Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 24 ). Poród w pantalonach.

 

Za oknem  wichura, deszcz zacina, leniwie jaśnieje dzień . Liście opite wodą do granic wytrzymałości spadają na głowę. To już koniec złotej jesieni 2018 roku….

I wtedy na blogową „arenę „wkracza Mariolka. Jak zwykle z opowieścią i swoim uśmiechem –  uśmiechem pomimo wszystko. Bo temat to poważny.

Dyżur w Pogotowiu Ratunkowym, chyba jeden z pierwszych, wezwanie do porodu. Pewnie pora przed świtem , bo wtedy najczęściej rodzą się dzieci.

Gdy czytam opowieść Mariolki, krótką , ale pełną treści –  wtłaczają się moje wyobrażenia, myśli – bo to też nasz czas, nasze przeżycia – pewnie w jakiś sposób podobne, choć porodu w karetce nie odbierałam, ale bywało różnie …..

I widzę tę Młodziutką Dziewczynę – tak, wszyscy tacy byliśmy w tych pierwszych latach 70 ubiegłego wieku –  gdy  wciska się do karetki, bo jest duża a jeszcze ta wielka jasna burza na głowie którą rozwiewa wiatr i zahacza włosy od kostropate drzwi karetki  – a karetka niska, mała, ciasna – może stara Warszawa, a może już Fiat – czy Nyska – wysoka ale do której trzeba się wdrapywać – nie pomnę  – ale wtedy takie były – tylko polskie samochody – bo „żelazna kurtyna” a Zachód  jak mawiały nasze władze – „zgniły” – więc be. Byliśmy cywilizacyjnie zapóźnieni o pół wieku ….  

 Dobrze pamiętamy to wewnętrzne  uczucie przejęcia i drżenie serca, ale na twarzy siła i energia –  twarz pokerowa – bo duma, że jesteśmy lekarzami  –  więc pełna mobilizacja i opanowanie – niesiemy  pomoc ludziom – to nasze hasło przewodnie . To nasza misja. O to walczyliśmy ucząc się z zapałem do egzaminów na AM i przez 6 lat studiowaliśmy „ gryząc „ wiedzę –  osiągając upragniony dyplom. Więc mamy to, czego pragnęliśmy ….

Karetka mknie, podskakuje na wyboistych ulicach – wszyscy pamiętamy takie „ jazdy”, gdy głowa uderzała o dach a trzeba było założyć „ wkłucie „ do żyły, reanimować, sprawdzać parametry życiowe – bo urządzeń stale monitorujących nie było …..i dowieźć pacjenta żywego do szpitala. Bo zgon w karetce to wielkie komplikacje – nie mówiąc o traumie załogi , z którą potem żyje młody lekarz ……jak dobrze to znamy …..

Ale ad rem . Mariolka kiedyś napisała w Grupie, krótko – ale jak wspomniałam otworzyła nam nasze wspomnienia, stale w nas żywe ….

wezwanie do porodu – jedziemy daleko, rodzącą na nosze i powrót do szpitala. Karetka pędzi, kobieta krzyczy więc stajemy na poboczu blisko szpitala.  Odebrałam poród w tej małej karetce, zaopatrzyłam pępowinę i  na oddział. Tam gromki śmiech bo ….kobieta ma na sobie wielkie pantalony a z nogawki zwisa pępowina. Takich różnych przypadków każdy z nas ma cały zbiór, prawda?

 Jurek odpisał : wielka prośba do Mariolki: jakie to są te wielkie pantalony i czy nie przeszkadzały w porodzie?! Czy kobieta może urodzić nie zdejmując dużych pantalonów?

Oczywiście nikt z nas  nie udzielił odpowiedzi na to pytanie – tylko u wszystkich zadziałała wyobraźnia . Jak widać – Jurku – można, czego dowodem opowieść Mariolki 🙂 i Jej odpowiedź – wyobraź sobie że do tego porodu też bym nie uwierzyła! Nogawka w nich była tak wielka czyli szeroka że ja NIE WIEDZIAŁAM że one tam są – myślałam że są 2 spódniczki 🙂

Tak sobie gawędziliśmy w naszej messengerowej Grupie, którą przypadkowo założył Jurek . A  co się kryło za tą opowieścią i zda się banalną rozmową – napisałam we wstępie.

Miłego Dnia, mimo wszystko….

