprzyjaciela w tak głupi sposób leżeć, to nieprzyjaciel wam pięty odstrzela. Należy leżeć jak najbardziej płasko na ziemi. Po tym majorze widać było bardzo wyraźnie tą jego frontowość i znajomość żołnierskiego zachowania na polu walki.
Jak sobie przypominam, jeden z zastępców kierownika studium wojskowego był zastępcą ds. politycznych – czyli był „politrukiem”. Oj, to trzeba mocno podkreślić, że mieliśmy zajęcia właśnie z tymi oficerami politycznymi, którzy w sposób odpowiedni – tzn. zgodnie z ówczesną doktryną komunistyczną – opisywali nam 2 wojnę światową, w tym powstanie warszawskie. Oczywiście z tych wykładów jasno i niezbicie wynikało, że tylko PPR a następnie PZPR miała patent mądrości na wszystkie swoje postepowania a wróg polityczny, a szczególnie AK, jak i rząd tymczasowy w Londynie mylili się we wszystkim; nie przypominam sobie ani 1 podanego faktu, że w czymkolwiek postąpili słusznie. Tutaj trzeba też dobitnie podkreślić, ze jak zajęcia wojskowe rozpoczęliśmy w roku 1965 to jak byliśmy na 3 roku doszło do znanych wydarzeń antykomunistycznych na terenie Czechosłowacji. Pamiętam wtedy, jak bardzo nasilona była propaganda socjalistyczna, podkreślająca, że jedyną i słuszną drogą była interwencja wojskowa, w tym wojsk polskich, na terenie Czechosłowacji. My oczywiście w to nie wierzyliśmy, ale zdarzały się wśród nas takie jednostki, które miały odwagę wprost o tym mówić do oficerów. Pamiętam, że to kolega Michał Krzak bardzo ostro potrafił protestować, głośno mówił na zajęciach prowadzonych przez politruków, że nie było tak a tak a wręcz inaczej.
Obóz wojskowy w Kłodzku
Ci studenci, którzy odbywali zajęcia wojskowe w mundurach, to po 5 roku studiów byli kierowani na 6 tygodniowy obóz wojskowy w Kłodzku. Z tamtejszej jednostki pamiętam, że zakwaterowani byliśmy w typowych budynkach wojskowych, które otaczały bardzo duże podwórze. na tymże podwórzu stało ok. 60 transporterów opancerzonych
„SKOT”. W tychże Skotach byliśmy wożeni na zajęcia w terenie. Później docierały do mnie opinie, że tylko niektóre i to nieliczne z tych transporterów miały zamontowane liczniki, które mierzyły czas pracy silnika i co za tym idzie zużycie paliwa. I ten fakt był wykorzystywany przez dowódcę jednostki w ten sposób, że od czasu do czasu zarządzał on ćwiczenie wojskowe, w którym brał udział ten transporter wyposażony we wspomniane liczniki. Tymczasem w oficjalnych sprawozdaniach wyliczano zużycie paliwa jak dla 60 transporterów, co miało pokryć różne lewe wycieki paliwa z jednostki. Trudno mi się odnieść do tego, na ile to było prawdą, ale sądzę, że prawdą być mogło. Jak nas w tych transporterach wożono na ćwiczenia, to raz po raz przejeżdżaliśmy przez bardzo ciekawe okolice, np. pamiętam, że przejeżdżaliśmy pod Bazyliką w Wambierzycach, ale oczywiście nikt nam nic na temat tego kościoła nie mówił.
Ćwiczenia w terenie
Pamiętam ćwiczenia, które w niektórych momentach były humorystyczne. Na przykład pamiętam mjr Dybasia (spr), który wszedłszy na niewielką górkę głośno mówił, że właśnie mówił i wskazywał palce, doszło do wybuchu broni atomowej. No i następnie opisywał, co się wtedy by mogło stać, jak wielu byłoby zabitych i rannych. Potem pamiętam inscenizację tych zajęć i utkwił mi fakt, że najwięcej było chętnych do udawania trupów na polu walki. Niektórzy mieli ciężkie zadania, bo np. musieli nosić „rannych” kolegów. Kilka z tych dni ćwiczeń spędziliśmy na polu w rozbitych namiotach. Namordowaliśmy się z rozbiciem a następnie z urządzeniem tych namiotów a potem w nich spaliśmy i najgorsze było to, że było wtedy bardzo zimno. Nałożyłem na siebie wszystko co mogłem, nie zdejmując butów. Taka sytuacja trwała kilka dni co skutkowało tym, że byliśmy niewiarygodnie brudni. Ale trudno było wówczas odważyć się rozebrać i umyć, bo takie było wszechogarniające zimno, pomimo, że to było lato.
