Na medycznej ścieżce. Bimbrownia rejonowa.

W systemie pracy poradnianej, gdy już przeszłam na cały  etat, 4 pierwsze godziny były przeznaczone na pracę w gabinecie a kolejne 3 na wizyty domowe.

Miałam w swoim rejonie m.in. jeden niezapomniany blok.

Adresu nie podam, mimo, że dobrze pamiętam, bo wszak tam nadal mieszkają  ludzie , może potomkowie moich pacjentów.

Blok miał  określoną sławę w osiedlu, gdyż na parterze rezydowała słynna rodzina gospodarza domu. On był wielki i zwalisty, utykał na jedną nogę a jego żona to  kobieta o pięknym imieniu Otylia .

Byli to państwo P. ( nazwisko pamiętam doskonale).

Mieli liczną gromadę dzieci w różnym wieku.

Wydawało się, że są spokojnymi ludźmi.

Ale  któregoś dnia  pękła bomba.

Otóż panowie milicjanci zorganizowali obławę w tym bloku.

Widać już dawno zbierali informacje, albo któryś z lokatorów  systematycznie donosił  co zmusiło tych mundurowych do skutecznego działania.

Oczywiście informacje się potwierdziły i państwo P . zostali nakryci w trakcie intensywnej pracy w swojej bimbrowni.

Praktycznie dopiero potem się o tym dowiedziałam, bo w swojej młodzieńczej naiwności wierzyłam ludziom, wierzyłam, że są z natury dobrzy. I nie wyciągałam wniosków z różnych obserwacji. To dopiero przyszło później.

A przecież można było się niepokoić, albo przynajmniej zainteresować, gdy w  bramie tego bloku, zwykle spotykałam grupkę panów. Skład towarzystwa był raczej stały, ale nie bałam się ich, zwłaszcza, że  w tej przestrzeni , zwykle czarnej i nieoświetlonej kłaniali mi się szarmancko.

 W mroczne jesienne popołudnia, gdy wpadałam na klatkę schodową, ich twarze świeciły pięknym fioletowym blaskiem ale ich schrypnięte głosy wyrażały radość, że widzą swoją panią doktor. Jakoś nie odczuwałam lęku, mimo, że byłam młodziutka i całkiem bezbronna, pewnie w tamtych czasach istniała tzw godność także w tych środowiskach. Obowiązywał szacunek do swoich.

   Wracając do obławy milicyjnej, potem dowiedziałam się, że w jej wyniku państwo ci otrzymali karę więzienia. Pan ten za uprawiany pokątny proceder, a pani Otylia za pogryzienie milicjanta w czasie tej akcji.

Siedzieli w pudle na zmianę, gdyż dzieci ich wymagały opieki.

 

Tak więc w moim bloku bimbrownia przestała działać, ale pewnie przeniosła się gdzie indziej, gdyż wielu osobników w tym osiedlu już w godzinach porannych wędrowała ulicami jak to niektórzy mówią „tropiąc węża”.

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich

W naszej grupie było niewielu chłopaków i nie stanowili oni dla nas, dziewczyn jakiejś specjalnej atrakcji.

Jednym z nich był Wojtek Michałek- Grodzki.  

Wojtek był ogromnym blondynem o różowej pulchnej twarzy i wielkich bardzo błękitnych oczach.  Mógłby grać rolę w filmach o polskich wieśniakach ale też odpowiednio ubrany w kontusz, z wąsami, podgoloną czaszką i szablą u boku byłby znakomitym wizerunkiem polskiego szlachcica.

Poruszał się flegmatycznie i właściwie nigdy się do nas nie odzywał. Zawsze był przygotowany i spokojnie beznamiętnie odpowiadał na pytania asystenta.

W czasie gdy” nasz Andrzejek” sprawdzał listę obecności i dukał kolejne nazwiska , jakby celowo nie doczytywał drugiego członu nazwiska naszego kolegi Wojciecha Michałka- Grodzkiego. Powtarzało się to nieomal codziennie. Albo była to mała załośliwość albo roztargnienie systenta.

I wkrótce poznaliśmy reakcję Wojtka. Najpierw chrząkał znacząco, potem wzdychał ciężko i po chwili  nabierał z wielkim świstem powietrza w płuca. Następnie szurał krzesłem i powoli  wyłaniał się zza stołu. Oczywiście zajęcia były przerwane i wszyscy wgapiali się na Wojtka. On w końcu stawał na baczność i dopiero wówczas wydawał z siebie gromki ludzki głos-  jestem Wojciech Michałek – Grodzki.

Nas asystent podbiegał do niego ,unosił się na palcach , bo był niskiego wzrostu i zaglądając mu w oczy , sepleniąc powtarzał  nazwisko Wojtka lecz już poprawnie. Zajmowało to trochę czasu, więc cieszyliśmy się jak dzieci w szkółce, że mniej zostanie czasu na odpytywanie.

Każdy z nas w ogóle by nie zwracał uwagi na błędnie przeczytane własne nazwisko, ale nie dotyczyło to Wojtka.

Wyobrażam go sobie jako bardzo dostojnego pana doktora, pewnie budzi szacunek i lęk u pacjentów i imponuje uporem….A tak naprawdę nie wiem co się z nim działo dalej i jaki był naprawdę…..