Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 7 ). Kociewskie korzenie – mocna opowieść o Dziadku.

Rodzinka Leszka Milanowskiego – zdjęcie z Facebooka . Pewnie Wszyscy zainteresowani tym co napisał Leszek nt korzeni  – a może wiedzą, bo Leszek lubi opowiadać … 

Wszystko zaczęło się od tego, że będąc w Jastarni, zwiedzałam nigdy nie wykorzystane w czasie II wojny światowej bunkry , z których jeden znajduje się dosłownie na plaży. Wówczas napisałam do Grupy na messengerze – że dowódcą polskiej Obrony Wybrzeża był Józef Unrug i to on, broniąc Helu tak długo jak tylko się dało – po upadku Warszawy – zdecydował się na kapitulację ..

Leszek natychmiast  podjął temat : A propos Unruga. W I Wojnie Światowej  był niemieckim dowódcą okrętu. Gdy powstała Polska organizował jej flotę i był dowódcą. Po II wojnie światowej, gdy dostał się do niewoli hitlerowcy chcieli by wrócił do nich. W obozie jenieckim zawsze żądał tłumacza, bo mówił że niemieckiego zapomniał. !!!

Ojciec jako Kociewiak mi o Nim opowiadał, bo w Unrugu płynęła kaszubską krew o ile mnie pamięć nie myli (  ojciec Józefa Unruga z rodziną przeniósł się z Brandenburgii do Żnina  i tam odkrył polskie korzenie– wg Wikipedii – przyp. Z. K. ). Jest wspaniały odcinek o Unrugu w „Historii bez Cenzury”.

Gdy zauważyłam Leszkowe :„ Tata był Kociewiakiem –  po od razu spragniona opowieści o Jego Rodzicach – ale też zaintrygowana tym , że Leszek napisał – Kociewiakiem , a nie Kaszubem  ( bijąc się w piersi muszę wspomnieć, że do tej pory sądziłam, iż to ten sam naród ) rzuciłam:

LESZKU wspomniałeś że Twój Tata z Kociewia – może coś opowiesz …

Leszek odpowiedział krótko ( tak bywa – odpowiada monosylabami, albo w ogóle się nie odzywa – wtedy wiemy, że jest bardzo zajęty operacjami plastycznymi piersi u kobiet po mastektomii ,  przywracając kobiecość niestety tylko Angielkom – a nie Polkom – ale to inna historia, o której wspominam niejako przy okazji – jeśli Ktoś nie czytał poprzednich kartek z Pamiętnika Leszka.) 

Dokładnie – Tata pochodził ze Starej Kiszewy. Pogranicze Kaszub i Kociewia.

Kociewiacy zaliczyli się do Kaszubów i Polaków bardziej równolegle –  gdy z Kociewiacy  używali podobnej mowy co Kaszubi lecz „bliższej” polskiego.

Czuli się Polakami bardziej niż dumni „samostojni” Kaszubi.

 A więc natychmiast studiuję to co w necie nt.   –  wrzucam tu tylko nikłe fragmenty – które dla mnie, nie historyka przecie – mają wartość bardziej emocjonalną.

Rozmyślam przy okazji  skąd się wziął  Ród Milanowskich  ? czy z ludów kultury wschodniopomorskiej – sprzed 1500 lat przed nową erą – których ślady odkryto w czasie prac archeologicznych na prastarym cmentarzu z grobami skrzynkowymi – nieopodal Zamku  Kiszewskiego  🙂 czy z rodów tak licznych tu panujących , bo chyba nie z Krzyżaków , którzy tu rezydowali w XIV wieku – boć to zakonnicy, jak pomnę . Choć w przypadku Leszka to chyba nie byłaby przeszkoda do spełniania obserwacji prof. Vetulaniego  :), a może po części Szwedem – bo też tu buszowali swojego czasu ???

*A – Kociewie –  to odrębny od Kaszub  region etnograficzno – kulturowy na Pomorzu Gdańskim, położony na lewym brzegu Wisły w dorzeczu Wdy i Wieprzycy, obejmujący wschodnią część Borów Tucholskich ….

* Wspomniana wieś –  Stara Kiszewa ( ponoć jej nazwa pochodzi od imienia męskiego Kiss  🙂 ), obecnie należy do  województwa pomorskiego ; jest  położona nad rzeką Wierzycą; po raz pierwszy wzmiankowana w dokumencie z 1281 roku, sygnowanym przez księcia pomorskiego Mściwoja II.

