Nasz śp. kolega ze studiów lek. med. Jerzy Zgrajek

Razem ze śp. Jurkiem Zgrajkiem byliśmy Kolegami w latach 1965- 1971 na ówczesnej Akademii Medycznej (obecnie Uniwersytet Medyczny) w Poznaniu. Niewielu z nas pamięta ten wspólny czas, część odeszła do Drugiego ponoć lepszego Świata, część nie korzysta z dobrodziejstw internetu i wiadomości nie docierają w ogóle. I dlatego mamy do przekazania niewiele, ale to co spisane z otrzymanych maili i naszego „messengerowego okna na świat” daje obraz Jurka – Niezwykłego Lekarza a przede wszystkim Wielkiego Człowieka.  Szczególnie miłe naszemu sercu są słowa s. Reginy z Domu Dziennego Pobytu- Betlejemka w Szamotułach oraz komentarze w internecie pod zawiadomieniem o odejściu gdyż stanowią bezcenną kontynuację naszych młodzieńczych dobrych wspomnień o Jurku i są powodem ogromnej dumy z tego, że mogliśmy Go poznać i razem wkraczać w trudne i odpowiedzialne dorosłe życie zawodowe….       Jesteśmy na etapie oczekiwania na jeszcze inne informacje o śp. Jurku Zgrajku – szczególnie liczymy na obietnicę s. Reginy a na razie to, co udało nam się zebrać- jest to zarys nieco chaotyczny ale ostatecznie uporządkujemy wszystko zamieszczając WSPOMNIENIE w Biuletynie Wielkopolskiej Izby Lekarskiej (wersja papierowa i online) co zwykle czyni dbający o pamięć nasz kronikarz- prof. Jerzy T. Marcinkowski oraz inni Koledzy. A ja ze swojej strony pozwolę sobie  przedstawić je w tym skromnym „żyjącym” w internecie miejscu….

Krótkie wspomnienie kolegów ze studiów

„Kochani, dziś dowiedziałem się, że w czwartek, 21-go listopada 2024 r. odszedł nasz Kolega, mój Przyjaciel, Jurek Zgrajek. W czerwcu tego roku mieliśmy wspólnie pojechać na tradycyjne spotkanie naszego roku do Katowic- odmówił, mówiąc, że jedzie z pielgrzymką a dwa miesiące temu próbowałem Go namówić na wspólny wyjazd do naszego kolegi  – też odmówił, mówiąc, że idzie na badania do szpitala. Teraz żałuję, że nie odwiedziłem Jurka choć mieszkaliśmy w odległości niecałych 100 km…. Odchodzimy sami, niespodziewanie, nie zdążamy się spotkać  „ostatni raz”.  Ja byłem szczególnie silnie z Jurkiem związany z powodu mojego szacunku do Jego odpowiedzialności wobec pacjentów w czasie Jego pracy zaraz po studiach. Od razu próbował przekazywać innym wiedzę medyczną na najwyższym nowoczesnym poziomie.  Ale nie tylko – wiem, że potrafił składać wizyty pacjentom, których wcześniej konsultował, stojąc u ich drzwi  o wpół do trzeciej w nocy. Kierował Nim niepokój o ich stan zdrowia a może niepewność diagnozy lub zaleconej terapii. Potrafił też przyjmować pacjentów do północy, bo każdego chorego próbował rozgryźć ‘do ostatniego atomu’. Dla mnie Jurek był wyjątkowy a od prawie pół wieku służył też kręgom seminaryjnym, zakonnym, klasztornym, które szczególnie doceniały Jego oddanie. Na Jego pogrzebie był tłum ludzi, jak podaje osoba uczestnicząca, ale chyba bez tak wielkich emocji jak nasze, gdyż zdołała policzyć, że w miejscu Ostatniego Pożegnania zgromadziło się  aż 267 osób.

                Cokolwiek byśmy nie myśleli o Jego życiu, aktywności, to był bardzo ciepłym, życzliwym człowiekiem, życzliwym wszystkim wokół siebie. Był niezwykłym fanem współczesnej muzyki rozrywkowej, klasycznej,  rockowej, miał niesamowicie bogatą płytotekę. W czasie naszych wspólnych studiów (1965-1971), na zajęciach wojskowych  sporządzał własne listy wówczas aktualnych przebojów na które głosowali wszyscy studenci……. Jurek, na pewno niedługo się spotkamy…” – Leszek.

