W miarę oddalania się od beskidzkich krajobrazów, Stefa łagodniała.
Jakby ta silna magnetyczna złowroga siła , która łączyła ją z miejscem urodzenia i tamtymi ludźmi słabła, rozluźniała się .
Powoli ta niewidzialna pętla puszczała i poczułem jej głowę na swoim ramieniu.
Może tylko zasnęła i mimowolnie się o mnie oparła, ale wolałem to interpretować po swojemu, optymistycznie dla mnie.
Wyobrażałem sobie, że do mnie wraca, że jest moja i tylko moja.