…. W 1296 roku Władysław Łokietek w oddał wieś we władanie Mikołajowi Jankowicowi , którego potomek w XIV wieku odstąpił ją w dożywotnią rentę Krzyżakom. Zbudowali oni w odległości 1,5 km od Starej Kiszewy, w zakolu rzeki Wierzycy, na dwóch niewysokich płaszczyznach pośród podmokłych łąk –  murowany zamek o charakterze obronnym oraz przedzamcze… Już nie będę zanudzała ciągiem dalszym historii , bo długa i ciekawa…. 

Może Leszek coś nam jeszcze opowie o wydarzeniach  które miały tam miejsce ?

Jeśli nie, to poczytamy https://pl.wikipedia.org/wiki/Stara_Kiszewa a może wybierzemy się do miejscowości, gdzie urodził się dr Milanowski Senior ? – jest tam co zwiedzać ….

Stare Kiszewo – herb, Zamek, Kościół św. Marcina z XIX wieku – zdjęcia z Wikipedii

 I tak odwijając ze spokojem te historyczne nitki docieramy wreszcie do sedna. Specjalnie „ zagaduję” to co ma być Leszkowe – mocne bardzo – by podać na końcu. Jego krótka opowieść – to dla mnie bomba  🙂

Zaraz się dowiemy , skąd w naturze Leszka taka waleczność, wielki patriotyzm ,  troska o kraj oraz krytyka stanu rzeczy i bezkompromisowość ……już płonę z niecierpliwości, byście i Wy poznali …..

 Więc wreszcie oddaję   Mu głos :

Opowiem ciekawą historię o moim pradziadku. Był wysokim potężnym mężczyzną i polskim patriotą. Pod koniec XIX wieku za HAKATY (siedziba była w Poznaniu w naszej obecnej AM) na 3 Maja chodził z biało-czerwona flaga i śpiewał ” Jeszcze Polska…” za co był sądzony i skazywany.

Na Mszy Św. niemiecki ksiądz w czasie kazania krzyczał i obrażał to. Stojąc pod ambona, ten wysoki mężczyzna wstał i zawołał do księdza „- Milcz sługo, gdy z Twym Panem rozmawiam!”.

Fajna lekcja dla nas, katolików w dzisiejszym doktrynalnym Kościele i dla Wałęsy. Szkoda, że Wałęsa tego nie powiedział, gdy w czasie mszy biskup i „prezydent” prowadzili swoją propagandę.

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 7 ) . Rodzice Taty. Rzecz o przyszłym świętym.

Maria J. Nowakowska. Zdjęcie z FB . Tak sobie Ciebie wyobrażam Mariolko, gdyż nie pomnę z czasów studenckich, a teraz nie widziałam.  Właśnie sobie siedzisz i nagle jak mawiasz ” otwierają Ci się klapki po udarze i dziergasz”  swą nową opowieść ze swojego życia. 

 

I właśnie wpada tu , a właściwie na moją pocztę kolejny mail od Marioli , skopiowany w całości, bez ingerencji w tekst, wzmocnioną czcionką.

 Nie zapisałam sobie w adresach twoich danych a z przepisywaniem idzie mi nie najlepiej to spróbuję w inny sposób…

Antoni Hołoga w stroju Króla Kurkowego. Zdjęcie z rodzinnego albumu Marii J. Nowakowskiej ( wnuczki)

Opiszę drugich dziadków- o dziwo o dziadku Antonim Hołoga ( ojcu mojego Taty ) dowiedziałam się niedawno przez mojego bratanka
mieliśmy tylko 1 zdjęcie dziadka a teraz mamy sporo
dziadek miał fabrykę? zakład? Wódek

zmarł nagle młodo – została babcia – Zofia  z 3 dzieci. Postanowiła wrócić do swoich rodziców. Wszystko co się zmieściło –  spakowała do auta, a resztę zostawiła . Jakieś płyny wylane zostały w ogrodzie – zabrała tylko 1 butelkę, którą potem w Gnieźnie sprzedała i zdumiała się że mogła za to żyć przez miesiąc … 🙂
Była wykształconą osobą -skończyła studium nauczycielskie i zawsze mnie chciała nauczyć niemieckiego mówiąc że język wroga i przyjaciela należy znać –  ja pytałam który wróg a który przyjaciel

no a brat dziadka był lekarzem w Nowym Tomyślu – za ratowanie ludzi w czasie wojny  został beatyfikowany a w Nowym Tomyślu jest szkoła, ulica jego imienia i są zjazdy  rodzinne co parę lat na Kaziuki –  jego imieniny ….

