Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel. ( 10 )

Pan Profesor Witold Ramotowski-nasz Przyjaciel

pora na kontynuację opowieści….

Pan Profesor w swojej ulubionej piwnicznej kuchni- jak lubiliśmy tam przebywać- wszystko zmontował tam sam- boazerię ułożył na ścianie, stół własnej produkcji, płytki na podłodze ułożył. A siedzi , bywało, że my też tam siadywaliśmy na materacu, czy jak to zwać- muszę spytać Profa- który był na Jego jachcie czyli słynnym Trepie- oczywiście też całkowicie wykonanym przez Pana Profa…..zdj własne Z.K.

Po długiej przerwie wracam do tematów ciepłych, radosnych- do wspomnień naszych bujnych czasów spędzanych z Panem Profesorem, figlarnie zwanym przez Mirka Profciem, lub Profem…

Bywało, że Pan Profesor, figlarnie nazywany przez nas Profciem, wieczorową porą spędzaną w Jego domku przed telewizorem albo przy muzyce ( o czym już pisałam ) przynosił nam  pyszne pachnące zapiekanki z warzywami z własnego, z czułością uprawianego ogródka.

Z wielkim zaparciem pielęgnował  grządki , kopiąc, pieląc chwasty i podlewając starannie. Zaprojektował i wykonał system do podlewania ogródka- nie tylko grządek ale też wielu krzewów borówki amerykańskiej, owoców której nie jedliśmy, gdyż  lubiła  Jego Żona. Czasami Mirek w czasie obowiązkowego zwiedzania ogródka , bo Profesor lubił go pokazywać, skubnął jedną jagódkę , zda się niepostrzeżenie,  ale zwykle Profcio czujnie to dostrzegał- i bez słowa   tak patrzył na Mirka, że szybko zabierałam Męża proponując inne zajęcia. …

Przed zmontowaniem systemu do podlewania ogródka wodą z Bugu, ponoć zdrowszą niż ta, czerpana z ujęcia, długo rozważał możliwości a potem zakupił odpowiednią pompę, którą umieścił w wodzie starorzecza Bugu, czyli w tzw. cofce. Znajomy profesjonalny hydraulik wątpił, czy owa pompa da radę przetransportować wodę nie tylko na odległość kilkudziesięciu metrów, ale także kilka metrów w górę, bo działka leżała powyżej lustra wody. Jednak Profcio w swym politechnicznym umyśle wyliczył , upewnił się rozważając teoretycznie ( cóż za Umysł!!!) że pompa da radę i bez chwili wahania podjął działania.

Najpierw długo kopał wąski głęboki rów na trasie przyszłego przebiegu rury, by nikt z wędrujących brzegiem jej nie uszkodził . Trasa wiodła z ogródka , pod ogrodzeniem, poprzez kolczaste tarniny , potem zboczem wzgórza i wreszcie przez wielkie krzewy wierzby rosnące nad wodą. Przebijanie się przez te krzewy to dopiero była gehenna- kolce tarniny to pestka. Tu musiał, już w błocie, karczować wiele korzeni wierzbowych. Wykuwał je siekierą z zapałem i cierpliwością godną Takiego Mistrza!. Oczywiście zaglądaliśmy tam często w trakcie prowadzonych prac, zwłaszcza przy pokonywaniu ostatniego odcinka, sprawdzając, czy wszystko w porządku. By ujrzeć Profesora należało wdzierać się pomiędzy wierzbowe krzaki, elastyczne konary waliły po głowie, nagle wyrzucały nas w powietrze, gdy stanęliśmy na gałąź, a ta odbijała w górę razem z naszą stopą- więc jak wynika z opisu , nie było to łatwe.

Gdy wreszcie do Niego docieraliśmy, z ulgą stwierdzaliśmy, że jest ok. Profesor, umorusany w kaloszach pełnych wody, dalej działał z zapałem i precyzją. Gdy budowa rowu, czyli tej ważnej życiodajnej drogi została ukończona , długi wąż gumowy spoczął na jej dnie, przykryty fragmentami starej dachówki, jej falistą częścią i przysypany ziemią  oraz zamaskowany kępami trawy– tak by nikt nie widział i nie uszkodził- nawet przypadkowo-   przyszła pora na uruchamianie całej instalacji. Aha, zapomniałam wspomnieć o niezbędnych dla działania pompy pracach elektrycznych. Tak więc przedtem Profcio kopiąc też głęboki wąski rowek po skosie całej, niemałej działki, w ściśle zarośniętej darni ( wyczyn !) doprowadził przewód elektryczny do specjalnego słupka nieopodal ogrodzenia, gdzie były ulokowane  gniazdka elektryczne , ładnie zakryte przed deszczem klapkami.  Też był tam fajny włącznik i wyłącznik prądu . Oj, jak lubiliśmy potem- przejęci misją specjalną-  włączać tam prąd i patrzeć, jak woda sika na spragnione roślinki z sitka prysznicowego (chyba) zamontowanego na wysokim paliku–

