Na medycznej ścieżce. Internat z ginekologii i położnictwa.

Nastał grudzień, a moje drugie dziecko nie miało zamiaru się rodzić. Miałam już doświadczenie z Justyną, która urodziła się 2 tyg po terminie porodu. I  wtedy pomyślałam, że teraz będzie podobnie i powinnam wcześniej odbyć internat z ginekologii, który był zaplanowany na czas wiosenny. Wiedziałam, że w tym okresie , mając już dwoje małych dzieci moja tygodniowa nieobecność w domu będzie problemem. Udałam się więc do Kliniki przy ul. Karowej, gdzie otrzymałam przydział z prośbą o przyjęcie mnie właśnie teraz.  Udało się, wprawdzie przyjęli mnie z oporami, udowadniając, że z tak wielkim brzuchem nie uda mi się tych zajęć zakończyć. Zadowolona z możliwości zaliczenia internatu jeszcze przed porodem, spakowałam więc ciuchy na ten tydzień , pożegnałam rodzinkę i małą córeczkę i zapudliłam się w tej klinice.

Starałam się być na wszystkich zajęciach, mimo pewnych trudności z wciskaniem swojego brzucha we wszystkie drzwi. Ale czułam się dobrze, byłam przecież całkiem młodą kobiet a ten stan nie był przecież żadną chorobą.

Potem spotykałam na korytarzu Murzyna, który był tam asystentem i zawsze słyszałam od niego- Ty masz taki brzuch, że powinnaś rodzić, kładź się na oddział. Niewzruszenie odpowiadałam , że planuję urodzić w konkurencyjnej klinice przy ul. Starynkiewicza. Tam rodziłam Justynę a Klinika ta wśród pacjentek miała opinię lepszą niż ta, w której odbywałam internat. Słynęła ze stosowania metod przyspieszających tempo porodu oraz leków przeciwbólowych. Na Karowej preferowano porody naturalne, a kierujący Kliniką Prof. Roszkowski był niemiły i mimo niskiego wzrostu uzupełnianego wielkim białym stożkowatym czepcem na wzór ubioru lekarzy radzieckich, budził grozę. Gdy wpadał na porodówkę, przy pierworódce, która miała około 30 lat i powyżej nawet się nie zatrzymywał, zupełnie nie zważając na wijącą się nieszczęsną z bawolim wzrokiem pełnym nadziei utkwionym  w Profesora , przebiegał obok i  machał ręką, że jest za stara.

Zajęcia na położnictwie odbyłam starannie. Wzywano mnie do porodów równie często jak inne nie ciężarne koleżanki. Wprawdzie nie mieliśmy prawa aktywnie uczestniczyć w porodach. Byliśmy właściwie jedynie obserwatorami, ale akcja była dla nas tak niesamowita, że nawet koledzy nabierali powietrza i parli gdy miała to czynić rodząca. Widok był prześmieszny. Ale ja też tak reagowałam, usiłując wspierać nieszczęsną. Jedynie w gabinecie poradni ginekologicznej dopuszczano nas do badania pacjentek, co nie było dla nich miłe, ale cóż , nie miały wyjścia. Przecież przyszły do poradni przyklinicznej i studenci byli  nieodłącznym elementem w jej pejzażu.

Mimo przewidywań moich szefów, internat zaliczyłam zdając nawet końcowe kolokwium i opuściłam mury tej kliniki.

Tak się złożyło, że teraz moja synowa jest adiunktem w tej klinice a wszystkie nasze wnuki tam przychodziły na świat.

Piękna jest ta klinika,  mieści się w stylowym budynku ze zręcznie wkomponowaną nową częścią.  Magiczne jest do niej dojście. Z Krakowskiego Przedmieścia na wysokości Hotelu Bristol odbija ul. Karowa, która potem spada schodami po zboczu skarpy i doprowadza do tego szpitala.  U stóp tej skarpy rozkłada się śnieżny budynek a u jego stóp  pluszczcze szeroka Wisła i szumi Wisłostrada.

Na medycznej ścieżce. Internat i moje zabawne spadanie.

Potem odbyłam jeszcze tzw internat z  rehabilitacji . Internatem nazywano  zajęcia trwające  nieustannie przez 7 dni i nocy  w klinikach . W tym czasie studenci mieszkali w pokojach na terenie kliniki i stale byli do dyspozycji lekarzy.

Nie ukrywam, że koledzy czasami balowali, ja jednak z racji ciąży nie nadawałam się by uczestniczyć w imprezach . Właściwie byłam z tego zadowolona.

Gdy zakończyliśmy ten internat w podwarszawskim Konstancinie, w znanym ówczas ośrodku rehabilitacji zwanym Stocer, wychodziłam z dużą torbą- workiem  i na stromych schodach się poślizgnęłam. Spadałam , trzymając stale worek z ciuchami  , stopień po stopniu, aż znalazłam się na dole. Usłyszałam śmiech koleżanki- Teresy M. , która wychodziła za mną.  Powiedziała , że widok był tak zabawny, że nieomal posikała się ze śmiechu. Stała jeszcze na szczycie schodów i  widziała tylko dwie wielkie spadające kule- moją torbę i brzuch. Ponieważ bardzo ją lubiłam i uwielbiałam jej poczucie humoru a w dodatku nic mi się nie stało przy tym spadaniu, też byłam rozbawiona. Wróciłam do domu i faktycznie nic mi się nie stało, bo dziecko urodziło się i tak 3 tygodnie po terminie, bez specjalnych komplikacji.