Na medycznej ścieżce. Moja druga ciąża i zajęcia z medycyny sądowej.

Z wielkim już brzuchem odbywałam zajęcia z medycyny sądowej. Brzuch z wiercącym się maleństwem( Ewunią )  opierałam o stół , nieopodal leżącego na nim  nieboszczyka .

Asystent okazał się  niespodziewanie ludzki. O dziwo, sam z własnej woli zwolnił mnie z sekcji niemowlęcia. Nie zapomnę mu tego.

Już nie wiem co było bardziej okropne, czy leżące na stołach sekcyjnych zwłoki topielców , często zdeformowane wielomiesięcznym przebywaniem w wodzie, zanim je wydobyto czy wisielców , których zawsze było kilku po nocy wietrznej czy wreszcie wielkie muchy,  które unosiły się nad całością.  Nie wiem, jak się dostały do tych pomieszczeń , przecież były siatki w oknach.

Wrażenia z sal sekcyjnych medycyny sądowej były znacznie silniejsze  niż te w anatomicum. Ale tamte, w czasie pierwszego roku studiów były naszym pierwszym zetknięciem się z medycyną, teraz byliśmy już zahartowani. I odruchowo nie zwracaliśmy uwagi na niemiły widok czy zapach ale koncentrowaliśmy się  na istocie sprawy. A celem sekcji sądowych było ustalenie przyczyny zgonu. I to było naszym zadaniem wiodącym, które próbowaliśmy wykonać prowadzeni przez asystenta- lekarza medycyny sądowej.

Nie zapomnę , gdy po otwarciu czaszki denata , lekarz ten  polecił nam byśmy zbliżyli nos do jej wnętrza i powąchali . To samo mieliśmy uczynić gdy otworzyliśmy jamę brzuszną. Z tych przestrzeni unosił się dziwny zapach. Powiedziano nam, że to jest zapach narkomana.

 

 

Na medycznej ścieżce. Pierwsi znajomi w warszawskiej Akademii Medycznej.

 

Mój pierwszy Sylwester w Warszawie. Jesteśmy w Krokodylu. Od lewej fragment Jolki, Anka Brczak, Maciek W. i my

 

 

 

W 1968 roku rozpoczęłam nowy rozdział życia- małżeństwo i przeniesienie z Poznania do warszawskiej Akademii Medycznej. Właśnie rozpoczął się IV rok studiów , gdy już na pierwszym wykładzie przysiadły się do mnie dwie  koleżanki. Była to skromnie i gładko uczesana Jolka Chmielewska( potem Wanatowicz a potem Zdanowicz) i Baśka Lubaszewska. Wypatrzyły mnie w tłumie ludzi z roku i przygnały by się dowiedzieć, skąd przybyłam i w ogóle kim jestem.

Może wypatrzyły mnie dlatego, bo miałam bardzo ładną sukienkę.

O sukience muszę teraz napisać, bo była tego warta. Proszę wybaczyć tę dygresję.

A było to tak. Gdy wyszłam za mąż, Mama uznała, że powinnam posiadać jeszcze jakieś ciuchy poza ciemnozieloną koszulą frotte. Jak już pisałam wcześniej zupełnie nie dbałam o stroje. I teraz Mama postanowiła trochę mnie odziać.  Mieliśmy wówczas znajomą, panią Gorską, która prowadziła sklep z dewocjonaliami  w Gorzowie przy ul. Hawelańskiej.   Mama uczyła jej synów, którzy chyba teraz są stomatologami w Gorzowie. Ta pani miała rodzinę w Szwecji i często tam wyjeżdżała. Kiedyś Mama poprosiła panią Gorską o przywiezienie stamtąd jakiegoś materiału i ew gotowego ciuszka.  Wówczas to otrzymałam dwie garsonki, które uszyła krawcowa gorzowska pani Szczepańska oraz sukienkę ze świetlistoszarej  wełnianej dzianiny . Była prosta, a w poprzek w okolicy biustu  miała stonowany , ale barwny szeroki  wzór, nazywany kiedyś norweskim. Ta sukienka była naprawdę bardzo ładna i nic dziwnego, że przyciągała moje koleżanki.

Znajomość a w pewnych okresach nawet przyjaźń z Jolką przetrwała do tej pory. Mirek bardzo polubił Jolkę a nawet jej ówczesnego narzeczonego Maćka W.    

