Dodatkowo moją sytuację pogorszyły kolejne wydarzenia .
Oto któregoś dnia Stefa postanowiła pokazać mi góry z bliska.
Wybraliśmy się więc na Skrzyczne, górę, która królowała nad wsią.
Wydawało się, że ma dość łagodne zbocze.
Cieszyłem się, gdy powoli zbliżaliśmy się do jej podnóża.
Pachniał cudnie wielki las, a ścieżki wydawały się wyraźne i dostępne.
Wdrapywaliśmy się w górę, sapałem, ale dorównywałem kroku Stefie.
Po pewnym czasie miałem wszystkiego dość.
Szczytu góry nie było widać a wędrówka była trudna i ciągle się wydłużała .
Myślałem wtedy, pocieszając się, że łatwiej będzie z powrotem.
Wszak zejście z góry powinno być bezproblemowe.
Gdy wylądowaliśmy na szczycie, widok na sąsiednie góry i wielką kotlinę leżącą u stóp zapierał mi dech.
Było cudnie.
Siedziałem wśród krzaków kosodrzewiny, na jednej ze skał, obok miałem swoją Stefą i niczego więcej nie potrzebowałem do pełni szczęścia.
Potem rozpoczęliśmy powrót.
I tutaj przeżyłem swoisty szok.
Droga w dół, wbrew moim wyobrażeniom była katastrofalna.
Nogi gnały do przodu, traciłem równowagę, hamowałem z całych sił mięśniami ud.
Nogi mi cierpły , kamienie pod stopami się rozchodziły, pryskały spod powierzchni, traciłem równowagę.
Ponadto czułem zawrót głowy patrząc w dół gdzie zda się wciągały urwiska i miałem wrażenie, że się oderwę od tego stromego zbocza i zacznę spadać.