Egzamin na oficera
Jak pamiętam, gdy przyjechaliśmy na obóz, to wszyscy byliśmy w stopniu starszego szeregowca poza kilkoma kolegami, którzy już wówczas mieli stopień kaprala (2 paski na pagonach) oraz tych, którzy za różne podpadnięcia na zajęciach ciągle byli szeregowcami. W trakcie tego obozu zdarzały się nominacje na wyższy stopień i niektórzy dostali starszego kaprala (3 paski) a nawet plutonowego (4 paski). Ciągle byłem w tym okresie starszym szeregowcem. Bardzo istotne było to, że pod koniec obozu wojskowego odbywał się egzamin na oficera. Trudno mi przypomnieć sobie pytania, jakie otrzymywałem i oceny, ale egzamin zdałem i wydaje mi się, że chyba wszyscy obecni na tym obozie egzamin zdali. Potem miała miejsce uroczysta przysięga wojskowa i otrzymaliśmy wszyscy „2 gwiazdki”, czyli stopień oficerski podporucznika. Odnośnie przysięgi wojskowej chcę wspomnieć o pewnym fakcie. Jedna rzecz to to, kto co rzeczywiście wówczas mówił, bo w tej przysiędze były słowa o socjalizmie a druga rzecz to to, czy po złożeniu przysięgi złożył stosowny podpis. Zdarzyło się, że do nie składania podpisu nakłaniał dowódca kompanii major jednego ze studentów, który miał pochodzenie żydowskie (spr). I tenże kolega był skłonny tego podpisu nie złożyć myśląc, że dowódca kompanii dobrze mu doradza, ale w tym momencie kolega tegoż studenta Lesław Maziarz wytłumaczył mu dosadnie: „nie będzie twojego podpisu pod przysięgą, to nie zaliczą ci obozu wojskowego. A jak nie zaliczą ci obozu wojskowego, to nie zaliczą ci roku studiów i będziesz miał kłopoty”. Dzisiaj po latach należy bardzo negatywnie ocenić postawę tego majora.
Alkohol na obozie wojskowym w Kłodzku.
Osobiście nie piłem alkoholu w trakcie całych ćwiczeń wojskowych. Inna rzecz to picie alkoholu w drodze do Kłodzka – pamiętam, jak dojechaliśmy pociągiem do Kłodzka – jak wesoło było w pociągu i w pieszej wędrówce z dworca do jednostki wojskowej. W drodze powrotnej raczej nikt od alkoholu nie stronił. Ale zupełnie inna była sytuacja na obozie wojskowym, gdzie nas zdecydowanie ostrzeżono przez bardzo surowymi konsekwencjami picia alkoholu. Ja się do tego stosowałem i miałem wyobrażenie, że inni też, ale dopiero po wielu latach dowiedziałem się, że niektórzy koledzy pili i to razem z dowódcami – oficerami.