„Kochani Koledzy, nie chce się  wierzyć  i przyjmować  do wiadomości o śmierci naszych  studenckich kolegów.  Lubiłam Jurka, „zalewał mnie”  informacjami o muzyce. Na 50- leciu odnowienia dyplomów  robił nam zdjęcia. Był serdeczny i wszyscy bez wyjątku Go lubili (…). Leszku, nie wyrzucaj sobie braku zainteresowania jego pobytem w szpitalu ale Ty jesteś bardzo bardzo zapracowany. Niezmiernie mi smutno. JUREK czemu to Cię spotkało? Przecież czekają nas wspólne wyjazdy, a Ciebie nie będzie!. Wyrazy współczucia dla Rodziny” – Ewa

Ponieważ znaleźliśmy na Fb post zamieszczony przez Dom Dziennego Pobytu- Betlejemka w Szamotułach z informacją o odejściu naszego Kolegi Jurka, napisaliśmy.  A oto fragment odpowiedzi:

„Pan dr Jurek Zgrajek uczęszczał do Domu Dziennego Pobytu od 2005 r. Był mile widziany we wspólnocie. Przez wiele lat co tydzień prowadził zajęcia z seniorami, omawiając różne schorzenia i podejmując różne zagadnienia medyczne. Miał wiedzę bardzo szczegółową i praktyczną. Dostrzegał seniorów, którzy się źle mieli, udzielał porad i służył chorym seniorom nawet  dowożąc im posiłek.  Umiał bawić się, tańczyć i pięknie śpiewać. Śpiewał w zespole seniorów ‘Betlejemka’. Chętnie uczestniczył w różnych wyjazdach i zajęciach. Posiadał wielką wiedzą o ważnych miejscach w Polsce i na świecie – czasem lepszą od przewodników. Znał się na muzyce, zwłaszcza klasycznej, ale nie tylko. Na piosenkach i piosenkarzach. Na sztuce, malarstwie i malarzach. Przy swojej wielkości był pokorny i życzliwy dla każdego. Seniorzy i pracownicy mają smutek w sercach, ale też ufność, że odpoczywa w pokoju, przez swoją wiarę i miłość”- s. Regina To tak trochę o naszym p. Jerzym, Jurku. Niech odpoczywa w pokoju wiecznym. s. Regina.

A oto komentarze spod ww postu na Fb:

„Prosimy Dobrego Boga, aby w tajemnicy śmierci Pana dr Jerzego, naszego Jurka, wypełniło się Słowo Boże: …a duszę sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka… Dziękujemy za każde dobro, zwłaszcza za dobrą mowę i  wrażliwość na człowieka w potrzebie, za pokorę, która wszystko znosi i zapomina, za dzielenie się wiedzą i mądrością. Ufamy miłosiernemu Bogu i jesteśmy blisko przez modlitwę. Niech odpoczywa w  pokoju wiecznym. Amen”- s. Regina
„Wielka strata. Rozmawiałam na wykładzie jeszcze we wtorek. Miły, spokojny i mądry człowiek. Spoczywaj w pokoju”- Danuta M.
„Niech spoczywa w Pokoju Wiecznym Nasz Drogi  Niezapomniany i zawsze tryskający dobrym humorem Doktor Jerzy Zgrajek – Adrian P.
„Jurek nie chciał by aby ktoś się smucił.  Kochał ludzi i muzykę!”- Jarosław J.

Jedno Krótkie Życie Niezwykłego Lekarza – Piotra Janaszka . Korespondencja z Córkami i zadziwienie jaki świat jest mały ……

Piotr Janaszek  i Jego podopieczni , Giewartów, 1980 .*

Piotr Janaszek i Harcerki ( dwie Córki Piotra – Zuzanna po lewej i jasnowłosa – Olga , Mielnica, 1984*

Piotr Janaszek i Dzieci Niepełnosprawne, Mielnica, 1983*

Piotr Janaszek wśród Dzieci Niepełnosprawnych, Mielnica, 1983*

*Zdjęcia otrzymane od Córki Piotra – Zuzanny  Janaszek – Maciaszek .