Zdjęcie Mariolki jest Jej własnością, przyrody moje…

 

 

 

Losy moich Rodziców. Czasy gorzowskie ( 1 ).

 

 

G.ŁadneWejscieKosGd.jpg

 

 

Tak wyglądało przed pięciu laty wejście do mojego pierwszego domu. Obok brama prowadząca na podwórko.  Po prawej zielony nasz dawny balkon i okna nad bramą z dużego pokoju i pokoju Zenona.

 

G.bramaKosGd.JPG

 

 

Jakże tajemnicze było owe metalowe zagłębienia, a właściwie dwa równoległe w bramie. Należało po nim przejść tak, by stopa nie trafiła na beton. Wówczas to był dobry dzień. Ot, takie dziecięce bardzo poważne zabawy :). Ta jeszcze poniemiecka instalacja zachowała się chyba przez 100 lat ( nie wiem, kiedy dom ten wybudowano),  stwierdziłam ze zdumieniem, odwiedzając Gorzów po 40 latach…

To są zdjęcia własne. Ale mam jeszcze piękniejsze, od goni, gorzowskiej bliskiej mi Osoby. Jeśli się zgodzi, to kiedyś też je tutaj zamieszczę.

 

 

Losy moich Rodziców. Czasy gorzowskie ( 1 )

 

Po kilku miesiącach Rodzice otrzymali ładniejsze mieszkanie, przy tej samej ul. Kosynierów Gdyńskich ale  pod nr 106.

Mieściło się na pierwszym piętrze jednej z okazałych kamienic, wybudowanych w jednym stylu i ułożonych w dwa szeregi.  Jeden rząd z trzema osobnymi klatkami schodowymi otwierał się na ulicę i podwórko, drugi na podwórko i cudny park.

Nasze mieszkanie mieściło się nad otwartą bramą wejściową z maleńkiej uliczki na teren podwórka, co powodowało, że było bardzo trudne do ogrzania. Panowały wówczas piece kaflowe, więc codzienne rozpalanie w paleniskach może nie było zajęciem trudnym, ale pochłaniało dużo czasu i zanim zrobiło się ciepło, dygotałam pod kołdrą.  Zdarzało się , że w kuchni zamarzała woda. Ale gdy tylko nastawała wiosna, duże okna wpuszczały mnóstwo światła i pokoje się rozjaśniały.

Było usytuowane na pierwszym piętrze, wchodziło się wygodną klatką schodową. Wejście od ulicy miało nad drzwiami ładne owalne, nieomal secesyjnie wyglądające okienko, które do tej pory można podziwiać. Wejście od podwórka było zwyczajne, ale za nim otwierał się mój dziecięcy zaczarowany podwórkowy świat, o którym już wiele opowiadałam. A w bramie zachowały się cudne metalowe płaskawe zagłębienia w betonie, które prowadziły pewnie koła jakiegoś wozu lub powozu.

Długi dość wąski mroczny korytarz łączył trzy duże pokoje wyłożone jeszcze poniemiecką tapetą , łazienkę i kuchnię.

Dobrze pamiętam to mieszkanie, mimo, że przybyłam do niego bezpośrednio ze szpitala gorzowskiego przy ul. Warszawskiej, gdzie ujrzałam światło dzienne po raz pierwszy. I mieszkaliśmy tam przez ok. 10 kolejnych lat.

 

 

Poważne i niepoważne igraszki z cieniem…

Poważne i niepoważne igraszki z cieniem…

 

 

7 (2).JPG

 

 

W taki  letni  dzień wyobrażam sobie upalną plażę , palmę i rozmyślam o cieniu.

 

Właśnie wyleguję się w CIENIU  palmy.

Szumi morze, fala łamie się z delikatnym poświstem o piasek  muszelkowy , a potem gdzieś z oddali słychać  jej uderzenia a następnie wielkie mlaskanie. To igraszki skalnego potwora i ogromnej młodzieńczej bardzo niedojrzałej jeszcze fali…

Na plaży w  CIENIU innego wielkiego kamienia czulą się piękni  kochankowie, prawie nadzy i złotem pokryci…A ja samotna ale rozleniwiona i rozgrzana rozmyślam…

 

Lubię różne CIENIE…

 

Uwielbiam taki,  który przychodzi latem , nawet wymyślony ,  ożywiony tylko wyobraźnią, DOBRY CIEŃ dla leniwych lub zmęczonych. Obok szklanka pełna czegoś tam , i muzyka …

