Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 12 )

 Dodatkowo moją sytuację pogorszyły kolejne wydarzenia . 

Oto któregoś dnia Stefa postanowiła pokazać mi góry z bliska.

Wybraliśmy się więc na Skrzyczne, górę, która królowała nad wsią.

Wydawało się, że ma dość łagodne zbocze.

Cieszyłem się, gdy powoli zbliżaliśmy się do jej podnóża.

Pachniał cudnie wielki las, a ścieżki wydawały się wyraźne i dostępne.

Wdrapywaliśmy się w górę, sapałem, ale dorównywałem kroku Stefie.

Po pewnym czasie miałem wszystkiego dość.

Szczytu góry nie było widać a wędrówka była trudna i ciągle się wydłużała .

Myślałem wtedy, pocieszając się, że łatwiej będzie z powrotem.

Wszak zejście z góry powinno być bezproblemowe.

Gdy wylądowaliśmy na szczycie, widok na sąsiednie góry i wielką kotlinę leżącą u stóp zapierał mi dech.

Było cudnie.

Siedziałem wśród krzaków kosodrzewiny, na jednej ze skał, obok miałem swoją Stefą i niczego więcej nie potrzebowałem do pełni szczęścia.

Potem rozpoczęliśmy powrót.

I tutaj przeżyłem swoisty szok.

Droga w dół, wbrew moim wyobrażeniom była katastrofalna.

Nogi gnały do przodu, traciłem równowagę, hamowałem z całych sił mięśniami ud.

Nogi mi cierpły , kamienie pod stopami się rozchodziły, pryskały spod powierzchni, traciłem równowagę.

Ponadto  czułem zawrót głowy patrząc w dół gdzie zda się wciągały urwiska i miałem wrażenie, że się oderwę od tego stromego zbocza i zacznę spadać.

Śladami mojego Taty . Ćwiczenia woli…

Od wczesnego dzieciństwa uwielbiałam Józka. Był zawsze pogodny , wyluzowany i dość dużo mówił, ale zawsze ciekawie. 

Gdy dorastałam i bywałam w poznańskim domu Jadzi i Józia, opowiadał mi o swojej działalności w AK, o przedwojennym harcerstwie, w którym działał.

Zapamiętałam harcerskie zalecenia zachowań. Jednym z nich było ćwiczenie silnej woli. Podobno należało położyć na stole garść pięknych czereśni i kilka razy dziennie je oglądać, łykać ślinę, ale czereśni nie można było  nawet dotykać. W ciągu kolejnych dni już było wolno zjadać po jednej czereśni , ale zaczynać od najbrzydszych a  najładniejsze zostawić na koniec.

Tak dalece się przejęłam tymi harcerskimi zaleceniami, że zawsze tak postępowałam, myśląc o Józku.

Ale  gdy wyszłam za mąż czar prysł. Otóż w naszym żoliborskim mieszkaniu postawiłam na stole talerz pełen czereśni. I zamierzałam powtarzać harcerskie- Józkowe zalecenia. Gdy przyszedł po pracy Mirek, zjadł przygotowany obiad i rzucił się na te czereśnie wyjadając najpiękniejsze. A ja smętnie skubałam wg swojej zasady- najpierw najbrzydsze. I w ten sposób zostały dla mnie tylko te maleńkie blade i kwaśne…po paru nieudanych próbach wdrażania harcerskich ćwiczeń woli, spasowałam. I od razu dzieliłam czereśnie na talerzyki , każdemu odrębny talerzyk. By unikać sytuacji, którą przeżyłam na początku małżeństwa ten zwyczaj stosowałam gdy przybywało nam dzieci. Wówczas pojawiały się na stole kolejne talerzyki z porcjami owoców czy słodyczy. Sprawiedliwie dzielone….Ot, taka sobie historyjka, może trochę śmieszna, ale utkwiła mi w pamięci i chciała przedostać się do tego blogu0:-)