Małgosia Happach nadal jest z nami….


Zdjęcie Małgorzaty Happach z d. Hałdyj i poniższy tekst Pożegnania otrzymałam od Jej siostry- Iwony Wilkońskiej

Kochana Małgosiu,

Wczoraj do późna w  nocy oglądaliśmy filmy na których nas rozbawiasz i taką chcemy Cię zapamiętać.

 Strasznie trudno jest się pogodzić z Twoim odejściem.

Byłaś ogromną indywidualnością. Osobą nieprzeciętną. Tak było od zawsze.

W szkole najlepsza uczennica, wspaniała recytatorka, dziewczyna uzdolniona artystycznie, gwiazda kółka teatralnego w Krasnymstawie.

Matura w wieku 17 lat.

Byłaś trochę za młoda i wstydziłaś się powiedzieć rodzicom, że chcesz zostać  aktorką.

Twoim marzeniem było granie na  scenie, a jednak wybrałaś studia medyczne.

Marzyłaś o wyjeździe do Afryki jako lekarz. Przygotowaniem do tej przygody były studia na wydziale afrykanistyki, gdzie zaraz w październiku spotkałaś cudownego chłopaka. Miał wszystkie cechy prawdziwego mężczyzny: rycerski, odpowiedzialny , ujmująco miły. A przy tym przystojny. Witek gdańszczanin miał podobne pasje : góry, sport, Afryka….

Wielka miłość z wzajemnością.  Ślub , a potem dzieci. Najpierw Blanusia, a półtora roku później Mareczek. 

Ten radosny czas trwał bardzo krótko. Dwa tygodnie po urodzinach synka Witek zginął w wypadku samochodowym.

Tragedia niewyobrażalna.

Od tej chwili musiałaś być herosem, bohaterką.

 I byłaś nią. Pracowałaś ponad siły,  robiłaś kolejne specjalizacje, starałaś się zapewnić Blance i Markowi normalne życie.  Mimo ciągłych trudności finansowych zabierałaś  dzieci  w góry, nad morze, na żagle.

 Chciałaś żeby były wysportowane i szczęśliwe.

Blanka i Marek wyrosły na mądrych, szlachetnych ludzi.

To Twoja zasługa Małgosiu.

 Mimo takich ciężkich życiowych doświadczeń byłaś osobą pogodną, otwartą na świat i ludzi.

Miałaś ogromne poczucie humoru, umiałaś się śmiać

 z samej siebie i wszędzie wychwycić zabawne sytuacje.

A poza tym byłaś ogromnie wrażliwa na piękno . Umiałaś tyle wierszy i prozy na pamięć.

 Miałaś swoje ulubione obrazy.

I  ciągle się kimś zachwycałaś.

Najwięcej mówiłaś chyba jednak o ostatniej pracy na Majdańskiej. Byłaś pełna podziwu dla rehabilitantów, którzy tak skutecznie przywracają ludziom sprawność. Jacy oni są mądrzy- słyszałam. Zachwycałaś się Iwonką i Mikołajem. Innymi też.

Byłaś bardzo wierna w przyjaźni.

 Jeśli ktoś potrzebował pomocy byłaś przy nim natychmiast.

Każdego  wyrywałaś  od śmierci. Nie godziłaś się z odchodzeniem ludzi.

Zawsze szukałaś jakiegoś sposobu ,żeby ulżyć w cierpieniu, przedłużyć życie.

  Byłaś też bardzo wrażliwa na losy Ojczyzny.

 Czytałaś nam często na głos wzruszające fragmenty z literatury poruszające tematy  związane z Polską.

A czytałaś pięknie!

Dla mnie Małgosiu byłaś cudowną ,kochającą siostrą, towarzyszką wszystkich wypraw, przygód narciarskich  i artystycznych.

 Grałaś nawet w „Weselu” wystawionym po francusku. Ja byłam Radczynią, a Ty Kliminą.

 Powtarzałyśmy sobie tę rolę na wyciągu w Białce.

Kochana Małgosiu, nie wypowiem swego żalu, ale wiem, że tak chciał  Bóg.

 Wiem też, że zawsze byłaś pod wrażeniem pożegnań odczytywanych w imieniu zmarłych na pogrzebach.

Dlatego chcę dzisiaj ja w Twoim imieniu pożegnać tych, których kochałaś.

 Żegnasz Blankę i Marka, dzieło Twego życia,  Jarka , Marlenę, swoje Wnuki: Stasia, Antosia i Karolka, brata Michała,  Joasię, Ewę z mężem  Krzysztofem i Marianką, Iwonkę-swoją siostrę, Jurka i Misię, ich córeczkę Rozalkę .