 

Czasem czujemy CIEŃ OCHRONNY  . Potrafi zniewalać, nie można go odpędzić ani mu umykać . Trwa obok nas i przeszkadza w rozwoju. To np. CIEŃ nadopiekuńczych rodziców lub cudzy cień, np. szefa , niepożądany i raczej niepotrzebny. Ale czasem doceniamy go po latach , gdy jego gęstość rozproszył czas, i wtedy czujemy wdzięczność , że był i cierpimy z powodu tego, że odszedł . We wspomnieniach przybiera formę ŁAGODNEGO CIENIA OPIEKUŃCZEGO i DOBREGO NAUCZYCIELA. Z dalekiej perspektywy  widzimy go jak wyprowadzał nas z meandrów nieśmiałości , wstydu, lęku i niewiedzy.  I wtedy myślimy, że był to prawdziwy  „ANIOŁA CIEŃ”…I nucimy tę łagodną piosenkę, usiłując przywołać. Ale on nie wraca….

 

Gdy marzymy o sławie , wielkiej urodzie , zdobywaniu najwyższych szczytów i zaszczytów ,  nagle wyłania się ogromny cień kogoś lepszego . Jest to CIEŃ DOMINUJĄCY . Chyba najbardziej nielubiany . Czasem poddajemy się i od razu padamy. Ale gdy uznamy Jego Wielkość obserwujemy jak powoli  staje  się naszym DOBRYM CIENIEM PRZEWODNIM. Czasem wystarczy uznanie jego plusów i poznanie minusów. Dostosowanie się, raczej nie walka. W tym dobrym cieniu możemy rozkwitać… ujrzeć dokładniej siebie , poznać swoje atuty i nawet wygrywać ….

 

Ale  ja najbardziej lubię wesołe zabawy   Z CIENIEM ZWYCZAJNYM , moim. Czasami wpada niespodzianie , zza jakiegoś drzewa, jest figlarny , bardzo ruchliwy. Niekiedy jest długi stateczny stały i wolno kroczy razem ze mną pustymi drogami. Gdy się odwracam , jest zawsze , za plecami lub gdzieś z boku. Nie czuję się przy nim samotna. Z reguły też pomaga  w złym nastroju…pokazuje swoje- czyli moje , bardzo długie nogi, czasami śmiesznie sfałdowane na nierównym terenie, moją nagle maleńką główkę a wielką rękę. Często się z nim  bawię, rozmawiamy , robimy sobie zdjęcia..

 

 Pozdrawiam wszystkich , zapraszam do zabawy

 

 Pędzę , bo właśnie moja wyobraźnia i mój cień gdzieś uciekają, jak niesforne  młode psiaki….

 

 

 

1,0.JPG

 

Zdjęcia własne, a tekst znalazłam w swoich dawnych zapiskach. Napisałam go kilka lat lat temu…

Na medycznej ścieżce. Szpital im.Dzieci Warszawy,ul. Sienna /Śliska

Przymusowe  rozstanie z Oddziałem Neuroinfekcji

 

Po trzech miesiącach niestety zakończyłam zaplanowany okres szkolenia w Oddziale Neuroinfekcji.

Polubiłam jego specyfikę , dynamikę i ludzi, którzy tutaj pracowali. Czułam się tutaj jak ryba w wodzie.

Już nigdy potem nie doświadczyłam takiego żaru, zaangażowania i młodzieńczego entuzjazmu, nie było już takich zachwytów i emocji.

Pozostało jedynie  co najwyżej zaciekawienie trochę ubarwione poczuciem, że robię coś ważnego dla chorych dzieci.

To miejsce w szpitalu było  w pewnym sensie elitarne, gdyż z uwagi na problematykę i poziom wiedzy tylko tutaj  odbywali staże do specjalizacji z pediatrii i neurologii lekarze z innych szpitali.

Tak więc pozostanie tutaj było wyróżnieniem , jednak ja nie miałam szans, gdyż obowiązywały sztywne zasady. Jak już pisałam, od początku  byłam przydzielona  do żółtaczek

Opuszczałam więc mój wymarzony, ale nieosiągalny Oddział Neuroinfekcji z żalem, niechęcią i prawie łzami.

Chyba coś we mnie zostało z tego  zauroczenia problemami neurologicznymi a właściwie neuroinfekcyjnymi.

