Na medycznej ścieżce. Zgłaszam się do Szpitala im. Dzieci Warszawy.

Nie znałam niezwykłej historii szpitala im. Dzieci Warszawy , do którego teraz podążałam .

W ogóle niczego o nim nie wiedziałam, poza informacją pediatrów, którzy pracowali ze mną w przychodni, że szpital jest dobry i co najważniejsze- pracują w nim świetni, sympatyczni lekarze.

Jadąc tramwajem z Żoliborza do Dworca Centralnego, a trwało to około 25 minut, rozmyślałam i  jeszcze raz sobie wszystko układałam w głowie.

Chciałam być pediatrą. Miałam już troje własnych dzieci , więc nie bałam się tej specjalności, uważanej za dość trudną.

A tak w ogóle to lubiłam dzieci.

Jak już pisałam, złożyłam nawet podanie do kierownictwa ZOZu bielańskiego, by umożliwili mi rozpoczęcie pracy w przychodni dziecięcej a ja w ramach własnego czasu na tzw wolontariacie będę odbywała staże kliniczne, by złożyć egzamin i zdobyć upragnioną specjalizację. Odpisano mi jednak, że wobec braku chętnych do pracy w przychodni , nie widzą możliwości zabierania mnie internistom.

Nie pogodziłam się z tym faktem.

 Postanowiłam rozpocząć poszukiwania na własną rękę.

Jak już kiedyś pisałam, byłam pierwszym lekarzem w naszej rodzinie.

Nie mogłam więc korzystać z pomocy czy porad bliskich.

Sama więc, przecierałam swoją ścieżkę zawodową .

Oczywiście nie mogę wykluczyć udziału przy owym modelowaniu osób trzecich, jak spotkanych na drodze starszych kolegów czy wreszcie zwykłemu zbiegowi przypadków.

Zaprenumerowałam więc tygodnik” Służba zdrowia”. Bo wiedziałam, że tam są ogłoszenia o konkursach na etaty lekarskie.

Wczytywałam się więc systematycznie i wreszcie któregoś dnia ujrzałam ogłoszenie, że jest konkurs na stanowisko młodszego asystenta ( tzn człowieka bez specjalizacji) w Szpitalu im. Dzieci Warszawy przy ul. Siennej.

Nie zdawałam sobie sprawy, że takie ogłoszenie jest tylko wymogiem formalnym, a faktycznie to kandydaci są dobierani na zasadach znajomości lub z polecenia osób wyżej postawionych w hierarchii .

I w swojej naiwności , może szczęśliwej naiwności wybrałam się do tego szpitala. Przedtem oczywiście zadzwoniłam i umówiłam się na określoną godzinę.

Szpital znajdował się w pobliżu Dworca Centralnego, czyli w samym sercu Warszawy. Jednak był ukryty w koronach starych drzew i niewielkim ogrodzie.

Miejsce wydało mi się magiczne. Budynek był piękny i klimatyczny.

Był niewysoki, miał ciekawe zaokrąglenia ścian i niesamowitą klatkę schodową biegnącą wewnątrz  przeszkolonego wykuszu.

Tyle zapamiętałam z tej pierwszej wizyty w tym szpitalu.

Bo wówczas skupiałam się na czekającej mnie rozmowie.

Przejęta i chyba wewnętrznie spięta weszłam do sekretariatu i zameldowałam się miłej pani.

Usiadłam cichutko jak myszka i czekałam.

I nagle otworzyły się drzwi gabinetu dyrektora , z wielkim rozmachem i wyszła do mnie duża, miękka uśmiechnięta od ucha do ucha kobieta z barankiem na głowie. Tak określano w tamtych czasach włosy na których wykonano zabieg ondulacji. Potem się dowiedziałam, że włosy tej Pani są takie z natury. Pani przywitała się ze mną serdecznie, kordialnie i wszystkie lody, które pętały moje serce pękły.

Rozluźniłam się i z uśmiechem odpowiadałam na pytania.

 Była to zastępczyni dyrektora, dr Zofia Truchanowicz.

Atmosfera rozmowy była się miła.