 Delfinę czyli Nulkę, z której byłaś zawsze dumna, Antka-chrzestnego  syna , Wojtka, Wiesia, Hanię i Jacka. Wojtkowi dziękujesz szczególnie za długie spacery po Piastowie, kiedy byłaś już ciężko chora.

 Wiesiowi za opiekę w domu.

Żegnasz przedstawicieli Bobrowa i całej rodziny Haładyjów od strony Tatusia.

Żegnasz Ulę i rodzinę Fideckich.

 Żegnasz też  z całego serca swoich Przyjaciół.

 Kiedy byłaś już chora najczęściej wołałaś „ Basiu, Basiu.

Chodziło Ci o Panią Basię Regulską, która pomagała Ci najdłużej i zawsze umiała się z Tobą porozumieć, nawet wtedy kiedy inni już nie mogli.

Żegnasz Basię i Darka Laskowskich, którzy byli 

 w twoich oczach przykładem na to, że małżeństwo jest wspaniałym sposobem na życie.

Zegnasz kochaną, zawsze pełną życia kuzynkę Marysię Haładyj.

Żegnasz swoje cudowne koleżanki : Lidkę  Stubińską z Baszkiem i Mieszkiem, którymi byłaś zachwycona, Pana Krzysztofa zawsze gotowego ,żeby poradzić w skomplikowanych sprawach, Ewę Dzierżawską, Zosię i Grażynkę Konopielkę, jej syna Jasia, Mirka Konopielkę, który zawsze służył radą, Marysię Garstecką, Alę Świetlicką i  najlepszą przyjaciółkę  z czasów  liceum- Malinę Matysiak.

Żegnasz dr Klimczaka, który w pewnym okresie  stał się  legendą i był cytowany bardzo często ”A Klimczak powiedział”….”A Klimaczak uważa,że…”

 Żegnasz dr Moskalewicz, której życzliwość zawsze odczuwałaś. Iwonkę z działu szkoleń w Instytucie Reumatologii.

Żegnasz dr Wasiaka  z przychodni reumatologicznej na Kena, gdzie tak dobrze Ci się pracowało. Bardzo lubiłaś Córki Pana Doktora, które pracowały w administracji

i też na pewno chcesz im podziękować za serdeczność, którą Ci okazywały.

Żegnasz na pewno  wspaniałą grupę młodych rehabilitantów z ulicy Majdańskiej Iwonkę, Mikołaja,

 Dr Tomasza, dr Muszyńską. Tę pracę kochałaś!

 Żegnasz Małgosiu żeglarzy, Basię, Darka, Państwa Żaglewskich.

 Żegnasz Pana Rajmunda  Sznabla z żoną i synami.

Żegnasz przyjaciół twojej siostry, którzy zawsze Cię bardzo lubili : Anię i Mirka z Piastowa, Dorotę Korkozowicz, Iwonkę i Artura Mączkę, Misię i Michala Heine.

Żegnasz  zawsze wiernych  teściów Jurka  ze Śląska:  śliczną Basię i Leona , żegnasz Halinkę Pawłowską  z  którą  spędziłaś wiele miłych chwil i która zawsze gościła Cię wraz z Iwonką w Krasnymstawie., kiedy nie było już domu rodzinnego na Czerwonego Krzyża.

Żegnasz sąsiadów z ulicy  Sonaty 2, Rodzinę Państwa Regulskich, Panią Grażynkę  , Księdza z tej samej klatki schodowej, żegnasz Księdza Maja, byłego Proboszcza Parafii św. Katarzyny , córki Pani Danusi z przeciwka.

Żegnasz wszystkich tych, którzy przyszli tu dzisiaj i stoją zasmuceni.

Prosisz o przebaczenie tych, których nie wymieniłam.

i  serce Ci pęka , bo chciałabyś jeszcze z nami być, rozbawiać nas,  rozśmieszać, ale  tam  na drugim brzegu  u  Pana Boga czeka kochający  Witek, Rodzice, Dziadkowie….

Chciałabyś powiedzieć kocham Was, bądźcie zdrowi, żyjcie długo,  dbajcie o Polskę, niech Was Bóg strzeże. brońcie Polski!

  Małgosia

Marku, bez Ciebie już nic nie będzie takie samo…


Właśnie kwitnie jabłoń. Ten kwiat tak piękny, delikatny, przejrzysty ale pełen sił witalnych wyobraża Waszą Miłość- Sylwio i Marku….niech w nas zostanie pamięć o Niej zobrazowana tym właśnie kwiatem. Daję Wam go do stóp….

Gdy odszedłeś tak nagle, bez pożegnania Marku Grupo, już nic nie będzie takie samo. Już nie będzie bladych świtów, otwieranych z drżeniem oczekiwania smartfonów, zdjęć na Fb i pięknych Waszych opowieści o Najpiękniejszej Miłości w Życiu, która zdarza się tylko raz.