Chyba miałam w sobie jakieś  geny ułatwiające tę fascynację i przekazałam dziecku a może tylko mój mały syn właśnie wtedy  zaraził się moją pasją, gdy opowiadałam w domu  o specyfice tego oddziału . Bo lubił słuchać. Nie wiem.  Fakt jednak był taki, że po latach po ukończeniu studiów medycznych,  zupełnie dla mnie niespodziewanie , został neurochirurgiem.

Była to ponoć jego wymarzona specjalizacja, zadziwiająco  pokrewna  tej, która była moją niespełnioną miłością….

 

Zamek uniejowski teraz.

Zamek uniejowski teraz

Jednak w 2008 roku gdy dzięki pieniądzom unijnym zaistniały szanse, by wykorzystać odkryte przed laty, nad Wartą cenne źródła termalna i wybudować kompleks basenowo- termalny, podjęto prace rewitalizacyjne zamku. Czasowo więc zamknięto zamek , by otworzyć go w swoim pięknym kształcie, ale z nowoczesnym i funkcjonalnym wnętrzem . Obecnie jest piękny, i jak napisałam mieści się w nim Hotel , restauracja. Pozostała tylko jedna komnata, która wiernie oddaje dawne klimaty. I tylko ona jest pokazywana zwiedzającym.

Ale dla mnie najważniejszy jest zewnętrzny ogląd. Wchodzę na chłodny dziedziniec. Za nim jest kolejny, opasany murami obronnymi zbudowanymi z ogromnych kamieni. Rozglądam się i słyszę gwar głosów z różnych epok, obok mnie przemykają jakieś damy bijąc pokłony  brzuchatym dostojnym upierścienionym  arcybiskupom, miejscowym władcom, władcom dusz i ziemskich dóbr. Cóż za wyśmienita pozycja tych dostojników. Wymyślona dla ludzi, którzy potrzebują wystawnych barwnych szat, i władcy absolutnego. Jak wielu szaraczków próbowało mieć swoje zdanie na ten temat i wkrótce znikali z powierzchni ziemi jednym gestem wypielęgnowanej i obcałowanej dłoni jakiegoś arcybiskupa. Od wieków tak było i jest teraz. Zamykanie ust, tym którzy chcą prawdy i ją głoszą. Iluż było w historii księży takich jak choćby ksiądz Lemański i przeminęło a Kościół się ostał ze swoją powagą i pewnością władzy.

Tak więc stoję ci ja, na tym bardzo spokojnym teraz ale tętniącym podskórnym pulsem starej historii dziedzińcu i odrzucam takie myślenie, jest pięknie i chłodno w niespodziewanie rozpalonym tegorocznym majem świecie dookolnym  i wyszukuję dawne piękne elementy świetnie wkomponowane w całość.

Widać z jaką starannością został odbudowany.

Wzruszam się, gdy widzę linijne ślady po pożarach, wyrysowane na zachowanych starych cegłach.

Widzę te straszliwe wszechogarniające dawne pożary.

Jeszcze wtedy nie było XIX wiecznego parku , który powstał za sprawą żony carskiego generała, więc drzewa pięknie wyrosły.

Pożary były wcześniej . Właśnie wybuchał kolejny. Trzask i swąd i łamanie krokwi i dymy i krzyki mieszkańców zamku a z drugiej strony obojętni i tylko zainteresowani mieszczanie, którzy stoją na swoim brzegu dość wysokim brzegu Warty, bezpiecznie, bo chronieni przez swoją rzekę. 

Pewnie wielu z tych mieszkańców miasteczka Uniejów myślało sobie wtedy – jak dobrze, że płoną te kościelne dobra, wszak zagrabione im, prostym ludziom. I teraz patrzyli  zimnym spokojnym okiem jak snopy iskier zmieszane z jęzorami ognia wznosiły się do nieba. Niebo , jak zwykle obojętne też sobie patrzyło.

Teraz oglądam z czułością te zarysy wypalonych ścian, jednak historia oglądana z perspektywy wielu lat wydaje się łagodniejsza, bliższa i człek jest w stanie zachwycać się a nawet uwielbiać to, co kiedyś było jego utrapieniem….

Tak więc teraz, gdy stoję na tym chłodnym dziedziniec, i ze wzruszeniem oglądam   ślady wypalenia na zamkowych murach, skrupulatnie wypełnione cegłami, zarysy nieistniejących okien, mury kamienne i szklaną nowoczesną galerię na piętrze.