Potem  dołączyła do nas para z naszego roku-  Anka Brczak i Igor Polański.  Anka miała urodę Japoneczki i cerę jak najwyższej klasy porcelana. Igor był niski, rudowłosy z brodą rudą także i wydawał się przybyszem z innych stron. Byli pięknie zakochani , pobrali się po studiach i przetrwali w tym związku do tej pory. Zostali ginekologami, mają dwóch synów. Kontaktu z nimi nie mam i nie poszukuję. Byli epizodyczną znajomością na mojej drodze.

Jednak w roku 1968, 1969 w tym towarzystwie spędzaliśmy z Mirkiem sporo fajnych chwil.

Na załączonym zdjęciu od strony lewej niewielki fragment Jolki, Anka, Maciek i my.

Jest to nasz pierwszy sylwester w tym gronie, a mój pierwszy w Warszawie. Urzędujemy w piwnicy Krokodyla, lokalu na Rynku Starego Miasta . 

Młodość i uroda aż bije z tego zdjęcia.

Oczywiście oceniam nas z perspektywy minionych ponad 40 latJ.

Przecież wtedy tak się nie myślało o sobie, wszystko było fajne ale przyjmowaliśmy naszą młodość w sposób naturalny,  nie zastanawiając się nad  tym jedynym, niepowtarzalnym okresem w życiu…..dopiero teraz przyszła świadomość, że  już wszystko” przeminęło z wiatrem”…

 

Na medycznej ścieżce. Drugi rok studiów.

Po bujnym, trochę szalonym i przeżytym jakby na granicy snu i jawy pierwszym roku studiów, przyszła normalność. Byliśmy już na drugim roku medycznej edukacji. Czuliśmy rytm studiowania, systematycznej nauki i powoli uzyskiwaliśmy pewność, że damy radę. Spotkaliśmy się w mniejszym gronie, bo jedna koleżanka nie zdała egzaminów i nie mogąc powtarzać roku, musiała odejść. Kilku kolegów zrezygnowało ze studiów na Akademii Medycznej , mimo zdanych egzaminów, bo nie wytrzymali psychicznie. I dobrze, że zorientowali się w miarę wcześnie i pewnie nie żałowali decyzji.

Tak jak na pierwszym roku, dwa razy w tygodniu o 6 rano wychodziłam na  pływalnię , co pozwalało na zachowanie równowagi fizycznej i wyrównanie emocji. Poza tym grałam w koszykówkę, którą uwielbiałam  od czasów licealnych. Nawet należałam do zespołu reprezentacyjnego  uczelni. Z Jerzym M. bywaliśmy w Zakładzie Medycyny Sądowej AM, bo jego ojciec był tam szefem i czasami dawał nam różne zadania. Np. uporczywie, przez wiele tygodni ocenialiśmy wygląd kropli krwi, która spadała z różnej wysokości i pod różnym kątem. Niewielką ilość krwi  otrzymywaliśmy z zaprzyjaźnionego laboratorium , w szybkim tempie przynosiliśmy do Zakładu, który znajdował się na parterze Anatomicum i natychmiast przystępowaliśmy do doświadczeń. Następnie wykonywaliśmy doświadczenie , dokonywaliśmy pomiarów , rejestrowaliśmy wszystkie parametry i wykonywaliśmy serie zdjęć. Mam nadzieję , że nasze obserwacje komuś się przydały.

Starsza od  Moniki siostra, Basia właśnie rozpoczęła zajęcia na psychiatrii. Któregoś dnia zaproponowała, że nas przemyci na salę wykładową.  Na każdym roku było ponad 100 osób, więc możliwa była anonimowość. Onieśmielone  wysłuchałyśmy wielu wykładów i od tej pory zakochałyśmy się w psychiatrii. U mnie ten zachwyt przetrwał przez wiele lat, właściwie do końca studiów.

Moja  znajomość z Jerzym była spokojna, pozbawiona seksualności , przynajmniej dla mnie. Zajęcia drugiego  roku studiów nie były  szczególnie emocjonujące,  niewiele zapamiętałam z edukacji w tym  okresie . Egzaminy zdałam poprawnie.