Kochani !  Uznałam, że warto przytoczyć tu treści maili wymienionych z Panią Zuzanną i Olgą – Wspaniałymi Córkami naszego tragicznie zmarłego Kolegi ze studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu z lat 1965 – 1971 – Piotra Janaszka. Oczywiście nie ma tam żadnych tajemnic, a listy są tak miłe, że powinny się znaleźć w blogu.  Jeśli Ktoś zechce poczytać  –  zapraszam  :

                                    Oto mail, drugi już –  profesora Jerzego T. Marcinkowskiego                                                                                         do  Kolegów z ww studiów:

 

Drogie i Szanowne Koleżanki!

Drodzy i Szanowni Koledzy!

Jak już pisałem, przed paroma dniami, otrzymałem list od córki Naszego Kolegi z Roku śp. Piotra Janaszka, która prosiła ” o garść wspomnień związanych z moim Tatą” z okazji 20-tej rocznicy śmierci Jej Ojca, która mija 06 grudnia 2018 r. 

W odpowiedzi wespół z Zosią Konopielko z d. Łukaszewicz, Hirkiem Głowackim i Leszkiem Milanowskim posłaliśmy już córce Piotra Janaszka nasze wspomnienia, które załączam, ale proszę o to abyście nadsyłali dalsze, które bardzo chętnie zamieścimy. 

 Wkrótce po wysłaniu naszych wspomnień  Córce Piotra – Pani Zuzannie Janaszek – Maciaszek otrzymaliśmy od Niej odpowiedź  :

Szanowni Państwo,

z całego serca dziękuję za tak szybką i przepiękną odpowiedź. 

Wzruszyłam się bardzo czytając zebrane przez Państwa wspomnienia. I te słowa wypowiedziane przy listach przyjętych na studia:

„Teraz będę mógł realizować swoje marzenie…” ( to są słowa wyjęte z  mojego wspomnienia , które wraz  z innymi znajdzie się tu jutro – przyp. Z.K. )

Pięknie dziękuję i zapraszam serdecznie do Konina. Bardzo chętnie pokażę, jak realizujemy Taty marzenia!

Z poważaniem i wielkim podziękowaniem, 

Zuzanna Janaszek – Maciaszek

Po namyśle odpisałam :

Szanowna Pani Zuzanno !

Wczoraj prof. Marcinkowski wysłał Pani nasze wspomnienia o śp. Piotrze, których jestem współautorką.

  1. pytanie –
    – czy mogę zamieścić w blogu nasze wspomnienie które Pani przekazaliśmy

– czy dopiero wtedy, gdy  Pani zakwalifikuje  całość lub wybrane fragmenty z  naszych wspomnień – oczywiście zaznaczając że tekst już się ukazał na Państwa stronie

  1. i pytanie drugie

Czy mogłaby Pani, jako Córka   opowiedzieć nam coś o Ojcu – dzieciństwo etc. – jakieś klimaty – ew. w odcinkach – zamieściłabym w blogu-  gdzie piszemy ” po duszam” ale serdecznie i pozytywnie

Najserdeczniej pozdrawiam

życzę nieustanych sukcesów

życiowych, zawodowych

jesteśmy z Pani dumni ….

z poważaniem
dr n. med. Zofia Konopielko
 em. adiunkt Kliniki Nefrologii i Nadciśnienia Tętniczego u Dzieci I-P CZD oraz wieloletni kierownik poradni przyklinicznej 

a oto odpowiedź Pani Zuzanny :

Szanowna Pani Doktor,

dziękuję z całego serca za piękne wspomnienia! Proszę oczywiście publikować, bo to cały Tato!! ( … )

Jeżeli byłaby taka możliwość to proszę tylko o wprowadzenie małej zmiany – we wspomnieniu napisanym przez Pana Leszka Milanowskiego jest zdanie: „Piotra Janaszka obserwowałem z daleka. Jego Ojciec prowadził prywatną pracownię ortopedyczną (…)” powinno być „Jego Matka”. To nasza ukochana Babcia Zuzanna prowadziła warsztat właściwie do końca swojego życia, zawsze z pełnym zaangażowaniem i wielkim sercem dla wszystkich pacjentów. 

