Zamiast życzeń…..

P5021620.JPG

 

 

Kochani!

I jak tu nie wierzyć, że kiedyś przyjdzie Światło.

 

Wtedy Chrystusek Frasobliwy spod naszego beskidzkiego domku wstanie,  poprowadzi drogą krętą i wyboistą , pokaże Piękny Odmieniony Świat i Dobrych Ludzi a na końcu Pełną  Jasność  Spełnionego Życia  !!!

 

I z takimi myślami oraz Optymizmem pozdrawiamy Was

 

Wielkanocnie

 

P5011537.JPG

 

P5011520.JPG

 

P5011421.JPG

 

P5021607.JPG

 

P5021583.JPG

 

P5021547.JPG

Powrót do Japonii. Lądujemy.

SAM_9325.JPG

 

 

SAM_9323.JPG

Widoki z okna samolotu. Góry Japonii. Na drugim zdj. stożek Fudżi. Za chwilę lądowanie…

 

 

 

 

Obudziły nas stewardessy, oznajmiając, że już dzień. Zdjęliśmy gustowne opaski z oczu, które nam przedtem wręczono, wysupłaliśmy się z koców i przydzielonych  skarpet, bo noc była zimna, wszak za oknem minus 50 stopni bywa a może nawet poniżej. Podnieśliśmy zasłonki z okien , buchnęła jasność  słoneczna.

Noc została w kraju a tu  był dzień.

W świetle dnia wszystko stało się przejrzyste, spokojne i miało inny wymiar.

Z Kaśką spotkałyśmy się pod toaletą i ustaliłyśmy, że jednak warto pogadać z poznanym Polakiem.

Tak też zrobiłyśmy, zagadując gdzie mieszka etc. Ucieszył się ogromnie i chętnie opowiadał. Jego egzotyczna uroda w świetle dnia nieco zbladła,  wyjaśnił, że urodził się na południowej granicy polsko- ukraińskiej, w czasie akcji Wisła jego rodzinę przesiedlono do Górowa na Warmii. Tam część pozostała a on z matką wyjechał do Kanady. Ot, taki często spotykany szlak ludzi stamtąd wypędzonych.

Studiując w Kanadzie, dostał stypendium do Tokio. I tam poznał swoją obecną żonę, która z miłości  ale jak twierdzi z nagłego natchnienia porzuciła swoją religię shinto i została bardzo pobożną chrześcijanką.

Stefan, bo tak miał na imię nasz profesor oznajmił, że się nami zaopiekuje w swoim rodzinnym teraz mieście  Nagoi. Wprawdzie miałyśmy już opracowaną trasę dojazdu z lotniska do hotelu, ale chętni przystałyśmy na propozycję  już zaciekawione nową sympatyczną znajomością. Profesor dał nam swoją wizytówkę z numerami telefonów, obiecałyśmy zadzwonić po obradach kongresowych.

    Tymczasem za oknem samolotu zniżającego swój lot, pojawiły się góry Japonii , przez moment przesunął się samotny stożek najwyższego szczytu Fudżi ( 3776 m.n.p.m).  

Byliśmy już nad wschodnim krańcem Azji, nad zachodnim Pacyfikiem a czułyśmy się jakby to był sam kraniec świata.

Za chwilę staniemy na tej egzotycznej , dziwnej, niepokojącej ziemi. W kraju leżącym na styku płyt tektonicznych, osaczeni zasięgiem „ ognistego pierścienia Pacyfiku” z  trzęsieniami ziemi, falami tsunami, wybuchami wulkanów i sierpniowo wrześniowych wizytami tajfunów. Na szczęście był kwiecień, miesiąc tu najspokojniejszy , więc czekałyśmy na spotkanie z Japonią bez lęku, coraz bardziej zaciekawione i właściwie radosne.

    Jak teraz doczytałam w Wikipedii , poza 4 dużymi wyspami (Hokkaido, Honsiu, Sikoku i Kiusiu), o czym wiedziałam, Japonia posiada jeszcze 6848 mniejszych wysp, tworząc łańcuch na długości 3,3 tys. km.  Wszystkie wyspy są   pokryte wysokimi górami . Dlatego połowa ludności mieszka w wielkiej ciasnocie na 13 % powierzchni kraju , zasiedlając  wąski nadmorski pas nizin rozciągających się od Tokio a Osaką i Nagoją, do której teraz zmierzaliśmy.