Gdy całość została wykonana, pozostało jeszcze założenie pompy na koniec instalacji. I znowu Profcio brnął przez wierzbowy gąszcz, gubiąc kalosze- my obserwowaliśmy z daleka, gotowi pomóc w razie czego- ale jak ? Byliśmy obserwatorami, niemymi świadkami całej akcji- bo z wrażenia nikt nic nie mówił, ba, nawet wstrzymywał dech nasłuchując czy coś nagle nie zapluszcze co mogłoby być sygnałem, że Profcio wpadł do głębokiej zaraz od brzegu wody starorzecza. Nic takiego się nie stało. Profcio w pewnym momencie krzyknął, żebyśmy włączyli prąd – więc pognaliśmy a może tylko nasza wnuczka Weronika pognała w górę doliny aż na działkę i wkrótce pompa ruszyła !

Sprawdzaliśmy jak obficie perliście, lśniąc kropelkami w słońcu, tryska na grządki woda-  pachnąca zieloną rzeką, żabami, zaroślami moczącymi się w Bugu- życiodajna ciepła w porównaniu z wodą z naszego miniwodociągu i czuliśmy jak ogródek oddycha z rozkoszą.

Profcio triumfalnie wyłonił się z nadrzecznych krzewów, umorusany szczęśliwy wkrótce stanął obok nas mówiąc z radością – jaka zdrowa jest ta woda dla moich roślin, jak zachłannie ją piją- mówił z radością i nam się ona udzieliła……Nawet zjawili się inni działkowicze, w tym znajomy hydraulik- który tylko kręcił głową- jak to możliwe- że pompa zadziałała wbrew jego logice…Potem ruszyliśmy do Azylu, by uczcić to Wiekopomne Wydarzenie lampką wina, dzieci otrzymały jaką kolorową wodę ….oj, piękny to czas wspólny nadbużański letni wonny świetlisty pamięcią – czas zatrzymany w kadrze naszej pamięci…..

prof9 (2).JPG

widok z ogródka Profa na Bug= wąska wstążeczka w dali, cofkę- bliższy plan i wreszcie bujne krzewy – opisana tarnina jakoś na tym zdjęciu ukryta chyba w bzie – ale jest na pewno, gęsta, bujna, bardzo kolczasta z pięknymi czarnymi jagodami…

 

 

Na medycznej ścieżce. Pani Krysia i konwalie.

Niezapomniana Krysia

 

 W tym oddziale m.in  polubiłam jedną z pielęgniarek – Panią Krysię Kopeć. Była wysoka, bardzo szczupła , łagodna i pomimo tego, że  chorowała na trudne do opanowania nadciśnienie zawsze sumiennie pełniła swoje obowiązki.

W czasie jakiegoś wspólnego dyżuru jak zwykle po obchodzie gawędziło się z pielęgniarkami. To był właściwie rytuał. Na niektórych oddziałach w tamtych czasach namiętnie paliłyśmy okropne papierochy, piłyśmy siekierowate kawy czy herbaty i nocna pora sprzyjała różnym wyznaniom.

Z Krysią tak nie było, życie jej  było tajemnicą, niczego o niej nie wiedziałam, ale odbierałam ją jako bardzo miłą, ciepłą dziewczynę.

Kiedyś opowiadałam o naszej nowej działce nad Bugiem. Rozmawiałyśmy o ogrodzie. I wtedy Krysia zaproponowała, że przyniesie mi kłącza konwalii, które hodowała w swoim ogrodzie. Oczywiście się ucieszyłam. Nic tak nie cieszy, jak podarki roślinne w dodatku własnej hodowli.

Jak rzekła, tak zrobiła. Następnego dnia zjawiła się w pracy z wielkim pudłem, które z trudem  przytachała  na drugie piętro, gdzie mieścił się oddział. Akurat była odpowiednia wczesnojesienna pora sadzenia.  Specjalnie dla mnie wykopała je na swojej działce … Nieomal tego samego dnia wyjeżdżaliśmy nad Bug i natychmiast posadziłam ten dar w miejscu zacienionym przez sąsiedni dom. Od razu tutaj poczuły się dobrze, widać Krysia tak im poleciła. Wiosną cudnie rozkwitły, tworząc zadziwiający wonny śnieżnobiały dywan. Nadal te niewielkie skromne kwiatki cieszą nasze oko i rozsiewają swój nieprawdopodobny  aromat.

Od tego czasu minęło ponad 30 lat, a konwalie pachną jaki kiedyś i przypominają mi Panią Krysię.

Nie wiem jak się czuje i czy w ogóle jeszcze żyje, ale niezależnie gdzie aktualnie przebywa , pozdrawiam ją czule i wspominam…..

Śladami mojego Taty. Dwa ogródkowe urocze ” błędy” mojego Taty.

Pierwszy piękny” błąd” mojego Taty:-)

 

 

 

Także tam, w Gulczewie , popełnił  jeden a właściwie nawet dwa błędy, bo tak oceniła Jego dzieło sąsiadka. Była bardzo zdziwiona i oburzona tym, że tak może postępować i i to dorosły świadomy człowiek.