    Jeżeli chodzi o Pani prośbę o moje wspomnienia to za kilka dni powinnam mieć reportaż, który pisze właśnie nasza zaprzyjaźniona dziennikarka – będą tu wspomnienia moje i mojej siostry oraz naszych rówieśników, którzy jako dzieci jeździli do Mielnicy. Z przyjemnością udostępnię Pani ten reportaż do publikacji. 

Z poważaniem i podziękowaniem, 

Zuzanna Janaszek – Maciaszek

Podziękowałam …..

Po trzech może dniach otrzymałam mail, który wprowadził mnie w osłupienie – tak, tak dokładnie  w osłupienie :

Szanowna Pani Doktor, 

tym razem odzywa się do Pani siostra Zuzanny – Olga. Czytałam wczoraj wspomnienia koleżanek i kolegów Taty z roku. To dla nas przepiękna, wzruszająca pamiątka i ogromnie za nią dziękujemy.

Przy okazji ponownie przekonałam się, jaki świat jest mały…. Proszę sobie wyobrazić, że gościłam Panią wraz z Mężem ponad 10 lat temu w naszym mieszkaniu w Warszawie! Mój mąż Dariusz Serafin pracował wtedy w firmie Cemex i współpracował z Pani Mężem. Bardzo miło wspominamy to spotkanie. Cały czas trudno mi uwierzyć, że nasze drogi już wcześniej się splotły! 

Pozdrawiam Panią i Męża bardzo serdecznie! Życzę dużo dobrego i jeszcze raz dziękuję za piękne wspomnienia,

Olga Janaszek – Serafin 

Fundacja im. Doktora Piotra Janaszka PODAJ DALEJ

KRS 0000 197 058

Południowa 2A

62-510 Konin

tel. (63) 211 22 19

http://www.podajdalej.org.pl/

FB/FundacjaPodajDalej

Gdy trochę ochłonęłam odpisałam, :

Nieprawdopodobne –  zaniemówiłam …

Zaraz opowiem mężowi, bo całkiem niedawno wspominaliśmy Państwa gościnność, dom, Synka…zastanawialiśmy się jakie aktualne dzieje …

Na razie tyle 

Bo jestem w szoku !!!

Ogromnie zadziwiona

I Radośnie  – pomimo okoliczności dzisiejszego kontaktu tj.zbliżającej się  rocznicy tragicznej śmierci Pani Taty a naszego Kolegi ze studiów – Piotra …..

Zosia

 I zaraz  Olga :

Szanowna Pani, 

ja wczoraj z Darkiem  ( mąż Olgi, a nasz znajomy , o czym przed chwilą napisała Olga – przyp. Z.K. ) cały wieczór mieliśmy taki „zaniemówiony”, bo naprawdę scenariusz jak z filmu;-)

Ten nasz mały Antek dzisiaj ma 13 lat, 186 cm wzrostu i jest w VIII klasie. Bardzo wysportowany i aktywny… Mamy też 9-letniego Ignasia – perkusistę i radosnego artystę, który interesuje się całym światem! Młodszy bardzo podobny do dziadka Piotrusia:-) Załączam zdjęcie.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,

Olga

Wobec takiej sytuacji poczułam przypływ macierzyńskich uczuć i napisałam to, co dyktowało mi serce :

Olu Kochana

Pozwalam sobie tak mówić bo jesteś jak moja Córka  🙂 ( mamy 4 dzieci, 8 wnucząt i prawnuczkę ) a ponadto jesteście razem z Zuzanną Fantastycznymi   Latoroślami mojego Kolegi …….

Serce się raduje ….

nadal jesteśmy w szoku, jak maleńki jest Świat i jak bardzo nieprzewidywalne   Ludzkie Drogi !!!!

Oglądam Zdjęcia Dziadka i Ignacego – Niesamowite !

Tak pięknie piszesz o Synach – oby zawsze towarzyszyło Im  Szczęście ….

Nasze  wspomnienia o Piotrze niebawem zamieszczę w blogu – ustaliłam to już z Zuzanną – że możemy dać równolegle – Wy na stronie Fundacji a ja u siebie.