Tutaj stare pięknie uratowane miesza się z nowym, nowoczesnym i też pięknym. Jak dobrze, że został uratowany, że daje ludziom nie tylko wygodę ale i oczom radość

Wpadam w zachwyt i chciałabym tu pozostać i patrzeć oglądać, smakować i przenosić się w dawne czasy. Tak, tutaj jest to możliwe, tylko zmienić kreację na średniowieczny strój…

Losy moich Rodziców. Przeszłość powoli odchodzi w niepamięć.

Przeszłość powoli odchodzi w niepamięć

 

 

Mijały powojenne lata. Różaniec gdzieś tam sobie leżał, w jakiejś najmniej dostępnej szufladzie.

 Powoli zapomniany.

Ja, niewielka wtedy dziewczynka zakradałam się do tej tajemnej szuflady i brałam do ręki obozowy różaniec Taty. Może ja go nawet niechcący rozdarłam, był tak wątły i misterny. Leżał więc rozdarty.

Były tam też listy Taty z obozu.

Powoli tamte czasy zacierały się w myśli Rodziców.

Nowe problemy, zawodowe, domowe przysłaniały wspomnienia.

Może Mama widziała, że się bawię różańcem, może nie.

Pewnie w ogóle nie przywiązywała wagi do przedmiotów pomna swojej histerii po zniszczeniu przez sowietów białych kruków i delikatnej porcelany , swoich ukochanych zbiorów. Pisałam o tym w rozdziale do Pamiętnika Janaseniora zatytułowanego zapiski synowej. Nie wiem, co czuła.

Po latach dowiedziałam się, że Tata w zapale niszczenia przedmiotów zbędnych- wyrzucił szczątki tego różańca i większość swoich listów pisanych do Mamy.

Ale  tutaj przesadziłam w poprzedniej ocenie.

Jednak Mama te listy traktowała jak relikwie dawnych czasów. Były dla Niej bardzo ważne. Jeszcze wtedy myślała o swojej wielkiej miłości i były oznaką, że jest kochana.  

Przywiozła je z Wileńszczyzny, przetrwały pożary i wszelkie zawieruchy.

I teraz było Jej przykro , może upatrywała w tym geście wyrzucania jakiś oznak odchodzenia Taty od niej, od syna, chęć oderwania się od tego, co go łączyło z nimi. Może myślała, że ta miłość jest tylko dalekim wspomnieniem.

Oczywiście do końca nie wiem,  co wtedy czuła.

Ale żaliła się, że już nie ma tych listów.

Tak jakby odebrano  fragment Jej duszy.

 Jednak, gdy przeglądam dokumenty Rodziców,  Tato całkiem rozsądnie pozostawił  te najważniejsze obozowe listy- pierwszy, napisany w 1941 roku. kolejny z 1942 roku i z 1943 roku.

Na medycznej ścieżce. Sprawność i skuteczność dr Madejczyk.

Muszę w tym miejscu jeszcze bardziej się cofnąć  w czasie, ale ta historia też wiąże się z moją ukochaną dr Madejczyk. 

Kiedyś miałam dyżur, jeden z pierwszych w tym szpitalu.

Jak zwykle dyżurowałam na Izbie przyjęć, gdyż tam kierowano młodych lekarzy , coby zbierali doświadczenia. Przywieziono tam dziecko z napadem drgawkowym , z którym nie umiałam sobie poradzić, Wiedziałam, jakie stosować leki, pomagała doświadczona pielęgniarka, ale efektu nie było widać.

W tym momencie wniesiono do Izby Przyjęć kolejne gorączkujące  dziecko z biegunką . Wyglądało na szczęście nie najgorzej, więc poprosiłam rodziców, by chwilę poczekali. Jednocześnie na moją prośbę pielęgniarka już dzwoniła do oddziału, gdzie była dr Madejczyk, która ze mną dyżurowała. Po połączeniu nieomal rozpaczliwie zawyłam  do  słuchawki prosząc o  pomoc . Chyba jednak nie zawyłam, bo nie miałam takiego zwyczaju, zawsze potrafiłam się opanować, ale ogólnie sytuacja była niewesoła. Dr Madejczyk najspokojniej w świecie oznajmiła, że właśnie reanimuje dziecko oddziałowe, ale żebym natychmiast przybiegła z tym moim, drgającym do niej.