Jaka będzie dla nas Japonia w te siedem dni pobytu ? Czy chłodna jednakowym dla nas wyglądem ludzi, wiecznie zapędzonych czy znajdziemy jakieś ciepło? Spotkanie w samolocie napawało optymizmem, ale jak będzie naprawdę?

Z takimi pytaniami oczekując na lądowanie  usłyszałyśmy dyspozycję” zapiąć pasy” i po chwili  samolot usiadł lekko na płycie lotniska. cdn

 

 

Jeden Taki Dzień- moje 66 urodziny. ( 2 ).

Jeden Taki Dzień ( 2 )

 

Do czasu przyjazdu naszych dzieci pogoda była nieszczególna, mgły rankiem wstawały wielkie i znad Kotliny Żywieckiej wpełzały na zbocza gór, coraz wyżej i wyżej. Śledziłam to zjawisko z niepokojem, bo prognozowało dni z chmurnym niebem a nawet deszczowe opady.

    Tego pamiętnego dnia, 28 września, jak zwykle wstałam wcześnie i zwyczajowo wylazłam przed domek, by się przywitać z górami i obejrzeć czy wstaje słońce. Tutaj wschody słońca bywają przecudne, krwiste a łuna na niebie poprzedzająca pojawienie się ognistej kuli potężnieje aż do bólu oczu. Widoki takie możemy obserwować dopiero po wyjściu na zewnątrz, na niewielki taras naszej małej chałupki. Bowiem jej okienka są zlokalizowane tak, że umożliwiają jedynie widok północny i południowy.

Chwilę   później już kroczyłam ulicą=drogą Południową dalej wpatrując się w ogromny, szeroki, iście alpejski krajobraz.

I czułam się jak królowa tego pejzażu. Tutejsze widoki nie przytłaczają nie przynoszą  uczucia że jesteś małą drobinką zupełnie zdominowaną przez przyrodę. Tak się czuję w Tatrach przygnieciona ogromem i potęgą gór. Tutaj Bóg był łaskaw dla nas, robaczków pełzających po tej ziemi i ofiarował wielką przestrzeń, gdzieś daleko ozdobioną szczytami gór i pasmami łagodnymi, pokrytymi leśną pierzyną….

I właśnie  wtedy ujrzałam  wielkie mgły w całej okazałości – Boże jak ja uwielbiam te widoki i ten wielki teatr przyrody rozgrywający się przede mną.   

Widok to iście niezwykły, czuje się  królewską łaskawość gór gdy te czasem nieco uchylają swoje mgliste szaty,  pokazują fragmenty swojej urody a potem przekornie znowu wdziewają szare okrycie. Czasami widok to iście filuterny, gdy szatki strzępiaste a czasem poważnie zasępiony…

I teraz też góry początkowo szczelnie spowite mgłami powoli jak w filmie o bardzo zwolnionym tempie zdejmowały peleryny  utkane z mgieł  i wyłaniały się w całym swoim majestacie. Tego dnia  mgły spływały bezszelestnie w dół , ku kotlinie i wkrótce Skrzyczne, wododajne Skalite, znacznie niższy  Niesłychany Groń i Palenica a potem już Babia Góra, Pilsko, Romanka widoczne na dalekim wschodniopołudniowym horyzoncie stanęły nagie w płonącej czerwienią i rudością jesiennej  bukowej bieliźnie. Tkwiła nieruchomo w wielkim zachwycie… 

Widziałam też, już od dziecka wiedziałam, bo Rodzice mi to pokazali,  że owo spływanie mgły z gór  poprzedza nadejście pięknej pogody . I tak się stało….

 

 

1.JPG

 

 

 

1a.JPG

 

 

 

3.JPG

 

 

 

5.JPG

 

 

 

 

1.JPG

 

 

 

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 16 )

W miarę oddalania się od beskidzkich krajobrazów, Stefa łagodniała.

Jakby ta silna magnetyczna złowroga siła , która łączyła ją z miejscem urodzenia i tamtymi ludźmi słabła, rozluźniała się .

Powoli ta niewidzialna pętla puszczała i poczułem jej głowę na swoim ramieniu.

Może tylko zasnęła i mimowolnie się o mnie oparła, ale wolałem to interpretować po swojemu, optymistycznie dla mnie.

Wyobrażałem sobie, że do mnie wraca, że jest moja i tylko moja.

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 13 )

Cały spocony, jak przez mgłę , słyszałem śmiech mojej wybranej.

