Na medycznej ścieżce. Internat i moje zabawne spadanie.

Potem odbyłam jeszcze tzw internat z  rehabilitacji . Internatem nazywano  zajęcia trwające  nieustannie przez 7 dni i nocy  w klinikach . W tym czasie studenci mieszkali w pokojach na terenie kliniki i stale byli do dyspozycji lekarzy.

Nie ukrywam, że koledzy czasami balowali, ja jednak z racji ciąży nie nadawałam się by uczestniczyć w imprezach . Właściwie byłam z tego zadowolona.

Gdy zakończyliśmy ten internat w podwarszawskim Konstancinie, w znanym ówczas ośrodku rehabilitacji zwanym Stocer, wychodziłam z dużą torbą- workiem  i na stromych schodach się poślizgnęłam. Spadałam , trzymając stale worek z ciuchami  , stopień po stopniu, aż znalazłam się na dole. Usłyszałam śmiech koleżanki- Teresy M. , która wychodziła za mną.  Powiedziała , że widok był tak zabawny, że nieomal posikała się ze śmiechu. Stała jeszcze na szczycie schodów i  widziała tylko dwie wielkie spadające kule- moją torbę i brzuch. Ponieważ bardzo ją lubiłam i uwielbiałam jej poczucie humoru a w dodatku nic mi się nie stało przy tym spadaniu, też byłam rozbawiona. Wróciłam do domu i faktycznie nic mi się nie stało, bo dziecko urodziło się i tak 3 tygodnie po terminie, bez specjalnych komplikacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *