Losy moich Rodziców. Powrót do Polski.

Jest maj 1945 roku.

Radość z końca wojny zostaje zmącona informacją, że tutaj będzie ZSRR.

Jakże można się cieszyć w pełni, gdy teraz wszystko będzie inne.

Spotykają się miejscowi Polacy, dyskutują co robić.

Władze chętnie pozbywają się miejscowych. Niebawem zaludnią te tereny swoimi obywatelami. A ci, którzy pozostaną pewnie będą mieli ograniczone prawa.

Znaczna większość mieszkańców Smorgoń podejmuje decyzję wyjazdu na tereny, gdzie teraz będzie Polska.

Mama się waha, przecież w Smorgoniach jest grób jej synka- Wacusia.

Ale żyje pierwszy syn- Zenon i Matka chce, by dorastał w ojczyźnie.

Takie myślenie przeważa. Mama oznajmia swojemu kierownikowi szkoły, że wyjeżdża, ten reaguje śmiechem. Kpiąco pyta, czy Ona naprawdę wierzy, że tam będzie inaczej. Przecież wszędzie ma być ten sam ustrój. Ale Mama odpowiada, że zdaje sobie z tego sprawę , ale przynajmniej będzie słyszała język polski.

Jej przyjaciółka od serca , Konopielkowa z synami już wyjechała. Zaopiekowali się nią kuzyni i przyjaciele.

Mama tutaj nie ma nikogo z rodziny, wszyscy mieszkają w Rakowie i tamtych okolicach. Zresztą nie jest to Jej prawdziwa rodzina, a rodzina jej męża. Przez ubiegłe lata oddalili się od siebie. Zenon bardzo chce jechać do Polski.

Pakują toboły, tapczan na którym urodził się Paweł Konopielko ładują obcy ludzie do wagonu bydlęcego i wkrótce pociąg wyrusza. Z Mamą wyjeżdża jej bliska koleżanka z pracy, namawia do ulokowania się we Wrocławiu, bo ma już informację, że są tam niezniszczone poniemieckie domy i możliwość pracy.

Jednak Mama woli do Godziszki.

Oschła ta Jej Godziszka, ale w końcu najbliższa, bo rodzona. …

Losy moich Rodziców. Marsze śmierci.

Marsze śmierci – informacje z internetu

W latach 1944- 45 zbliżał się koniec  II wojny światowej  i  wojska alianckie a przede wszystkim Armia Czerwona zaciskały pętlę na nazistowskiej szyi, Niemcy zorganizowali marsze ewakuacyjne więźniów obozów koncentracyjnych. Pomysł był straszliwy i zupełnie nieracjonalny..

Więźniowie nazwali je marszami śmierci, nazwę tę później przejęli historycy.

Kilkanaście dni przed nadejściem frontu, z różnych obozów wypędzano skrajnie wyniszczone cienie ludzkie i gnano w głąb Rzeszy. Planowano zatrudnienie ich jako darmowej siły roboczej na potrzeby niemieckiego przemysłu zbrojeniowego.

Tak napisano w Wikipedii, ale opowieści Taty wskazują na możliwy też inny powód. Chyba w panice chcieli zatrzeć ślady swojej zbrodniczej działalności i pozbyć się więźniów- świadków i uczestników tych tragedii.

Była to dramatyczna chwila w historii więźniów hitlerowskich obozów. Większość marszów odbywała się na mrozie, zimą 1944/1945.

Dziennie przemierzano 20- 30 km, noclegi były improwizowane najczęściej pod gołym niebem.

Więźniowie ubrani w cienkie pasiaki często zamarzali na śmierć, a racje żywnościowe były nikłe.

Każda próba wyłamania się z maszerującej  kolumny traktowane były jako ucieczka bądź niezdolność do dalszej drogi i karane natychmiastową śmiercią.

Śmiertelność była ogromna.

Jednak dość licznym udawało się uciec, korzystając z zamieszania i niezwykłej sytuacji.

Pierwsze marsze na ziemiach polskich miały miejsce w 1944 roku z Majdanka.

W styczniu 1945 roku przesiedlono 66 tys. więźniów Auschwitz – rozdzielono ich po obozach Gross Rosen, Buchenwald, Dachau i Mauthausen. W trakcie marszu zmarło z wycieńczenia lub zostało rozstrzelanych 15 tys. osób.

Więźniarki z Prus Wschodnich pędzono do Palmicken( obecnie Jantarnyj) , gdzie rozstrzelano ok. 3000 osób.