Moje drgające dziecko w tym momencie się uspokoiło, widać zadziałały podawane leki, ale wymagało jakiś kolejnych działań.

Wysłałam pielęgniarkę z tym już uspokojonym drgającym przedtem dzieckiem na drugie piętro do głównego gmachu, gdzie działała dr Madejczyk . Ponoć zadecydowała, by położyć to dziecię w nogach reanimowanego i  przejęła stery. Na szczęście jej działalność była skuteczna, o czym się dowiedziałam kilka godzin później . … życie dyżurowe było zwykle spędzane w ogromnym pędzie, wyciskało ze mnie emocje jak cytrynę, do suchości, wszystkiego brakowało- rąk, nóg, mózgu, czasu…

To se ne vrati….

I nadal tkwię w nastroju refleksyjnym. Może ta zimowa szara pogoda sprzyja rozdrapywaniu swojego wnętrza.

Wspominki ze ścieżki medycznej , losy moich Rodziców, pamiętnik Teścia zanurzają mnie w przeszłości.

Może jednak Marcin, syn miał rację mówiąc, że dopóki się żyje, żyć trzeba pełną piersią i patrzeć tylko do przodu. Nie cofać się, bo to niebezpieczne. Nie pisać o tym co było , ale rozmawiać, spotykać się z ludźmi.

Ale on ma niespełna 40 lat, w Jego wieku myślałam tak samo.

Ile miałam pary i wewnętrznej siły, by od świtu zabezpieczać dzieci, przemierzać bardzo liczne km do pracy tramwajami, autobusami w wielkim ścisku i smrodzie oddechów wczorajszych czosnkowo alkoholowych. Potem pacjenci, pacjenci, pacjenci. Pomysły na badania, poszukiwanie optymalnej terapii i naukowe opracowania wreszcie.

Było, minęło jak sen.

 Potem przyszła emerytura, powstał nasz nowy dom, taki jak wymarzyłam i nieomal zaprojektowałam. Dookoła rozciąga się wieś mazowiecka na  równinie  smętnej choć zielonej..

Zdarzały się jeszcze jakieś wzloty, spotkania, ludzie na drodze, wchłanianie wrażeń obcych ziem.

I wreszcie nadszedł czas powrotu  do korzeni. Do Gorzowa, miasta, gdzie przyszłam na świat. I które opuściłam mając niespełna 18 lat i zamknęłam za sobą  drzwi. Zdawało się, że na zawsze.

Okazało się, że te drzwi tak łatwo się otworzyły i wówczas buchnęła czająca się za nimi przeszłość.

 I wyszły uwolnione wreszcie tak silne jak kiedyś, a nawet zwielokrotnione długo tłumioną tęsknotą kolory, dźwięki, zapachy. Ożyły ulice dzieciństwa, stare nieraz piękne domy, zobaczyłam ponownie moje lipy, platany, kosodrzewiny i inne drzewa cudne, zapamiętane trwale. Odwiedziłam już nieistniejące działki na wzgórzach  i spotkałam cienie ludzi którzy odeszli .

I znalazłam się w swoim starym świecie i nowym poprzez ludzi, których poznałam teraz .

Bo wystarczyło jedno wejście do portalu Moje Miasto Gorzów i moje tam pisanie . Pisanie pełne czułości nasączone emocjami do granic bólu i oczekiwanie na odpowiedź innych. Tą odpowiedzią, odzewem  były  komentarze. Stanowiły one jedyny  ślad że ktoś przeczytał i na chwilę był ze mną …

I to minęło jak kolejny sen. Już nie ma takiego pisania w tym portalu. Zdaję sobie sprawę, że jest to naturalna kolej rzeczy i że zwykłe naturalne przemijanie się odbyło. Panta rei…

I z tego czasu pozostało kilka pięknych listów od goni i Jej czasem bardzo ciepłe komentarze pod moimi wpisami w portalu.

Teraz grzebiąc w  starych materiałach umieszczanych w tym portalu, pod moją , tj. Łuki

 „ Niedzielą na Głównym czyli fantasmorganiami peronowymi w mieście G. „ znalazłam taki wpis :

„ Podziwiam – za te wszystkie nawiasy, za spokój dobrze przeżytego życia, za to pogodzenie z nieuchronnością losu ( nie każdy to ma ), za chęć poznawania rzeczy małych i dużych, za nieustającą ciekawość świata, za otwarte serce. Życzę, by ten największy nawias jak najdłużej pozostawał nie zamknięty…

gonia „

 

Gdzie się podziały tamte czasy, tamte rozmowy….Pozostało wzruszenie….