Pani doktor Zofia Truchanowicz, wice dyrektor szpitala jak się dowiedziałam, wypytała mnie o moją dotychczasową pracę i motywację chęci pracy w pediatrii.

Użyłam argumentu , który był mi najbliższy.

Oznajmiłam, że mam już troje dzieci, raczej sama je leczę, umiem pielęgnować i w ogóle lubię dzieci.

Pomimo miłego nastroju tej rozmowy, jednak dr Truchanowicz  wyznała, że mają już kandydatkę na to wolne miejsce, znaną im już wcześniej.

Jest to Marysia Gajda. Przed studiami medycznymi ukończyła liceum techników laboratoryjnych i pracowała  pracowała w tym szpitalu . Dopiero  potem dostała się na studia medyczne , które właśnie ukończyła. Ponieważ wcześniej obiecano jej etat w tym szpitalu  miała prawo pierwszeństwa.

Niestety  ogłoszenie w prasie o konkursie okazało się  czystą formalnością.

Po prostu taki był wymóg, by o wolnym etacie podawać informację do czasopisma medycznego, czyli ogłosić konkurs. W ten sposób poznałam mechanizmy , które rządzą światem. Konkurs konkursem, a decyzja kogo zatrudnić i tak należy do odpowiednich władz. Przełknęłam tę informację i pomyślałam sobie- trudno, takie jest życie.

Ale po chwili dr Truchanowicz wspomniała , że niedawno powstało Centrum Zdrowia Dziecka i właśnie zatrudniają  lekarzy do nowoutworzonych klinik . Tajemnicą poliszynela było to,  że kilka osób z tego szpitala stara się tam o etat.

Widocznie przypadłam do gustu i serca tej dużej ciepłej lekarce, gdyż poradziła, bym złożyła podanie o przyjęcie do pracy i zostawiła je w sekretariacie.

W przypadku wolnych miejsc, będę uwzględniana przy kolejnym przyjęciu .

Tak zrobiłam i wróciłam bez nadziei do domu.

 

Opowiedziałam rodzicom i mężowi, że widocznie takie było przeznaczenie losu i spokojnie wróciłam do mojej przychodni na Wrzecionie.

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty (9)

 

Droga przez Kotlinę Żywiecką. W dali Beskid Mały i Żywiecki.

 

 

Ale brat Stefy widać, jakoś po swojemu kochał swoją starszą siostrę, więc w końcu się rozchmurzył i pozornie pogodził z sytuacją.

 Starałem się być miły i przyjazny.

Wkrótce para pięknych koni , która niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę, ruszyła z kopyta i uniosła naszą bryczkę w poprzek Kotliny Żywieckiej.

Jechaliśmy wśród pól, przekraczając liczne strumyki.

Kopyta stukały po ich kamienistym dnie i rozpryskiwały lodowatą wodę.

Czułem zimny i porywisty wiatr na twarzy.

A dookoła wznosiły się góry. Teraz rozkładały się leniwie wokół szerokiej przestrzeni, i z dalekiej perspektywy wydawały się jakby mniej groźne.

Urodziłem się w krainie falistej, wśród wzgórz łagodnych, przyjaznych i miękkich.

Tutaj wszystko wydawało się surowe i dzikie.

 

Opowieści mojej Mamy. Droga do nowej szkoły.

Droga z domu do szkoły wydaje się długa, mimo, że obiektywnie jest to zaledwie około 20 km. Najpierw musi dotrzeć na dworzec kolejowy w Łodygowicach, dużej wsi na obrzeżach Kotliny Żywieckiej, u podnóża Beskidu Małego, oddalonej od Godziszki o 3 km.  Początkowo ojciec dowozi ją na stację wozem, ale jest to dla niego uciążliwe i wkrótce,  gdy już nastaje wiosna, dziewczynka sama brnie do stacji kolejowej. Zawsze niesie swoje dwie kanki z mlekiem.

Jak to możliwe, że tak mała dziewczynka sobie radzi.

Ale to nie są obecne czasy, gdzie dzieci wychowywane są pod kloszem.

Stefka jest dzielna, przecież całkiem niedawno była ze swoją przyrodnią siostrą Kaśką na pielgrzymce do Kalwarii Zebrzydowskiej….