Blog ma niewielu czytelników, ale za to przednich 🙂

założyłam go przed 7 laty, na prośbę dzieci, bym w ten sposób utrwalała  –  opowieści rodzinne ( szczególnie że rodzina po świecie rozproszona ), potem pisałam to, co mi dyktował jakiś wewnętrzny imperatyw. Muszę się przyznać, że uwielbiam pisanie , które przez tak wiele lat pracy zawodowej sprowadzało się do pisania historii chorób oraz dość licznych prac naukowych. Po przejściu na emeryturę , choć czasem piszą i dzwonią do mnie moi dawni pacjenci –  najczęściej by ” sprawdzić czy ich dziecko jest dobrze leczone”, odezwały się moje mizerne wprawdzie ale jakieś korzenie – bo kuzynką Babci była Maria Rodziewiczówna a mój nieżyjący już brat – dziennikarzem, literatem i krytykiem…..

Na to Olga :

Szanowna Pani Doktor, 

bardzo dziękuję za kolejną porcję wiadomości. Zaglądałam na blog, który Pani prowadzi – to naprawdę ogromna praca, świetne pióro i wspaniała pamiątka!

No i też spora odpowiedzialność, aby publikować i nie zawieść czytelników. ( … )

Jeżeli chodzi o nas to mieszkamy w Warszawie ( … )  i bardzo serdecznie Państwa zapraszamy. Byłoby niezwykle miło móc spotkać się ponownie. 

Darek pracuje w ( …. ) , a ja wspólnie z Zuzanną działamy w Fundacji PODAJ DALEJ. Ja pracuję zdalnie – dobrze, że w dzisiejszych czasach tak można.

Psychologia interesowała mnie od zawsze, ale kończyłam poznańską Akademię Wychowania Fizycznego na Wydz. Turystyki i Rekreacji (pisałam pierwszą na uczelni pracę o turystyce osób niepełnosprawnych). 

( … ) Państwa syn przyjmował kiedyś moją teściową, która walczyła z zapaleniem nerwu twarzowego. 

Pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie i dziękuję za wszystkie wiadomości. Mam nadzieję, że przyjmą Państwo zaproszenie!

Wszystkiego dobrego,

Olga

 

Olga napisała – kopiuję z tego, co już jest powyżej : Mamy też 9-letniego Ignasia – perkusistę i radosnego artystę, który interesuje się całym światem!  Jest bardzo podobny do dziadka Piotrusia 🙂 Załączam zdjęcie.

Pod zdjęciami  otrzymanymi od Olgi Janaszek – Serafin jest podpis – Dziadek Piotr i Ignacy …………………………………………

 

Nieomal po chwili od wrzucenia tych tekstów  dostałam e- list od Olgi :

Zosiu ! Ślicznie to opracowałaś, naprawdę. Nawet nie wiedziałam, że z tej naszej korespondencji wypływają takie historie 🙂

Na jednym ze zdjęć jest Tato, Zuzanna ( z lewej  strony ) i ja – blond :). Zdjęcie z Mielnicy z 1984 roku przed namiotem w harcerskich mundurach.

Ściskam serdecznie i jeszcze raz dziękuję

Olga

Już dopisałam , Olgo – piękne było Wasze dzieciństwo – z Takim Ojcem, który nie robił kariery naukowej, a robił to co w życiu najważniejsze – pomagał nieszczęśliwym bo niepełnosprawnym ludziom ….

 

 

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Kajtek

Kajtek. Był naszym kolegą  z roku. Ale nie  należał do naszej grupy. Spotykaliśmy na korytarzu przed zajęciami z anatomii, ale nie przypominam sobie dokładnie w jakich okolicznościach go poznałam.

Był niewysoki, dość masywnie zbudowany, wiecznie radosny , tryskający energią i wielką zaraźliwą siłą ducha.

To on był naszym prowodyrem, ojcem duchowym szaleństw.  Tworzyliśmy wtedy paczkę kumpli.

Użyłam określenia – szaleństwa. Uśmiecham się teraz do tych wspomnień z przeszłości. Jakież one były niewinne a ile dawały niezapomnianej dziecięcej radości .

Na przykład jednego dnia Kajtek rzucał hasło- na Kiciusia !!!