Również:

 – w styczniu 1945 r. ewakuowano część obozu Stutthof i obóz Blechhammer,

–  w lutym  1945 r.Gross Rosen, w kwietniu Dora-Mittelbau, Flossenburg, Sachsenhausen, Neuengamme, Magdeburg, Mauthausen, Ravensbruck,

– w maju 1945 r.– Reichenau.

Ewakuacje w kwietniu i maju  często kończyły się masowymi egzekucjami. Oblicza się, że z blisko 700 tysięcy osób, które zostały wysłane do Niemiec, 1/3 zginęła.

 Na terenie Rzeszy więźniów przewożono również pociągami.

W opustoszałych obozach naziści pozostawili najbardziej wyczerpanych więźniów oraz ciężko chorych, którzy nie byli w stanie wymaszerować. Planowano zgładzenie ich, ale nie zdążyli, gdyż front zbliżał się bardzo szybko i uciekali szeregowi SS- mani. Po wyzwoleniu obozów, większość więźniów zmarła z wyczerpania. .”

 

Na medycznej ścieżce. Wreszcie jestem pełnoprawnym lekarzem.

Rok stażowy minął szybko.

Dopiero wówczas otrzymałam tzw. prawo wykonywania zawodu.

Wkrótce urodziłam Marcina. Oczywiście nie wiedziałam, że będzie syn. Ale sobie pomyślałam, że jeśli moje dziewczynki rodziły się w Klinice przy ul.Starynkiewicza, to zmiana miejsca porodu może przyniesie chłopca. Ale to były takie sobie żarty.

Niby żarty, a  okazały się prawdą.

 Ponieważ jak w poprzednich ciążach poród nie nadchodził w terminie, to gdy minęły kolejne dwa tygodnie jak zwykle znalazłam się na oddziale patologii ciąży. Już nie rozpaczałam jak poprzednio, wiedziałam , że taki jest system . Jednak tym razem nie skłuli mi pupy straszliwie bolesnymi zastrzykami z hormonów przygotowujących do porodu, czyli porodu nie prowokowano,  bo po dwóch dniach już rano czułam, że chyba się zacznie.

Na medycznej ścieżce. Otrzymuję dyplom lekarza.

Ponieważ Ewcia urodziła się 15 grudnia, a planowane zajęcia odrobiłam wcześniej, miałam , jak mi się wtedy wydawało, bardzo długi okres, kiedy mogłam się cieszyć dzieckiem. Wróciłam na zajęcia po świętach, gdy Mała miała ok. 3 tygodni. Zajęć było już niewiele, bo był to 6 rok studiów. Trochę ćwiczeń i wykładów oraz kolejne egzaminy. W ogólnym galimatiasie, niewyspaniu i zapracowaniu wszystko pozaliczałam. Najważniejsze było to, że babcia Leoszko obiecała pozostać do dnia, kiedy ukończę studia. Już wcześniej zapowiadała, że jest bardzo potrzebna swojej córce, która mieszkała w Gubinie i miała kilkoro drobnych dzieci.

Czasami bywali u nas moi Rodzice, wspierając ciocię , która miała dużo  zajęć z naszymi córeczkami.

Oczywiście gdy wpadałam do domu, zakasywałam rękawy i zamieniałam się w niańkę, sprzątaczkę , pocieszycielkę strapionych, czyli jednym słowem stawałam się gospodynią domową usiłując dopieszczać także mojego męża, by nie czuł się odrzucony. Jak z tego wynika, wszystko działo się pół gwizdka, w niedoczasie i nic dziwnego, że osoba wrażliwsza w tej rodzinie mogła się czuć opuszczona lub pominięta.

Nadszedł czerwiec 1971 roku, indeks był zapełniony wpisami, oddany do dziekanatu i wkrótce uzyskałam informację, że jestem lekarzem.

Oczywiście to jeszcze nic nie znaczyło, gdyż praw do praktyki lekarskiej nabywało się dopiero po rocznym stażu.

Teraz jest jeszcze gorzej, gdyż po stażu zdaje się jeszcze jeden egzamin tzw. LEP i niestety nie wszyscy go zaliczają. Jakżeż to musi być tragiczne, gdy edukacja przedłuża się w nieskończoność. W tym czasie ludzie innych zawodów stają już na nogach, nabierając wprawy w pracy zawodowej.