 Od zawsze frapują mnie życiorysy ludzi, których kościół uważa za świętych – co w nich jest takiego, że mają nam pokazywać drogę do Pana …

Dlatego  słów parę o jednym z nich – o Kazimierzu. Hołodze, jakże bliższym , jakby trochę znajomym bo z rodziny naszej koleżanki ze studiów, Marioli, autorki tego pamiętnika i świadka doznań stanu głębokiej nieprzytomności z powodu udaru mózgu o których było w pierwszej części pamiętnika …

 Kazimierz Hołoga , urodzony w 1913 w Poznaniu, syn kupca Wincentego Hołogi i Marii Hołogi z Białkowskich. Był jednym z pięciorga rodzeństwa. Z przyczyn ekonomicznych rodzina przeniosła się z Poznania do Leszna, a potem Gniezna. W 1935 roku rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego. Podczas II wojny światowej służył w kolumnach sanitarnych. W czasie okupacji przebywał w Warszawie. W 1941 roku zatrzymany w ulicznej łapance, trafił na Pawiak. Został cudem uratowany krótko przed wywiezieniem do KL Auschwitz.  Po wojnie pracował w Krakowie i Poznaniu. W 1951 roku karnie przeniesiony przez komunistów do Nowego Tomyśla, gdzie objął stanowisko dyrektora szpitala.

Charakteryzował się społeczną postawą- świadcząc ponadobowiązkową pomoc, bezpłatnie leczył biednych i ofiarnie walczył o życie w przypadkach beznadziejnych, także niektórzy pacjenci nazywali do „ cudotwórcą”. Chorych traktował zawsze równo, nie czyniąc różnic i nie zwracając uwagi na pochodzenie, narodowość, przynależność i poglądy polityczne. W marcu 1955 roku przyjął do szpitala Jana Intka, funkcjonariusza milicji ( przedstawiciela władzy komunistycznej- przyp. Z.K. ) postrzelonego w brzuch (przestrzelone żołądek, wątroba i jelita). Działo się to w czasie, gdy miał właśnie wyjechać do Anglii na spotkanie z profesorem Juraszem w sprawie doktoratu, posiadał już nawet paszport. Ciężko ranny potrzebujący leczenia i pielęgnacji postawił doktora Hołogę przed życiowym dylematem: co wybrać – własną karierę czy też służbę potrzebującemu? Doktor pozostał przy łóżku chorego, chcąc go leczyć za wszelką cenę. Przez kilka dni właściwie nie odchodził od łóżka pacjenta. Osiągnął sukces. Beznadziejnie chory wrócił do sił i swej rodziny. Doktor już jednak nie mógł zrealizować swoich naukowych planów.

Nie zgadzał się na aborcję. Kobiety zdecydowane na aborcję swoich dzieci odwodził od tej decyzji wszelkimi środkami, proponując nawet pieniądze i pomoc
W czasach ateistycznej propagandy nie wstydził się swojej wiary: regularnie praktykował, uczestniczył w Eucharystii, modlił się także w pracy, szczególnie przed figurą Matki Bożej, przed poważniejszymi zabiegami odmawiał „Pod Twoją obronę”, nawiedzał szpitalną kaplicę. Gdy władze usiłowały zdjąć krzyże wiszące w szpitalu, sprzeciwił się stanowczo, grożąc nawet odejściem z pracy. Dziękującym mu za pomoc pacjentom odpowiadał, by dziękowali Bogu.

Postawa doktora budziła powszechny szacunek. Stał się on prędko w Nowym Tomyślu i okolicach autorytetem.

W czasie II wojny światowej ożenił się  z Marią z Rochalskich , ma syna Jana.
Zmarł w 1958 roku, wpatrując się w trzymany w rękach krzyż.

 opracowano  na podstawie Wikipedii  i http://www.nspjnt.archpoznan.pl i skopiowano niektóre zdania z /index.php/czytelnia/49-sluga-bozy-dr-kazimierz-hologa/38-zyciorys-slugi-bozego-kazimierza-antoniego-hologi

