Ale po złożeniu moich oświadczyn zamiast radości i akceptacji ujrzałem mroczną chmurę w spojrzeniach rodziców Stefy.
Wówczas Stefa, próbując ratować sytuację zaczęła zapewniać, że nic się nie zmieni, że nadal będzie się starała spłacać dług, który zaciągnęła w czasie swojej edukacji.
Jej rodzina była wielodzietna a rodzice uważali, że dali jej wykształcenie i teraz należy się im zapłata.
W moim mniemaniu dług ten już dawno spłaciła.
Nigdy jej o tym nie mówiłem, ale wiedziałem, że przez te kilka lat, gdy uczyła w Rakowie , żywiła się skromnie- widywałem jej posiłki- chleb, ziemniaki- i stale wysyłała pieniądze do swojego domu.
Wspominała kiedyś, że w czasie pobierania edukacji w Białej głodowała. Z domu dostawała worek ziemniaków i mleko a w czasie nauki w Seminarium miała stypendium za dobre wyniki w nauce. Więc wydawało mi się, że jej dług względem rodziny nie był znowu tak duży.
Jednak stale miała poczucie, zresztą skutecznie podtrzymywane przez jej rodziców, że ponieśli duże straty finansowe związane z jej wykształceniem.
Teraz ich zapewniała, że nadal będzie oszczędzała i wysyłała pieniądze rodzinie. Ale oni nie odpowiedzieli.
Nie dali swojej zgody na małżeństwo ale też wyraźnie nie oponowali, co napawało mnie jakąś nadzieją.
Pomyślałam, że gdy pobędziemy jakiś czas razem z nimi, poznają mnie lepiej i może w którymś momencie, ostatecznie przy pożegnaniu dadzą jakiś znak, że mnie akceptują i godzą się na nasze małżeństwo.
W tym momencie jednak, nie doczekawszy odpowiedzi, zmieniliśmy temat rozmowy.
Spanie miałem w stodole na sianie i spędziliśmy w tej wsi kilka dni chwilami tylko spotykając się z rodzicami Stefy.
Byłem traktowany jak powietrze i czułem się z tym źle.