Ja miałam szczęście, że jeszcze wtedy takiego egzaminu nie wprowadzono. Zresztą i teraz słychać głosy o jego likwidacji. Na pewno konieczna jest głęboka reforma  całego systemu nauczania medycyny, czego wzory można znaleźć zupełnie niedaleko poza granicami naszego kraju.

Opowieści mojej Mamy. Mama zostaje nauczycielką.

W ostatniej klasie Seminarium Mama już nie mieszka w internacie, bo pobyt w nim obciąża budżet rodzinny.  Z domu maszeruje na stację kolejową w Łodygowicach, pokonując trasę ponad 3 km. Polna droga zbiega w dół Kotliny Żywieckiej , i w dwóch miejscach wiedzie przez strumyki, które w czasie ulewnych opadów bardzo przybierają. Mama musi przejść nad nimi  wąską chybotliwą kładką.

Nadchodzi maj i dni matur. Jest rok 1925. Wystrojona odświętnie Mama  pędzi do pociągu. Woda w strumykach jest wielka, ciemnobrązowa i skłębiona. Na kładce Mama traci równowagę i wpada do potoku. Wydrapuje się na brzeg i ociekając wodą wpada do pociągu. Dopiero w szkole wyciera się, wyżyma spódnicę i wylewa wodę z butów i wkracza do sali egzaminacyjnej. Nikt nie zauważa, że jest przemoczona i dygocze z zimna. Ale pisze , jest przygotowana i nie ma problemów z wiedzą. Wraca do domu tą samą drogą. Następnego dnia podąża na kolejny egzamin.

Gdy po zakończeniu matury ze świadectwem dojrzałości , dyplomem nauczyciela w kieszeni przychodzi do domu. Chce się pochwalić, ale nikt nie ma czasu na rozmowę.

 Jedynie jej matka, odwraca się od garów i pyta- czy zdałaś? Odpowiada zdałam- to dobrze, słyszy odpowiedź.

Gdy wraca ojciec z pola, chwali córkę, i od razu mówi, że teraz ona musi pomagać finansowo rodzinie, gdyż edukacja była kosztowna.

Dla Mamy jest to oczywiste, więc słowa ojca trochę bolą. Ale przełyka to pokornie.

 

Śladami mojego Taty . Miejsce zesłania – Kazachstan…

Po kilkunastu dniach pociąg się zatrzymał. Wypędzono wszystkich, brudnych, podduszonych smrodem i wynędzniałych .

Rozdzielano na rampie .

Pewne grupy zabierano dalej ciężarówkami, by osadzić w barakach dawnych łagrów pamiętających jeszcze czasy carskie.

Ciocia z Janią i brzuchem, w którym poruszało się przerażone jak matka dziecko zapakowano na fury i wywieziono do osiedla miejscowych Kazachów. Bo tak, byli w Kazachstanie. Oglądam mapę świata- widzę tę krainę, obecnie odrębne państwo. Mapa milczy obojętnie ale wołają tam duchy przeszłości. Tysiące Polaków , którzy tam umarli i zostali w tej ziemi. I tysiące , które cudem przetrwały i potem musiały żyć normalnie. Jak to było możliwe po tym, co przeszli?

Śladami mojego Taty. Już jadą…..

 

Wschód słońca. Zdjęcie własne.

 

 

Termin ślubu zbliżał się milowymi krokami.

W tym czasie młodzi pisali do siebie płomienne listy , zapewniając o miłości, tęsknocie  i oddaniu . Bolek zbierał wszystkie listy od Michaliny, zamykał w szkatułce a po latach wspólnie je czytali, wspominając ten okres z rozczuleniem.

 I wreszcie przyszły pierwsze śniegi,  mróz szczypał w nosy a w powietrzu unosił się zapach Bożego Narodzenia.  

Jak wszystko w życiu, czas płynął niestrudzenie.

Okres  przygotowań do ślubu dobiegał końca.  

 Bolek zastanawiał się, co powinien ofiarować Michalinie i jej rodzicom. Ten dylemat stał się tematem wielu  rozmów z księdzem. Obydwaj chcieli , by  prezent był oryginalny i upragniony. Aż któregoś dnia kapłan podał swój projekt. Bolek od razu zaakceptował pomysł i był szczęśliwy….

