Ponieważ Ewcia urodziła się 15 grudnia, a planowane zajęcia odrobiłam wcześniej, miałam , jak mi się wtedy wydawało, bardzo długi okres, kiedy mogłam się cieszyć dzieckiem. Wróciłam na zajęcia po świętach, gdy Mała miała ok. 3 tygodni. Zajęć było już niewiele, bo był to 6 rok studiów. Trochę ćwiczeń i wykładów oraz kolejne egzaminy. W ogólnym galimatiasie, niewyspaniu i zapracowaniu wszystko pozaliczałam. Najważniejsze było to, że babcia Leoszko obiecała pozostać do dnia, kiedy ukończę studia. Już wcześniej zapowiadała, że jest bardzo potrzebna swojej córce, która mieszkała w Gubinie i miała kilkoro drobnych dzieci.
Czasami bywali u nas moi Rodzice, wspierając ciocię , która miała dużo zajęć z naszymi córeczkami.
Oczywiście gdy wpadałam do domu, zakasywałam rękawy i zamieniałam się w niańkę, sprzątaczkę , pocieszycielkę strapionych, czyli jednym słowem stawałam się gospodynią domową usiłując dopieszczać także mojego męża, by nie czuł się odrzucony. Jak z tego wynika, wszystko działo się pół gwizdka, w niedoczasie i nic dziwnego, że osoba wrażliwsza w tej rodzinie mogła się czuć opuszczona lub pominięta.
Nadszedł czerwiec 1971 roku, indeks był zapełniony wpisami, oddany do dziekanatu i wkrótce uzyskałam informację, że jestem lekarzem.
Oczywiście to jeszcze nic nie znaczyło, gdyż praw do praktyki lekarskiej nabywało się dopiero po rocznym stażu.
Teraz jest jeszcze gorzej, gdyż po stażu zdaje się jeszcze jeden egzamin tzw. LEP i niestety nie wszyscy go zaliczają. Jakżeż to musi być tragiczne, gdy edukacja przedłuża się w nieskończoność. W tym czasie ludzie innych zawodów stają już na nogach, nabierając wprawy w pracy zawodowej.
Ja miałam szczęście, że jeszcze wtedy takiego egzaminu nie wprowadzono. Zresztą i teraz słychać głosy o jego likwidacji. Na pewno konieczna jest głęboka reforma całego systemu nauczania medycyny, czego wzory można znaleźć zupełnie niedaleko poza granicami naszego kraju.