Była góralką od urodzenia i znała góry, pokonując ich zbocza od wczesnego dzieciństwa. Przecież kiedyś opowiadała jak ze starszą o dwa lata przyrodnią siostrą- Kaśką chodziły na jagody na Skrzyczne a nawet kiedyś Mama spadła w dół i staczając się gwałtownie , obijając o skały.

Wtedy ocalił jej życie stary pień jodłowy. który znalazł się na jej drodze.

Nie wyobrażałem sobie wtedy tego nawet w ułamku procenta.

Poznałem to teraz i nie było mi do śmiechu.

Spocony i brudny wreszcie wylądowałem u podnóża góry.

W strumieniu, który płynął na dole umyliśmy się, trochę odpoczęliśmy i powędrowaliśmy do domu Stefy.

Żwirowa droga przez wieś była długa żmudna i rozpalona słońcem.

Ale to nie był koniec moich cierpień.

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 12 )

 Dodatkowo moją sytuację pogorszyły kolejne wydarzenia . 

Oto któregoś dnia Stefa postanowiła pokazać mi góry z bliska.

Wybraliśmy się więc na Skrzyczne, górę, która królowała nad wsią.

Wydawało się, że ma dość łagodne zbocze.

Cieszyłem się, gdy powoli zbliżaliśmy się do jej podnóża.

Pachniał cudnie wielki las, a ścieżki wydawały się wyraźne i dostępne.

Wdrapywaliśmy się w górę, sapałem, ale dorównywałem kroku Stefie.

Po pewnym czasie miałem wszystkiego dość.

Szczytu góry nie było widać a wędrówka była trudna i ciągle się wydłużała .

Myślałem wtedy, pocieszając się, że łatwiej będzie z powrotem.

Wszak zejście z góry powinno być bezproblemowe.

Gdy wylądowaliśmy na szczycie, widok na sąsiednie góry i wielką kotlinę leżącą u stóp zapierał mi dech.

Było cudnie.

Siedziałem wśród krzaków kosodrzewiny, na jednej ze skał, obok miałem swoją Stefą i niczego więcej nie potrzebowałem do pełni szczęścia.

Potem rozpoczęliśmy powrót.

I tutaj przeżyłem swoisty szok.

Droga w dół, wbrew moim wyobrażeniom była katastrofalna.

Nogi gnały do przodu, traciłem równowagę, hamowałem z całych sił mięśniami ud.

Nogi mi cierpły , kamienie pod stopami się rozchodziły, pryskały spod powierzchni, traciłem równowagę.

Ponadto  czułem zawrót głowy patrząc w dół gdzie zda się wciągały urwiska i miałem wrażenie, że się oderwę od tego stromego zbocza i zacznę spadać.

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty (8)

 Nasza podróż trwała pełne  dwa dni.

Bryczką mojego Taty dotarliśmy do stacji kolejowej, oddalonej o 12 km od Rakowa, potem już koleją żelazną do Wilna, skąd braliśmy pociąg do Warszawy.

W Warszawie zmienialiśmy dworzec i znaleźliśmy się pociągu do  Bielska Białej.

 Samotni w przedziale przytulaliśmy się do siebie, usiłując w ten sposób dodać sobie odwagi. Wiedziałem co przeżywa Stefa. A może nawet nie wiedziałem jak bardzo się bała. Nic nie mówiła, ale gorączkowo szukała mojej dłoni. Czułem, że pragnie wsparcia jak nigdy dotąd.

Ożywiła się tylko w okolicach Pszczyny.

Stanęła przy oknie i poprosiła, bym patrzył razem z nią. Wstałem, objąłem ją ramieniem najczulej jak potrafiłem i czekaliśmy. I wtedy zobaczyłem w dali ogromne, niebosiężne strome lesiste zbocza.

To były Jej góry. Beskidy zajmowały cały horyzont i ten widok powodował, że wstrzymywałem oddech.

Nigdy przedtem nie widziałem prawdziwych gór.

Po chwili krajobraz złagodniał i wydało się, że góry odpłynęły.

Wjechaliśmy do kotliny Żywieckiej, powiedziała.

Moja jesteś góralko, szeptałem i może jeszcze jakieś słowa, a może to były tylko myśli stłoczone w mojej głowie .

Po kolejnej przesiadce dotarliśmy do Łodygowic.

Na ulicy obok dworca zauważyłem masywnego, czarniawego  chłopaka, który stał obok pięknie przystrojonych koni zaprzężonych do ładnej czyściutkiej bryczki.