Więc po zajęciach rzucaliśmy się gromadką do drzwi wyjściowych z Collegium Anatomicum. Był zwykle późny wieczór.

Szliśmy ulicami Poznania, podziwiając jak pięknieje miasto w rozpalających się światłach. Trasa była dość długa, może ze 2-3 km.

Przemierzaliśmy jedną z głównych ulic zwaną wtedy Armii Czerwonej obecnie Św. Marcina i docieraliśmy do Kiciusia.

Był to niewielki bar, położony po lewej stronie ulicy, idąc w kierunku Starego Miasta.  Ulokowany  na parterze wielkiej kamienicy stanowił  w naszych latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia nowy element w krajobrazie miasta.  Miał lśniące wielkie szyby i wyraźny napis- Kiciuś. Nie było tam alkoholu a jedynie wyroby cukiernicze. Jednak największym hitem w tamtych czasach były cocktaile mleczne. Dla nas to była niezwykła nowość,  wielka pycha z pianką. Oczywiście zajmowaliśmy kilka stolików , zamawialiśmy coctaile. Czekaliśmy łykając ślinkę i gadaliśmy. W ogóle nie zapamiętałam naszych rozmów, ale nastrój był wesoły a nawet wesołkowaty. Musieliśmy odparowywać ciężkie doznania nauki anatomii, ponure sekcje i wydalić z siebie odór formaliny, którym nasiąkaliśmy w Anatomicum.

Po bardzo wielu latach odwiedziłam Poznań. Nie miałam nadziei, że Kiciuś jeszcze żyje. Wokół tyle się zmieniało,  przyszły nowe inne czasy.

Ale nie dowierzałam własnym oczom, gdy ujrzałam Kiciusia.  Był  i czekał jak zwykle.

To niesamowite uczucie, gdy się odnajdzie dowód , nawet maleńki , na to, że jednak nie wszystko przemija….

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Jerzy M.

  Jerzy M., o którym wspominałam wcześniej , że kiedyś powiedział mi , że mam oczy jak jeziora. I po krótkim, lecz ciekawym okresie,  który można nazwać” chodzeniem ze sobą”  , dalekich leśnych wędrówkach aż do granic podpoznańskiej miejscowości o dźwięcznej nazwie Kiekrz i  wspólnych niezapomnianych zajęć- prac  w zakładzie Medycyny Sadowej, wkrótce znalazł się na etapie kolejnych  poszukiwań ciekawych oczu i podbojów wygłodniałych  sercJ

Był z Moniką, która ubierała go w dziwaczne berety z pomponami, pewnie własnoręcznie udziergane, potem z Elą Grzeszczak- niewielką dziewczyną o semickiej urodzie i tubalnym głosie. Oczywiście był mi obojętny. Pewnie nigdy nie czułam do niego wielkiego sentymentu. Po prostu go lubiłam .

Wyszłam najspokojniej za mąż, ucinając wszelkie możliwości i potrzeby poszukiwania kogoś ciekawego.

Wydawało się, że  Jerzy to przeszłość, bezbolesna i mglista.

Nawet nie myślałam o nim, mając inne ciekawe tematy do przeżywania i rozmyślań. Sądziłam, że on też już w ogóle się mną nie interesuje. Jednak po pewnym czasie , gdy już byłam w Warszawie, zadzwoniła do mnie Bajka. Opowiadała, że  mama Jerzego spotkała jej ciocię i mówiła, że bardzo żałuje znajomości mojej i jej syna.

Któregoś dnia, mieszkaliśmy wówczas przy ul. Stołecznej, byłam już we wczesnej wprawdzie ciąży, miałam śliczną sukienkę w kwiatki, zadzwonił telefon.

Był to Jerzy. Mówił, że znalazł nasz nr telefonu przez biuro numerów , jest teraz w Warszawie u cioci Rzewuskiej- tak z tych Rzewuskich i chce się ze mną spotkać.

Odruchowo zaprosiłam go do naszej kawalerki, ale ostrzegłam, że mam tylko wolną jedną chwilę, bo zaraz się wybieram na zajęcia.

Wszedł, powitałam go oficjalnie i chłodno, z wyższością kobiety zamężnej.

