W naszej grupie było niewielu chłopaków i nie stanowili oni dla nas, dziewczyn jakiejś specjalnej atrakcji.
Jednym z nich był Wojtek Michałek- Grodzki.
Wojtek był ogromnym blondynem o różowej pulchnej twarzy i wielkich bardzo błękitnych oczach. Mógłby grać rolę w filmach o polskich wieśniakach ale też odpowiednio ubrany w kontusz, z wąsami, podgoloną czaszką i szablą u boku byłby znakomitym wizerunkiem polskiego szlachcica.
Poruszał się flegmatycznie i właściwie nigdy się do nas nie odzywał. Zawsze był przygotowany i spokojnie beznamiętnie odpowiadał na pytania asystenta.
W czasie gdy” nasz Andrzejek” sprawdzał listę obecności i dukał kolejne nazwiska , jakby celowo nie doczytywał drugiego członu nazwiska naszego kolegi Wojciecha Michałka- Grodzkiego. Powtarzało się to nieomal codziennie. Albo była to mała załośliwość albo roztargnienie systenta.
I wkrótce poznaliśmy reakcję Wojtka. Najpierw chrząkał znacząco, potem wzdychał ciężko i po chwili nabierał z wielkim świstem powietrza w płuca. Następnie szurał krzesłem i powoli wyłaniał się zza stołu. Oczywiście zajęcia były przerwane i wszyscy wgapiali się na Wojtka. On w końcu stawał na baczność i dopiero wówczas wydawał z siebie gromki ludzki głos- jestem Wojciech Michałek – Grodzki.
Nas asystent podbiegał do niego ,unosił się na palcach , bo był niskiego wzrostu i zaglądając mu w oczy , sepleniąc powtarzał nazwisko Wojtka lecz już poprawnie. Zajmowało to trochę czasu, więc cieszyliśmy się jak dzieci w szkółce, że mniej zostanie czasu na odpytywanie.
Każdy z nas w ogóle by nie zwracał uwagi na błędnie przeczytane własne nazwisko, ale nie dotyczyło to Wojtka.
Wyobrażam go sobie jako bardzo dostojnego pana doktora, pewnie budzi szacunek i lęk u pacjentów i imponuje uporem….A tak naprawdę nie wiem co się z nim działo dalej i jaki był naprawdę…..