Intuicyjnie pomyślałem, że to pewnie ktoś z rodziny mojej wybranej. Oczywiście nie byłem do końca pewien, czy w ogóle ktoś nas spotka. Okazało się , że był to brat  Stefy- Szczepan. Potraktowałem to jako dobry dla nas znak .

Wyładowując bagaże, kątem oka zerkałem na powitanie  brata z siostrą.

To powitanie było nawet czułe co nie bardzo korespondowało z opowieściami o chłodnej naturze  górali . Nabrałem więc nadziei, że nie taki diabeł straszny, jak mówią niektórzy.

 Gdy zbliżyłem się do Szczepana, ujrzałem niechęć  w jego oczach i już wiedziałem, że jestem tutaj nieproszonym gościem.

 

Opowieści mojej Mamy. Wyprawy w góry.

 

Uczennice Seminarium Nauczycielskiego pod Giewontem. Jest rok 1925. Zdjęcie z rodzinnego albumu, podpisane rękę mojego Taty.

 

 

W Seminarium są organizowane  wycieczki w góry .

Beskidy , Tatry są na wyciągnięcie ręki. I na szczęście wyjazdy nie są kosztowne.

 

Potem wędrują górskimi szlakami, odziane w długie spódnice. Nie wiem jak to jest możliwe, że te spódnice nie przeszkadzają w pokonywaniu wspinaczki. Ale to takie czasy, gdy dziewczyny w spodniach to jedynie wyraz ekstrawagancji. Tak więc opatulone w swoje kreacje lądują na Giewoncie , co widać na załączonym zdjęciu. Na głowach mają obowiązkowe czapki z ładnym monogramem na czole.

Dziewczyny czekają na te wyprawy, nie straszne im trudy, bo widoki zapierające dech w piesiach dodają im skrzydeł.

 

Gdy córka mojej kuzynki, nauczycielka w szkole w Łodygowicach, miejscowości u podnóża Beskidu Małego , zapalona miłośniczka górskich wędrówek, zabiera młodzież ze swojej szkoły na kilkudniowe wyprawy, spotyka się z zarzutem rodziców, że dzieci są przemęczone po łażeniu w góry. Nawet trudno to skomentować. Czy to znak czasów? Nadopiekuńczość to czy głupota? Co wyrośnie z tych dzieci?

Na medycznej ścieżce. Przygoda doktor Kapuścińskiej.

Jak już napisałam wcześniej na VI roku studiów mieliśmy zajęcia w IV Klinice Chorób Wewnętrznych AM w Warszawie , którą kierował Prof. Z. Askanas uznawany za ojca współczesnej kardiologii.

W tym zespole panował nastrój luzacki, mimo, że sam profesor wydawał się nam dostojny i  poważny. Po zakończeniu porannych obchodów, ustaleniu zleceń i opisaniu stanu pacjentów w ich historiach chorób, nadchodziła pora na niewielką przerwę kawową i wówczas to można było  sobie pozwolić  na pogaduszki.

Spośród wielu dowcipnych i gadatliwych lekarzy zapamiętałam dr. Kapuścińską. Pewnie nie należała do zespołu kardiologów, może była tam tylko na stażach- nie wiem, bo później została profesorem i szefem zakładu radiologii AM.

Opowiadała, że ona i kilka jej przyjaciół z tej kliniki w każdą sobotę  wyjeżdżają  nocnym pociągiem do Zakopanego na narty . Wracają w niedzielę również nocnym pociągiem, a z dworca mają nieomal rzut beretem do pracy. Tak więc w poniedziałek raniutko ze świeżymi siłami, startują do swoich pacjentów.

Nie byłam pewna, czy faktycznie po podróży sławną „ rzeźnią” czyli nocnym pociągiem z Warszawy do Zakopanego i odwrotnie można być wypoczętym, ale opowiadali o tym z taką werwą i radością, że w końcu uwierzyłam.

Jedna historyjka dr Kapuścińskiej pozostała w mojej pamięci. Otóż kiedyś na stoku poczuła nieprzepartą potrzebę fizjologiczną. Nie miała wyjścia, więc wypatrzyła kilka gęstych i niskich smreczków powyżej trasy narciarskiej i tam rozpoczęła żmudne rozpinanie i zdejmowanie kombinezonu. Nie wiem jak wyglądają one teraz , ale w owych czasach stanowiły jednolitą całość i wysiusianie się nawet w dogodnym miejscu wymagało zdjęcia całej góry  co zajmowało sporo czasu. Nasza przemiła dr Kapuścińska dokonała tej sztuki niezwykle sprawnie, oczywiście nie zdejmowała przy tym nart, bo takiej potrzeby nie było ,  po czym nagle straciła grunt pod nogami. I z wielkim wrzaskiem zaczęła gwałtownie zjeżdżać w dół.