Cała parafia żyła nadchodzącym wydarzeniem. Może gdyby to dotyczyło tylko Bolka, zainteresowanie byłoby mniejsze. Ale planowany wyjazd ich księdza sprowokował do przyjrzenia się jego odzieży. I wówczas kobiety załamały ręce. Sutanna była spłowiała od słońca, przetarta na łokciach i pocerowana w wielu miejscach . Dobrze, że było jeszcze trochę czasu , więc śpiesznie przystąpiły do pracy. Wkrótce nowa sutanna była gotowa. Ksiądz nałożył ją niechętnie, bo uwielbiał swoją starą , w której czuł się dobrze. W dodatku uważał, że nie powinno się wydawać pieniędzy na nowe ciuchy, wolał oddawać je biednym parafianom. Nowa była sztywna, mało przyjazna, ale nie miał wyjścia, bo nie chciał sprawiać przykrości tym dobrym kobietom.

 Od dawna  w kuferku spoczywało  nowe ubranie Bolka, śnieżna,  wykrochmalona na sztywno koszula  oraz inne dodatki.

W dniu wyjazdu panowie wcześnie opuścili plebanię, a gdy czekali na bryczkę oglądali wschodzące słońce. Nie mieli ochoty na rozmowy, dzielili więc swoje milczenie. Często tak bywało, nawzajem znali swoje myśli i lubili przeżywać w samotności.

Niebawem usłyszeli stukot końskich kopyt i na podjazd przed plebanią powoli wtoczył się powóz. Wsiedli pospiesznie, bo mieli przed sobą jeszcze kilkanaście kilometrów drogi, a termin odjazdu pociągu był  dobrze znany. Były to czasy, gdy pociągi kursowały punktualnie, można było wg nich nastawiać zegarek i nikomu nawet się nie śniło, że może  być inaczej.

Dojechali do stacji, gdy już słychać było gwizd nadjeżdżającego pociągu. Lubili

podróże, więc z przyjemnością wsiedli do wagonu , na półce bagażowej ułożyli kuferek i zdjęli ciepłe zimowe płaszcze. I niebawem  ksiądz zagłębił się w studiowaniu  brewiarza, a Bolek podziwiał  przesuwający się krajobraz za oknem. Lokomotywa sapała, wypuszczając systematycznie kłęby dymu. Koła turkotały miarowo, więc wkrótce Bolek , wyczerpany wszystkimi emocjami  , niespodziewanie zasnął  . Spał mocnym, zdrowym, ożywczym , młodzieńczym snem , może nawet śniła mu się piękna Michalina.  Z głębokiego snu wyrwał go dopiero głos  konduktora , który meldował, że dojeżdżają do przesiadkowej stacji. Bolek już znał drogę, bo całkiem niedawno przemierzał ją ze swoją ukochaną. Ale wówczas byli tak bardzo zajęci rozmową i czuleniem się do siebie, że ta stacja wydawała mu się obca. Dobrze, że ksiądz wykazał się opanowaniem, upewnił się u konduktora, że ta stacja jest właściwa. A gdy ujrzeli napis na dworcowym budynku , odetchnęli z ulgą. Jednak te wątpliwości świadczyły o ich stanie emocjonalnym.

Po chwili nadjechał  kolejny pociąg, którym dotarli do celu.

Tam czekały na nich szerokie sanie, zaprzężone w dwa gniade konie. Woźnica z sumiastym wąsem powoli zlazł ze swojego miejsca, popatrzył badawczo spod pokrytych szronem brwi i pokazał w szerokim uśmiechu czarne popsute zęby. Nie miał wątpliwości , że  ksiądz i młodzieniec, to oczekiwani goście. Uchylił  więc brzeg kożucha i zaprosił do wsiadania. Otuleni miłym , ale nieco cuchnącym kudłatym nakryciem, poczuli się swojsko i spokojnie. Wydawało się, że konie unoszą sanie w powietrzu, dookoła była cudna wielka śnieżna przestrzeń i szybko zbliżała się ciemna ściana wysokiego lasu. Oczarowany jazdą Bolek wyobrażał sobie, że  las nagle się rozstępuje specjalnie przed nimi a świerki i sosny specjalnie wyciągają swoje kosmate ośnieżone łapy , by się przywitać . Gdy wyjechali na pustą przestrzeń, to wrażenie oczywiście zniknęło, powróciła rzeczywistość , a w dali już widać było zabudowania gospodarcze i niewielki dworek. Na widok tego dworku, serce Bolka przyspieszyło, widocznie czuł bliskość ukochanej, a może odczuwał lęk przed czekającymi go wydarzeniami. Nie miał czasu na analizę swoich odczuć, bo sanie ostro zahamowały i już zobaczyli lnianowłosą dziewczynę z narzuconą kolorową chustą na głowie , która wybiegała na ganek…