Otóż Tato odwiedzając piękny park, który został po Sadach Żoliborskich, specjalnie zebrał dla nas  nasiona dmuchawca. Przywiózł je do Gulczewa i dostojnie, uroczyście wysiał je na świeżo założonym trawniku. Gdy wiosną zakwitło pole mleczy, cieszył się jak dziecko, że jest tak pięknie. Indagowany przez sąsiadkę, dlaczego nie tępi tych chwastów, oznajmiał, że nie może ich usunąć, bo celowo je wysiał.

Podobnie było z malwami o tzw. pustych kwiatach. Były cudne, były ogromne, oczywiście puste, o jedwabistych nieomal przezroczystych pastelowych delikatnie  żyłkowanych płatkach . W tym samym czasie sąsiadka wysiała malwy , które zakwitły jaskrawo wielkimi pomponami . W jej pojęciu była to odmiana szlachetna , tzw malwa pełna.

Wkrótce nasza sąsiadka, skądinąd miła , ze zdumieniem i niesmakiem na twarzy stwierdziła, że jej malwy się degenerują bo stają się puste. Po dłuższym namyśle , doszła do wniosku, że winę ponoszą nasze, puste malwy, które zapylają po sąsiedzku jej jedynie najwspanialsze . Radziła, byśmy usunęli te obrzydlistwa z naszego terenu i wysiali takie jakie ona posiada, a właściwie posiadała przed tym zdrożnym aktem degeneracji.

Tato już tego nie skomentował, ale dalej chuchał na swoje puste, najpiękniejsze.

Zresztą o dziwo , nadal mamy malwy w naszym ukochanym Gulczewie , właśnie takie, jakie posiał mój Tato. Odradzają się już od ponad 30 lat.

Gdy na nie patrzę, wspominam mojego Tatę, jego łagodność i radość z piękna wszelakiego i najprostszego….

 

 

 

Drugi ” błąd” mojego Taty(*-*)

 

 

Śladami mojego Taty. Genetyczne aspekty ukochania przyrody.

Tytuł jest pompatyczny i miał być dołączony uśmiech- ale tam się nie zapisał(*-*).

I nadal o moim Tacie opowiadać mi się chce.

Nie wiadomo po kim Tato odziedziczył umiarkowanie w jedzeniu i piciu, natomiast bardzo  wiadomo po kim odziedziczył ukochanie przyrody.

Jego Matka- Staśka kochała kwiaty, ogród i jej ogród był pełen roślin, które zda się rosły jedne na drugich w istnym gąszczu. Jednak gąszcz ten układał się w najpiękniejszą na świecie harmonię barw i zapachów.

Tato także uwielbiał rośliny a ponadto kochał chmury. Ale to temat na osobną opowieść. W Gorzowie mieliśmy działkę pracowniczą na zabudowanych teraz terenach cudnych wzgórz morenowych. Rosły tam wielkie, rozłożyste , jeszcze (*-*)poniemieckie śliwy węgierki , które rodziły najpyszniejsze pod słońcem owoce. Grządki były równiuteńkie, kształtne, a na nich obok niewielkiej altanki ułożył  pole tulipanów o wszystkich możliwych barwach, na innych szczypiorek , koperek, pomidory . Tyle zapamiętałam. O tych śliwkach napisałam mały art. do MM- Gorzów , który pewnie tutaj niebawem wrzucę. 

W Warszawie kwiaty jedynie fotografował, bo ogrodu tam nie mieliśmy, ale już w Gulczewie nad Bugiem dbał o stan naszych grządek , krzewów i drzewek owocowych. Gdy rano wstawałam, Tato już od wczesnego świtu, był na swoim ogrodowym posterunku.Z właściwą sobie pedanterią montował równiutkie paliki przy pomidorach , skrupulatnie wyskubuwał chwasty i w ogóle przez pół dnia Go nie było widać w domu.

Niestety moje działania w ogrodzie przypominały przejście huraganu. Rzucałam się pomiędzy grządki wykorzystując jakieś wolne chwile pomiędzy pracą, nieobecnością dyżurową ,praniem, karmieniem. W efekcie w tamtych latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku mieliśmy dość duże uprawy warzyw i to nawet dorodnych…

aha, zapomniałam dodać, że jeździłam z wózkiem i małąPauliną na okoliczne błonia. W koszu pod wózkiem ustawiałam wiadro z łopatką.

Pewnie nik się nie domyśli po co to było.

Otóż poza pięknem owych łąk nadbużańskich wypatrywałam kup krowich. Gnałam w to miejsce i zbierałam . Dzieciątko zupełnie nie reagowało na smakowity zapach unoszący się spod wózka, najspokojniej spało lub szczebiotało, a ja dumna wracałam na działkę by zdobyczne kupy umieścić w metalowej beczce, gdzie po dodaniu wody po pewnym czasie zamieniały się w pienistą cudną gnojówkę. Podlewane nią pomidory rosły jak na przysłowiowych drożdżach.

O gdzie te czasy piękne  młode i świeże:-)