 Oczywiście wszyscy  się zatrzymali i myśleli, że trzeba przyjść z pomocą. Ale po chwili ryczeli ze śmiechu, pokładał się cały stok narciarzy. A dr gnała coraz szybciej w dół w przysiadzie  usiłując nawlec na siebie rozwiewające  się połacie kombinezonu . Na dole zaryła się w kopny śnieg i jedynie jej biała pupa wskazywała na miejsce ostatecznej klęski. 

Ale wszyscy byli młodzi, mieli wielkie poczucie humoru i to wydarzenie było przez nich powtarzane wielokrotnie jako świetny przerywnik trudów i niepokojów codziennej pracy….

 

Beskidzkie spotkanie z salamandrą plamistą.

 

Moja rozmówczyni na beskidzkiej drodze ku przełęczy Siodło wiodącej z Godziszki do Szczyrku

 

 

Nie lubię, jak mnie nazywają płazem ogoniastym. Wolę być salamandrą ale najbardziej jaszczurem ognistym lub jak mówili Persowie” żyjącą w ogniu” – powiedziała.

  Zwykła urządzać nocne imprezy ale tym razem wyszła na spacer w dzień. Może wiedziała, że się spotkamy…

Przypominała gumową zabawkę z mojego mglistego już dzieciństwa. Lśniła asfaltową czernią ozdobioną jaskrawożółtymi plamami na grzbiecie.

Gdy mnie zobaczyła, zachowała się jak zwykle. Nie uciekała. Znieruchomiała. Usiłowała  wtopić się w tło. Oczywiście na szarej drodze wiejskiej było to zupełnie niemożliwe. Zrobiłam zdjęcie.

Czułam się dziwnie, bo stale czułam jej wzrok.  Może usiłowała  mnie zahipnotyzować? Chyba jej się to udało, bo zaczęłam z nią rozmawiać…

– Jestem samotnym drapieżnikiem – powiedziała. – Wiem, że jestem piękna i niepowtarzalna. Na całym świecie żadna z nas nie ma takiego samego układu żółtych lub pomarańczowych plam. Mam rodzinę w różnych krajach Europy. Uwielbiamy Hiszpanię , Francję, Szwajcarię. W Polsce mieszkamy jedynie w niskich partiach nieomal wszystkich gór. Bardzo lubimy wilgotne lasy bukowe.

Nie lubimy podróżować, więc nie zapuszczamy się w północne okolice kraju. Zapytałam dlaczego, ale odpowiedzi nie otrzymałam.

Ale za to kontynuowała opowieść.

– Opowiadali mi dziadkowie, że Persowie nazywali mnie „ Żyjąca w ogniu”. Takie nazwy mi się podobają , podobnie jak nazwa jaszczur ognisty… Kiedyś polubiłam pewne miejsce pod Tatrami, w sąsiedztwie ciepłych źródeł. Miejscowi nazwali to miejsce Jaszczurówką. Jestem z tego dumna.

 W pewnej chwili ziewnęła szeroko i zobaczyłam  dwa rzędy drobnych zębów oraz zęby na środku podniebienia.

Przeciągnęła się. – Niedawno zbudziłam się z zimowego, dość długiego snu – oznajmiła.

– Jestem dość leniwa, nie poluję na ruchliwe owady, zadawalam się nagimi ślimakami.

Teraz dla ochłody zanurzę w wodzie strumyka  moje czteropalczaste przednie i pięciopalczaste tylne nogi. Nie umiem pływać, więc wybiorę jakieś płytkie miejsce na płaskich kamieniach…

 Chciałam się pożegnać. Wyciągnęłam dłoń. – Uważaj – powiedziała. – Moje gruczoły produkują jad. Dla ludzi nie jest groźny, ale może podrażnić skórę lub oko.

Mój jad podobno przyjemnie pachnie – rozmarzyła się. – Pachnie waniliowym ciastkiem. Moje toksyny mogą też pomagać w medytacji, ułatwiają wchodzenie w trans oraz powodują halucynacje.

 

Nie dotknęłam tej pięknej gumowej nibyzabawki, zjawiskowo kuszącej  asfaltową czernią i   żółtymi jaskrawymi plamami .

A może dotknęłam. Kto to wie?