Może tęsknota za wojskiem ? Jerzy T. Marcinkowski ze statystami filmu realizowanego na poligonie w Biedrusku…
Jerzy T. Marcinkowski , Jego koń Juror i świetnie upozowany spaniel Tobi. Jak widać wszyscy dobrze się czują na planie filmowym na poligonie Biedrusko…
Jerzy T. Marcinkowski….jeździectwo, które było Jego pasją przez wiele lat….czyżby romantyczna tęsknota za zwyczajami przodków – którzy na pewno dosiadali koni, czy za poligonem Biedrusko, gdzie były ćwiczenia wojskowe w czasie naszych studiów….czy za wolnością wreszcie….nie wiem
Ponieważ Ewcia urodziła się 15 grudnia, a planowane zajęcia odrobiłam wcześniej, miałam , jak mi się wtedy wydawało, bardzo długi okres, kiedy mogłam się cieszyć dzieckiem. Wróciłam na zajęcia po świętach, gdy Mała miała ok. 3 tygodni. Zajęć było już niewiele, bo był to 6 rok studiów. Trochę ćwiczeń i wykładów oraz kolejne egzaminy. W ogólnym galimatiasie, niewyspaniu i zapracowaniu wszystko pozaliczałam. Najważniejsze było to, że babcia Leoszko obiecała pozostać do dnia, kiedy ukończę studia. Już wcześniej zapowiadała, że jest bardzo potrzebna swojej córce, która mieszkała w Gubinie i miała kilkoro drobnych dzieci.
Czasami bywali u nas moi Rodzice, wspierając ciocię , która miała dużo zajęć z naszymi córeczkami.
Oczywiście gdy wpadałam do domu, zakasywałam rękawy i zamieniałam się w niańkę, sprzątaczkę , pocieszycielkę strapionych, czyli jednym słowem stawałam się gospodynią domową usiłując dopieszczać także mojego męża, by nie czuł się odrzucony. Jak z tego wynika, wszystko działo się pół gwizdka, w niedoczasie i nic dziwnego, że osoba wrażliwsza w tej rodzinie mogła się czuć opuszczona lub pominięta.
Nadszedł czerwiec 1971 roku, indeks był zapełniony wpisami, oddany do dziekanatu i wkrótce uzyskałam informację, że jestem lekarzem.
Oczywiście to jeszcze nic nie znaczyło, gdyż praw do praktyki lekarskiej nabywało się dopiero po rocznym stażu.
Teraz jest jeszcze gorzej, gdyż po stażu zdaje się jeszcze jeden egzamin tzw. LEP i niestety nie wszyscy go zaliczają. Jakżeż to musi być tragiczne, gdy edukacja przedłuża się w nieskończoność. W tym czasie ludzie innych zawodów stają już na nogach, nabierając wprawy w pracy zawodowej.
Ja miałam szczęście, że jeszcze wtedy takiego egzaminu nie wprowadzono. Zresztą i teraz słychać głosy o jego likwidacji. Na pewno konieczna jest głęboka reforma całego systemu nauczania medycyny, czego wzory można znaleźć zupełnie niedaleko poza granicami naszego kraju.
Ciocia Leoszko miała wewnętrzny spokój, łagodność i zostawiałam jej dziecko z pełnym zaufaniem.
Justyna była spokojnym dzieckiem, zawsze uśmiechniętym. Nawet sąsiadki z bloku powtarzały, że tak pogodnego dziecka nie widziały. Ciocia karmiła ją kaszą z mlekiem w obłędnych ilościach, ale też bardzo gęstymi zupami . W efekcie dziecko stało się milutką baryłką i broniąc się przed tyciem obłędnym, często wymiotowała. Jednak bezpośrednio po tym, ciocia brała kolejną miskę z kaszą i po chwili triumfalnie meldowała, że dziecko zjadło z apetytem. Nie zwracałam na to uwagi. Wydawało mi się, że wszystko jest dobrze, że tak ma być. Wszak Ciocia wychowała już kilkoro dzieci.
W tamtych czasach nie było takiej świadomości i informacji na temat przekarmiania dzieci a o późniejszych zaburzeniach odżywiania polegających na anoreksji czy bulimii w ogóle nikt nic w Polsce nie wiedział.
Jeszcze w okresie dojrzewania Justyny nie orientowałam się , ani też moja Mama, że jej objadanie się, chowanie kanapek pod tapczanem , początkowe tycie, a potem powrót do dobrej sylwetki to przyczynek do podejrzeń, że dziecko ma bulimię. I gdy to do mnie dotarło, znacznie już później, początkowo nie wierzyłam. Potem stanęłam twarzą w twarz z problemem i własną bezradnością.
Na początku piątego roku studiów tj 3 października 1969 roku urodziłam pierwsze nasze dziecko. Była to córeczka – Justyna .
