

Widoki z okna samolotu. Góry Japonii. Na drugim zdj. stożek Fudżi. Za chwilę lądowanie…
Obudziły nas stewardessy, oznajmiając, że już dzień. Zdjęliśmy gustowne opaski z oczu, które nam przedtem wręczono, wysupłaliśmy się z koców i przydzielonych skarpet, bo noc była zimna, wszak za oknem minus 50 stopni bywa a może nawet poniżej. Podnieśliśmy zasłonki z okien , buchnęła jasność słoneczna.
Noc została w kraju a tu był dzień.
W świetle dnia wszystko stało się przejrzyste, spokojne i miało inny wymiar.
Z Kaśką spotkałyśmy się pod toaletą i ustaliłyśmy, że jednak warto pogadać z poznanym Polakiem.
Tak też zrobiłyśmy, zagadując gdzie mieszka etc. Ucieszył się ogromnie i chętnie opowiadał. Jego egzotyczna uroda w świetle dnia nieco zbladła, wyjaśnił, że urodził się na południowej granicy polsko- ukraińskiej, w czasie akcji Wisła jego rodzinę przesiedlono do Górowa na Warmii. Tam część pozostała a on z matką wyjechał do Kanady. Ot, taki często spotykany szlak ludzi stamtąd wypędzonych.
Studiując w Kanadzie, dostał stypendium do Tokio. I tam poznał swoją obecną żonę, która z miłości ale jak twierdzi z nagłego natchnienia porzuciła swoją religię shinto i została bardzo pobożną chrześcijanką.
Stefan, bo tak miał na imię nasz profesor oznajmił, że się nami zaopiekuje w swoim rodzinnym teraz mieście Nagoi. Wprawdzie miałyśmy już opracowaną trasę dojazdu z lotniska do hotelu, ale chętni przystałyśmy na propozycję już zaciekawione nową sympatyczną znajomością. Profesor dał nam swoją wizytówkę z numerami telefonów, obiecałyśmy zadzwonić po obradach kongresowych.
Tymczasem za oknem samolotu zniżającego swój lot, pojawiły się góry Japonii , przez moment przesunął się samotny stożek najwyższego szczytu Fudżi ( 3776 m.n.p.m).
Byliśmy już nad wschodnim krańcem Azji, nad zachodnim Pacyfikiem a czułyśmy się jakby to był sam kraniec świata.
Za chwilę staniemy na tej egzotycznej , dziwnej, niepokojącej ziemi. W kraju leżącym na styku płyt tektonicznych, osaczeni zasięgiem „ ognistego pierścienia Pacyfiku” z trzęsieniami ziemi, falami tsunami, wybuchami wulkanów i sierpniowo wrześniowych wizytami tajfunów. Na szczęście był kwiecień, miesiąc tu najspokojniejszy , więc czekałyśmy na spotkanie z Japonią bez lęku, coraz bardziej zaciekawione i właściwie radosne.
Jak teraz doczytałam w Wikipedii , poza 4 dużymi wyspami (Hokkaido, Honsiu, Sikoku i Kiusiu), o czym wiedziałam, Japonia posiada jeszcze 6848 mniejszych wysp, tworząc łańcuch na długości 3,3 tys. km. Wszystkie wyspy są pokryte wysokimi górami . Dlatego połowa ludności mieszka w wielkiej ciasnocie na 13 % powierzchni kraju , zasiedlając wąski nadmorski pas nizin rozciągających się od Tokio a Osaką i Nagoją, do której teraz zmierzaliśmy.
Jaka będzie dla nas Japonia w te siedem dni pobytu ? Czy chłodna jednakowym dla nas wyglądem ludzi, wiecznie zapędzonych czy znajdziemy jakieś ciepło? Spotkanie w samolocie napawało optymizmem, ale jak będzie naprawdę?
Z takimi pytaniami oczekując na lądowanie usłyszałyśmy dyspozycję” zapiąć pasy” i po chwili samolot usiadł lekko na płycie lotniska. cdn