  ” W wielkopolskim miasteczku Nowy Tomyśl 15 września 1958 r. odbył się pogrzeb śp. dra Kazimierza Hołogi, dyrektora miejscowego Szpitala Powiatowego.
Donosząc o tym tygodnik „Przekrój”, w nr 718 z 11 I 1959, w notatce pt. „Dziękczynny kondukt” napisał: „Zmarł w Nowym Tomyślu niezwykle uczynny i ofiarny w niesieniu często bezinteresownej pomocy chirurg dr Hołoga. Uznanie dla jego społecznej postawy i wysokiej kwalifikacji zawodowej zgromadziło u trumny liczne delegacje i parotysięczny tłum. W kondukcie obok biskupa kroczyli przedstawiciele straży pożarnej, obok delegacji komitetu powiatowego PZPR delegacje młodzieży, za przedstawicielami komendy MO, siostry.” —

Kazimierz Hołoga odcisnął się w historii naszego miasta z dużą mocą.  W Nowym Tomyślu istnieje ulica Hołogi, Szpital został nazwany jego imieniem ,  można również można zapoznać się z dwoma znakomitymi opracowaniami na temat życia Kazimierza Hołogi oraz historii samej szkoły. Natomiast w holu szkoły znajduje się stała wystawa pamiątek po doktorze Hołodze. Szkoła otrzymała to imię 13 marca 2006 .

 20 lipca 2016 Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych wyraziła zgodę na rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego Hołogi … ”

Tekst ujęty w  cudzysłów skopiowano ze strony :

http://oledry.pl/lekarz-kazimierz-hologa-1913-1958/

 

Kazimierz Hołoga

Kazimierz Lisicki i Kazimierz Hołoga

Po lewej stronie zdjęcia – Kazimierz Hołoga

Kazimierz Hołoga z żoną Marią i synem Janem, 1951 rok

Wszystkie zdjęcia Kazimierza Hołogi czerpane z ww. stron internetowych.

Może Mariola podrzuci nam kiedyś zdjęcia rodzinne z tym Zwyczajnym i Niezwykłym Człowiekiem, bratem swojego Dziadka . Choć te przedstawione tak dużo mówią …

 

 

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 6 ). Dziadek, dramat Wielkopolan i lekcje historii.

Maria J. Nowakowska. Koniec lat 60 ubiegłego wieku.   Mój ulubiony , własnoręcznie sporządzony kadr  ze zdjęcia w Jej Rodzinnym albumie.  Cała Mariolka, Marialente jak ponoć nazywa Ją Jurek – choć na tym zdjęciu nie ” lente”    🙂

List od Marioli – wspomnienia , które się odsłoniły po ” powrocie ” do Gniezna w poprzednim rozdziale Pamiętnika : 

 I jeszcze  wiadomości z naszych okolic: słucham radia Poznań a w nim zawsze o północy grają Rotę – to wynik starych i stałych  poznańskich priorytetów – DZIECI WRZESIŃSKIE , ROTA , itp.

Dla nas zawsze w opowieściach dziadków i rodziców Niemiec był WRÓG – dużo pracy nad sobą wymagała zmiana u mnie tego myślenia ….

Kolejny mail :

jak wiadomo po 1 wojnie światowej  poznańskie nie zostało włączone do Polski za sprawą negocjacji Piłsudskiego
dlatego wybuchło Powstanie Wielkopolskie w którym duża część mojej rodziny m.in dziadek Jan brali udział a wielu w nim poległo …
Nic więc dziwnego że Piłsudzki w Wielkopolsce nie miał dobrych notowań ( ja też nic dobrego o nim od dziadków nie słyszałam). Nie zapomnieli tego Naczelnikowi  nigdy …


Potęgował to fakt, że po jego śmierci, w Buku rodzeństwo dziadka wyszło na ulice ( była to wielka demonstracja) nieśli trumnę i wołali : …  he he he … kurwiarz zdechł

( nawiązanie do jego znanych licznych romansów – podobno zmarł na kiłę)


za to skończyli w więzieniu …

Rodzice Mamy Mariolki – Jan  Szajek i Wiktoria Szajek de domo Karpińska. Zdjęcie z albumu Marii J. Nowakowskiej

dziadek, Ojciec Mamy – Jan Szajek z Buku był wielkim patriotą
miał 2 tomy Historii Polski – oprawione w czerwoną skórę z dużym białym orłem  i w wolnych chwilach czytał nam …
nie wiem czy to odniosło oczekiwany przez niego skutek czy była to wina nauczyciela ( zabierał nas na wykopki na swoje pole  i dawał ocenę w zależności od tego kto ile zebrał ) – ale historia była najmniej lubianym przedmiotem w szkole ….