Była wymarzona . Widocznie dzieci chcę dzieci, jak kiedyś powiedziała ciocia mojej przyjaciółki Bajki .
Przytulałam zawinięte w kocyk niemowlę i byłam szczęśliwa.
Ale trwało to bardzo krótko, bo miałam wewnętrzny imperatyw, by nie zarwać studiów, nie zawieść Mamy, która się bała, że zamążpójście zaburzy mi proces zdobywania zawodu. Bałam się też, że robiąc przerwę w edukacji, nie będę umiała wrócić do tego kieratu, jakim były moje studia.
Tak więc, 7 dnia po porodzie, tj 10. października byłam już na zajęciach. W tym czasie przybyła do nas babcia-ciocia Mirka Wiera Leoszko. O niej wspominał w swoim pamiętniku JanSenior. Podobno liczyła sobie 80 lat, ale wyglądała tak krzepko, że podejrzewaliśmy jakiś większy przekręt przy wyrabianiu polskiej metryki po powojennym powrocie z Wileńszczyzny. Mimo bardzo trudnego życia, przeżyć wojennych kiedy to straciła męża i dwóch kilkuletnich synów , którzy bawili się minami i zostali doszczętnie rozerwani. Po wojnie mieszkała w Gubinie z dwoma córkami. Jedna z nich Hania, nadal tam mieszka i chyba jest bardzo podobna do matki. Druga córka, Malwina mieszka w Sopocie.
Kajtek. Był naszym kolegą z roku. Ale nie należał do naszej grupy. Spotykaliśmy na korytarzu przed zajęciami z anatomii, ale nie przypominam sobie dokładnie w jakich okolicznościach go poznałam.
Był niewysoki, dość masywnie zbudowany, wiecznie radosny , tryskający energią i wielką zaraźliwą siłą ducha.
To on był naszym prowodyrem, ojcem duchowym szaleństw. Tworzyliśmy wtedy paczkę kumpli.
Użyłam określenia – szaleństwa. Uśmiecham się teraz do tych wspomnień z przeszłości. Jakież one były niewinne a ile dawały niezapomnianej dziecięcej radości .
Na przykład jednego dnia Kajtek rzucał hasło- na Kiciusia !!!
Więc po zajęciach rzucaliśmy się gromadką do drzwi wyjściowych z Collegium Anatomicum. Był zwykle późny wieczór.
Szliśmy ulicami Poznania, podziwiając jak pięknieje miasto w rozpalających się światłach. Trasa była dość długa, może ze 2-3 km.
Przemierzaliśmy jedną z głównych ulic zwaną wtedy Armii Czerwonej obecnie Św. Marcina i docieraliśmy do Kiciusia.
Był to niewielki bar, położony po lewej stronie ulicy, idąc w kierunku Starego Miasta. Ulokowany na parterze wielkiej kamienicy stanowił w naszych latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia nowy element w krajobrazie miasta. Miał lśniące wielkie szyby i wyraźny napis- Kiciuś. Nie było tam alkoholu a jedynie wyroby cukiernicze. Jednak największym hitem w tamtych czasach były cocktaile mleczne. Dla nas to była niezwykła nowość, wielka pycha z pianką. Oczywiście zajmowaliśmy kilka stolików , zamawialiśmy coctaile. Czekaliśmy łykając ślinkę i gadaliśmy. W ogóle nie zapamiętałam naszych rozmów, ale nastrój był wesoły a nawet wesołkowaty. Musieliśmy odparowywać ciężkie doznania nauki anatomii, ponure sekcje i wydalić z siebie odór formaliny, którym nasiąkaliśmy w Anatomicum.
Po bardzo wielu latach odwiedziłam Poznań. Nie miałam nadziei, że Kiciuś jeszcze żyje. Wokół tyle się zmieniało, przyszły nowe inne czasy.
Ale nie dowierzałam własnym oczom, gdy ujrzałam Kiciusia. Był i czekał jak zwykle.
To niesamowite uczucie, gdy się odnajdzie dowód , nawet maleńki , na to, że jednak nie wszystko przemija….