 

To se ne wrati – jak mówią Czesi….

 

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 12 )

 Dodatkowo moją sytuację pogorszyły kolejne wydarzenia . 

Oto któregoś dnia Stefa postanowiła pokazać mi góry z bliska.

Wybraliśmy się więc na Skrzyczne, górę, która królowała nad wsią.

Wydawało się, że ma dość łagodne zbocze.

Cieszyłem się, gdy powoli zbliżaliśmy się do jej podnóża.

Pachniał cudnie wielki las, a ścieżki wydawały się wyraźne i dostępne.

Wdrapywaliśmy się w górę, sapałem, ale dorównywałem kroku Stefie.

Po pewnym czasie miałem wszystkiego dość.

Szczytu góry nie było widać a wędrówka była trudna i ciągle się wydłużała .

Myślałem wtedy, pocieszając się, że łatwiej będzie z powrotem.

Wszak zejście z góry powinno być bezproblemowe.

Gdy wylądowaliśmy na szczycie, widok na sąsiednie góry i wielką kotlinę leżącą u stóp zapierał mi dech.

Było cudnie.

Siedziałem wśród krzaków kosodrzewiny, na jednej ze skał, obok miałem swoją Stefą i niczego więcej nie potrzebowałem do pełni szczęścia.

Potem rozpoczęliśmy powrót.

I tutaj przeżyłem swoisty szok.

Droga w dół, wbrew moim wyobrażeniom była katastrofalna.

Nogi gnały do przodu, traciłem równowagę, hamowałem z całych sił mięśniami ud.

Nogi mi cierpły , kamienie pod stopami się rozchodziły, pryskały spod powierzchni, traciłem równowagę.

Ponadto  czułem zawrót głowy patrząc w dół gdzie zda się wciągały urwiska i miałem wrażenie, że się oderwę od tego stromego zbocza i zacznę spadać.

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 11 )

Ale po złożeniu moich oświadczyn zamiast radości i akceptacji ujrzałem mroczną chmurę w  spojrzeniach rodziców Stefy.

Wówczas Stefa, próbując ratować sytuację  zaczęła zapewniać, że nic się nie zmieni, że nadal będzie się starała spłacać dług, który zaciągnęła w czasie swojej edukacji.

Jej rodzina była wielodzietna a rodzice uważali, że dali jej wykształcenie i teraz należy się im zapłata.

 W moim mniemaniu dług ten już dawno spłaciła.

Nigdy jej o tym nie mówiłem, ale wiedziałem, że przez te kilka lat, gdy uczyła w Rakowie , żywiła się skromnie- widywałem jej posiłki- chleb, ziemniaki- i stale wysyłała pieniądze do swojego domu.

Wspominała kiedyś, że w czasie pobierania edukacji w Białej głodowała. Z domu dostawała worek ziemniaków i mleko a w czasie nauki w Seminarium miała stypendium za dobre wyniki w nauce. Więc wydawało mi się, że jej dług względem rodziny nie był znowu tak duży.

Jednak stale miała poczucie, zresztą  skutecznie podtrzymywane przez jej rodziców, że ponieśli duże straty finansowe związane z jej wykształceniem.

Teraz ich zapewniała, że nadal będzie oszczędzała i wysyłała pieniądze rodzinie. Ale oni nie odpowiedzieli.

    Nie dali swojej zgody na małżeństwo ale też wyraźnie nie oponowali, co napawało mnie jakąś nadzieją.

Pomyślałam, że gdy pobędziemy jakiś czas razem z nimi, poznają mnie lepiej i może w którymś momencie, ostatecznie przy pożegnaniu dadzą jakiś znak, że mnie akceptują i godzą się na nasze małżeństwo.

 W tym momencie jednak, nie doczekawszy odpowiedzi, zmieniliśmy temat rozmowy.

Spanie miałem w stodole na sianie i spędziliśmy w tej wsi kilka dni chwilami tylko spotykając się z rodzicami  Stefy.

Byłem traktowany jak powietrze i czułem się z tym źle.