teraz przypomniał mi się ten pan od historii – chyba były pracownik UB
znęcał się nad uczniami np. ostro zakończonym ołówkiem dźgał pod paznokcie, stawiał ucznia przed pierwszą ławką przykładał kij pod brodę i odginał dziecko w tył …

tato, który był przewodniczącym komitetu rodzicielskiego interweniował wielokrotnie a na te wykopki nie pozwolił mi jechać – powiedział : masz mieć ocenę za wiedzę a nie za roboty
gdy pan Bomba ( o dziwo pamiętam jego nazwisko ! ) zapytał mnie, dlaczego nie byłam – to mu powiedziałam …
byłam tak gnębiona że groziła mi 2 na koniec roku
tato zażądał egzaminu komisyjnego  i przed komisją zdałam na 5
potem sprawa nabrała tempa i pan został zwolniony ze szkoły  ( podobno ze szkolnictwa wyleciał)
ale historii nie polubiłam co dziadek miał mi za złe 
🙂

 

Obraz dworku w którym urodziła się Babcia Mariolki – Mamy jej Mamy – Wiktorii Szajek z d. Karpińskiej , żony wspomnianego Jana, namalowany przez Męża Marioli.

                           Jakże przejmująca jest ta krótko opowiedziana  przez Mariolę historia tak bardzo patriotycznej Wielkopolski w aspekcie decyzji Piłsudzkiego, by nie było tu Polski ….  Te  spisane dramatyczne dzieje Jej Rodziny ,  które usłyszała bezpośrednio z ust  uczestników wydarzeń tamtych czasów mają wartość bezcenną …

Dziękuję Ci,  Mariolu za tę relację.  Dzięki Tobie, ta część historii stała się dla mnie żywa ….

Poczytałam też to, co pod linkami. Trochę wiedziałam na temat, ale dopiero  Mariola spowodowała, że wszystko jest dla mnie jakby osobiste…

 http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/727655,jozef-pilsudski-w-wielkopolsce-bohater-czy-zlo-konieczne,id,t.html

http://wyborcza.pl/alehistoria/51,121681,18604408.html?i=0

 

 

Józef Piłsudzki w Poznaniu, 1919 rok. Zdjęcie ze strony https://regionwielkopolska.pl/dzieje-wielkopolski/wazniejsze-wydarzenia/jozef-pilsudski-a-wielkopolska.html

 

List od Jacka. ” Światłomierz”

hp_scanDS_78151339464.jpeg

Jacek z kamerą….

 

List od bratanka, Jacka Łukaszewicza:

 

„Światłomierz

 

Przypomniała mi się taka mała scenka. Po przyjeździe do Australii  chciałem zrobić jakiś kurs fotograficzny podczas wakacji. Poszedłem na egzaminy. Dali nam aparaty oraz światłomierze – to było marzenie ściętej głowy w Polsce. Oświetlili jakąś scenę i musieliśmy zrobić serię fotek uwypuklając jakiś tam fragment. Chłopcy zaczęli rozgryzać tajemnicę światłomierzy, a ja wziąłem aparat i po pięciu minutach wyszedłem.

Po przejrzeniu fotek następnego dnia, wykładowca pyta dlaczego nie używałem światłomierza. 

– nie bardzo potrzebuję

– to skąd znałeś przesłony?

– Dziadek mnie nauczył…

– a jaki światłomierz miał dziadek?

– On nie miał światłomierza…On fotografował tak jak widział

 

No i później zamiast “studiować” w tym koledżu, dostałem wakacyjny pół etat wykładając podstawy fotografii, czyli dosłownie cytując mojego Dziadka i od tego czasu studenci dali mi ksywę Grandjack.

 

Skojarzyłem to, ponieważ dziś miałem wykłady ze studentami. Wyjąłem moje precjoza ze skrzyni i cisza.

– co to jest?

– to są światłomierze…

– my nie potrzebujemy…

I tak skończyły się zajęcia.”

Opowieści mojej Mamy. Dziadek Marianny opowiadał…

Marianna mieszkała od urodzenia w dużej wsi Radziechowy. Tutaj znała wszystkich, miała koleżanki i dość niechętnie pomagała matce w domu i na polu.

W zimowe wieczory cała rodzina przesiadywała w jednej izbie. Matka cerowała odzienie i dziergała na drutach ciepłe swetry .