Potem odbyłam miesięczną praktykę w laboratorium poznańskim, zgodnie ze skierowaniem z uczelni. Do naszych obowiązków należało mycie  szkła laboratoryjnego,  tzw pipetowanie surowicy i  wykonywanie pod nadzorem różnych badań, najczęściej moczu. Pipetowanie oznaczało wtedy pobieranie surowicy znad skrzepłej krwi. Odbywało się to przy użyciu szklanej rurki, którą należało napełnić do określonego poziomu i przenieść w ten sposób materiał do probówek, gdzie odbywały się dalsze badania. Nie było pipet automatycznych, ani nawet zaopatrzonych w gumową pompkę. Więc tradycyjną metodą, wkładałyśmy końcówkę rurki do ust, wsysałyśmy płyn do zaznaczonego poziomu w rurce, zatykałyśmy palcem końcówkę, którą przedtem trzymałyśmy w ustach i nad probówką odsuwałyśmy  palec, a wtedy zawartość wypływała pod ciśnieniem powietrza. Przy niedokładnym lub zbyt energicznym wsysaniu, można było poczuć surowicę w ustach. Zdarzyło mi się to parokrotnie, ale , podobnie jaki większość kolegów ,zupełnie nie myślałam o możliwości zakażenia jakimiś wirusami obecnymi w tej surowicy. Wtedy nie wykonywano żadnych badań w tym kierunku, , a o wielu wirusach nikt nie miał pojęcia.

Po praktyce spędziłam piękne  dwa tygodnie  w Jedlinie Zdroju, na zaproszenie ulubionej mojej przybranej Cioci, przyjaciółki Mamy z lat wileńskich, Heleny Konopielko , która przebywała tam na leczeniu sanatoryjnym ….

 

 

Na med. ścieżce. Lekarstwo na stress…

 

 

I jeszcze wspomnienie o czasach z Moniką.  Obie miałyśmy rozwichrzoną fantazję  i  stanowiłyśmy piękny radosny duet . Niewiele dziewczyn z pierwszego roku medycyny potrafiło się wyzwolić spod jarzma stałego zakuwania. A my dość  często wyrywałyśmy się w świat , m.in.  chodziłyśmy do klubów studenckich.

Po zajęciach z anatomii, a więc już ciemnym wieczorem wsiadałyśmy do tramwaju, który nas unosił na piękne wzgórza , gdzie rozłożyło się osiedle studenckie. Był to  prawdziwy kampus. To magiczne miejsce nosiło nazwę niezwykłą i dwuznaczną- Winogrady. Wchodziłyśmy do dość obskurnego klubu, który zachęcał znamienną nazwą „ Nurt”. I  poddając się nurtowi studentów, wpływałyśmy do tętniącego muzyką wnętrza, obładowane  ciężkim tomem  Bochenka oraz wielkim atlasem anatomii . Czasami bywałyśmy w klubie  „Od Nowa” na Rynku Starego Miasta, gdzie już czasami występowała Kryśka Prońko- moja gorzowska szkolna koleżanka.

Podręczniki do anatomii nazywane przez nas pieszczotliwie   „Bochenki „ ., zalegały gdzieś na parapecie a my wpadałyśmy w wir zabawy.  ….

Na tle koleżanek z Uniwersytetu wypadałyśmy nieatrakcyjnie i blado.

One miały długie czerwone paznokcie. My krótko obcięte, gdyż asystent z anatomii tak zalecał.

Mówił , czy chcecie by ktoś , kto was całuje po rękach wyjadał resztki trupa spod paznokci. Raczej było to niemożliwe, ale kto to wie, wszak  wykonywałyśmy sekcje nie używając rękawic.

I mimo , że nikt nas  po rękach nie całował, na wszelki wypadek obcinałyśmy paznokcie do granicy opuszków palców…

Potem gorączkowo łapałyśmy piękne chwile, bo byłyśmy bardzo  młode, spragnione  poznawania życia  ale już doświadczone dotykiem ciał nieżywych ….i  te kluby, tańce , muzyka były dla nas jakby antidotum na traumę związaną z  zajęciami  anatomii czy  biologii ….

Wtedy jeszcze  był zwyczaj tańca w parach  .

Więc kołysałyśmy się przy cudnej muzyce .

Zapamiętałam tylko Niemena „ Pod papugami” albo „ Bo czas jak rzeka „ ….

A kiedyś  się dowiedziałam, że mam oczy jak dwa jeziora…..