Po chwili wyszliśmy z domu i pojechaliśmy tramwajem na moją uczelnię, gdzie na Oczki była stołówka akademicka. Tam zjedliśmy po talerzu darmowej zupy, po czym pożegnałam go ozięble. Już nigdy potem się nie odzywał i nawet się zastanawiałam dlaczego mnie  wtedy odszukał.

Gdy mój syn był dorosły, nie dostał się na AM, roznosiły się wieści, że może AM w Poznaniu otworzy kierunek odpłatny. Wówczas w akcie desperacji pojechałyśmy  z koleżanką, której córka była w takiej samej sytuacji, do Poznania, by zasięgnąć języka. Gdy byłyśmy w Rektoracie przy ul. Fredry, korytarzem przemykał Jerzy.

Nawet się ucieszyłam ze spotkania, przywitaliśmy się dość ciepło.

Okazało się, że jest już profesorem jakiegoś zakładu teoretycznego AM- chyba historii medycyny, ma piękną żonę, która jest muzykiem  i dwóch synów.

Ja byłam tak bardzo zaangażowana w problemy syna,  poza tym spieszyłyśmy się  do pociągu ,  więc z Jerzym nawet  nie poszliśmy  na kawę, prosiłam tylko, by informował mnie o ew. otwarciu płatnego wydziału AM.

Pokiwał tylko głową, że on by takich pieniędzy nie miał, by fundować synowi płatne studia. Zrobiło mi się nijako. Jednak  po powrocie jeszcze dwa razy do niego zadzwoniłam z pytaniem, ale żadnej informacji nie miał.

Więc już więcej się z nim nie kontaktowałam.

Na szczęście mój  syn – Marcin był ambitny, powiedział , że i tak nie zgodziłby się na studiowanie na wydziale płatnym . Chciał  sam pokonywać trudności. I za kolejnym razem, gdy już nie sądziłam , że jeszcze będzie próbował, dostał się na wymarzone studia .

 

 

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich

W naszej grupie było niewielu chłopaków i nie stanowili oni dla nas, dziewczyn jakiejś specjalnej atrakcji.

Jednym z nich był Wojtek Michałek- Grodzki.  

Wojtek był ogromnym blondynem o różowej pulchnej twarzy i wielkich bardzo błękitnych oczach.  Mógłby grać rolę w filmach o polskich wieśniakach ale też odpowiednio ubrany w kontusz, z wąsami, podgoloną czaszką i szablą u boku byłby znakomitym wizerunkiem polskiego szlachcica.

Poruszał się flegmatycznie i właściwie nigdy się do nas nie odzywał. Zawsze był przygotowany i spokojnie beznamiętnie odpowiadał na pytania asystenta.

W czasie gdy” nasz Andrzejek” sprawdzał listę obecności i dukał kolejne nazwiska , jakby celowo nie doczytywał drugiego członu nazwiska naszego kolegi Wojciecha Michałka- Grodzkiego. Powtarzało się to nieomal codziennie. Albo była to mała załośliwość albo roztargnienie systenta.

I wkrótce poznaliśmy reakcję Wojtka. Najpierw chrząkał znacząco, potem wzdychał ciężko i po chwili  nabierał z wielkim świstem powietrza w płuca. Następnie szurał krzesłem i powoli  wyłaniał się zza stołu. Oczywiście zajęcia były przerwane i wszyscy wgapiali się na Wojtka. On w końcu stawał na baczność i dopiero wówczas wydawał z siebie gromki ludzki głos-  jestem Wojciech Michałek – Grodzki.

Nas asystent podbiegał do niego ,unosił się na palcach , bo był niskiego wzrostu i zaglądając mu w oczy , sepleniąc powtarzał  nazwisko Wojtka lecz już poprawnie. Zajmowało to trochę czasu, więc cieszyliśmy się jak dzieci w szkółce, że mniej zostanie czasu na odpytywanie.

Każdy z nas w ogóle by nie zwracał uwagi na błędnie przeczytane własne nazwisko, ale nie dotyczyło to Wojtka.

Wyobrażam go sobie jako bardzo dostojnego pana doktora, pewnie budzi szacunek i lęk u pacjentów i imponuje uporem….A tak naprawdę nie wiem co się z nim działo dalej i jaki był naprawdę…..