Marianna szyła sobie nowe spódnice , ale gdy dziadek zaczynał opowiadać, jej robótka  spadała na kolana a dziewczyna nieruchomiała zasłuchana. Uwielbiała te opowieści. Wprawdzie dziadek się powtarzał, ale stale lubiła jego wspomnienia. Wiedziała, że ich wieś jest bardzo stara, najstarsza na ziemi żywieckiej . Już  wtedy miała około 500 lat. Najważniejsze wydarzenie, które miało tutaj miejsce, to było gromadne podążenie dorosłych chłopów- górali na pomoc Jasnej Górze . Szwedzi zalewali kraj i zagrożona była Matka Boska. I udało się, dziadek opowiadał ze szczegółami jak wyglądała obrona klasztoru. Pewnie opowieść przekazał mu jego pradziad, który szedł w pierwszej linii grupy górali żywieckich. Niedługo  potem  Szwedzi w odwecie wymordowali prawie wszystkich mieszkańców.  

Jednak rodzina Marianny ocalała, gdyż mieszkali na skraju wsi, pomiędzy licznymi tutaj wąwozami , pod wielkim lasem i zdążyli ratować się ucieczką w góry. Cudem się uratowali. Gdy po wielu dniach schodzili z gór, okazało się , że tak samo postąpiło jeszcze kilka rodzin. Wrócili do swojej wsi i rozpoczęli ją odbudowywać liżąc rany otrzymane od Szwedów i lecząc choroby, których się nabawili siedząc w ukryciu  zimnych i  mokrych lasów swoich gór.

Dziadek był dumny z tego, że górale tak odpowiedzialnie stanęli murem za swoją ojczyzną i za Matką Boską Częstochowską.

Marianna w ten sposób uczyła się patriotyzmu i wiedziała że jest Polką. Mimo tego, że ojczyzna w jej czasach była zniewolona.

Moja babcia- Marianna urodziła się około 1890 roku , gdyż  jej pierwsze dziecko przyszło na świat gdy miała 17 lat. A był to 14 kwiecień 1907 roku.  Tym dzieckiem była to moja Mama- Stefania ….

Pewnie ja już nigdy nie dotrę ale może któreś z moich dzieci lub wnucząt odnajdzie w  ksiągach parafialnych w Radziechowach ślady chrztu Marianny i jej ślubu  z Michałem Jakubcem. Może tak, a może nie . I pozostanie tylko ta opowieść….

Opowieści mojej Mamy. Przed ślubem z Marianną

 

W ciągu kilku godzin pobytu Michała Jakubca we wsi Radziechowy,  rodzice Marianny zgodzili się oddać mu swoją młodziutką córkę oraz omówiono szczegóły wesela a co najważniejsze zasady finansowe. Przecież to małżeństwo było właściwie kontraktem . Co czuła Marianna, nikogo nie interesowało. To, że bogaty wdowiec był dużo starszy i miał pięć córek nie było ważne. Liczyło się to, że stanowił on dobrą partię dla dziewczyny.

A ona pięknie wystrojona była mu pokazywana jak lalka na odpuście.

Michał wraca do Godziszki, do swojej chałupy pełnej dzieciarni.  Ma trochę czasu na samotne rozmyślania. Musi przebyć ok 20 km, droga jest trudna. Pokonuje  wysokie wzniesienia , ostre zakręty a najgorzej jest , gdy czasami bryczka niebezpiecznie przechyla się na jeden bok. Nie mieści się ona na wąskiej drodze i koła z jednej strony unoszą się  wysoko na strome bardzo wysoko uniesione pobocze  . Tutaj często się zdarzają takie wąskie , głębokie drogi, gdyż zwykle na ich dnie płyną niewielkie strumyki, które w czasie ulewnych dni niebezpiecznie przybierają, pogłębiając koryto drogi.

Gdy konie z trudem utrzymuje równowagę , Michał rozmyśla, wyobrażając sobie dalsze życie. Może jest zadowolony , że wreszcie podjął decyzję i jego życie będzie łatwiejsze. Może ma wątpliwości.  

Ale po swojemu, po chłopsku , po góralsku przecina takie myśli, teraz patrzy w niebo, czy pogoda dopisze, czy będzie mógł wyjść w pole. Sianokosy już blisko.

Pewnie wtedy właśnie zbliżały się  pierwsze sianokosy , bo pierwsze dziecko z tego nowego małżeństwa- moja Matka urodziła się w kwietniu roku 1907.

W rojnej chałupie dzieciska garną się do niego.

Tylko dlaczego najstarsza córka jego i zmarłej żony, Teresa, siedzi w kącie i  ma takie złe oczy.