             Dlaczego nam to zrobiłeś Marku? Dlaczego nas zostawiłeś?

Kochającą pogrążoną w bezdennej rozpaczy Żonę. Nawet nie wiemy jak Ją pocieszyć, bo  słowa, przytulenia ani wspólne łzy nadaremne. Zostawiłeś nas, przyjaciół którzy Cię znali tylko z FB i codziennie czerpali siłę i radość płynącą od Was. 

             Dlaczego nas zostawiłeś tak nagle, nie byliśmy przecież przygotowani. Może   wybrałeś to nagłe odejście bo nie chciałeś nikomu sprawiać kłopotu w nieznanej przyszłości ?  Może już myślałeś o tym wcześniej, potajemnie, nikomu nie mówiąc, a tym bardziej swojej Ukochanej- bo się bałeś, że przyjdzie czas gdy bezradność i potrzeba opieki przekroczy siły najbliższych. Nie chciałeś umierać jako starzec niepotrzebny nikomu. Więc wybrałeś odejście w zdrowiu i w pełni Miłości swojej i Sylwii ?      

Zostawiałeś nam  pamięć i Wasze radosne zdjęcia  pod powiekami- a to Marek szyjący na maszynie maseczki w czasie pandemii, piekący ciasteczka, czekający z kawą na Żonę, Marek wtulony w Sylwię, wyprowadzający Wasze pieski i wylegujący się z kotem na piersi. Ten czas piękny zamknęliście w kadrach Waszych opowiadań, zdjęć i dobrych rozmów.  I za to Wam dziękujemy. Na pewno będą nikłym wprawdzie pocieszeniem po stracie, ale nie raz dadzą nam, oglądającym- radość i uśmiech.

               A może zapragnąłeś tak jak Wielki Aktor umrzeć  na scenie życia  w pełni sił twórczych i tak zaprogramowałeś swoje przejście na drugą stronę by było mocne, wyraziste a przez to Wstrząsające i Nigdy Niezapomniane.  Nie, to do Ciebie nie podobne. Ty zawsze szarmancki, otwierający drzwi samochodu gdy wsiadała Sylwia,  głęboko ludzki, empatyczny i czuły. Nie, Ty nie chciałeś być Wielkim Aktorem  kończącym życie na swojej ukochanej scenie….to do Ciebie jakoś nie pasuje, choć niewiele znałam poza facebookową opowieścią…..

              Może Wasze zwierzątka, którym kiedyś daliście prawdziwy czuły dom gdy odchodziły na Drugi Brzeg – bo przez lata było u Was ich tyle,  tak bardzo tęskniły za Tobą Marku, że zakłócając Stwórcy błogi  niebiański nastrój wreszcie wymusiły na nim wezwanie do nieba. A teraz powitały radosne jak dawniej, radosne w dwójnasób, bo odzyskały Ciebie i obiecały czekać z Tobą na nas wszystkich.Tak, to Stwórca myśląc w swoim   samolubnym umyśle, bo mu płaczące kotki przeszkadzały , uznał  że na Ziemi zostanie Sylwia ale otoczona przyjaciółmi nie odczuje straty- zabrał  Ciebie byś te kotki uspokoił wreszcie.   

                Jakże Bóg się pomylił. Przecież on nie zna  ludzkiej Miłości, wagi ludzkiego  życia, bo przecież patrzył obojętnie na holocaust i nie zareagował. Nielitościwy choć wszechmocny Bóg. Jakże okrutny dla ludzi.

             Czy Bóg w ogóle istnieje? Choć widzimy go jako najdoskonalszego Programistę w odradzającej się przyrodzie, w doskonałości budowy każdego stworzonka w sile nasionka z którego powstaje życie…..

         Czy ten Programista dobrego i złego istnieje, Ty już wiesz, Marku, bo dotykasz PRAWDY….

Szczęśliwy za życia bo Nieogarniona Miłość Twojej Żony opromieniała lata gdy spieszyłeś do Niej z biciem serca, oczekiwany i upragniony. Czegóż chcieć więcej od życia, które niektórzy spędzają w samotności.

        A może Najwyższy zazdrościł Wam tej pięknej Miłości bo był sam. Odwiecznie sam……. Okrutny, nie znający  co to Miłość i Miłosierdzie, starotestamentowy Bóg….samotny we wszechświecie….. takim się wydaje w chwilach kiedy robi nam krzywdę…..takim go widzieli ludzie żyjący przed ponad 2000 tysiącami lat.  Może jednak mieli rację ????

Marku, Ty poznałeś już PRAWDĘ , można nam opowiesz jeśli nie teraz to przy najbliższym spotkaniu.

Do zobaczenia Marku…….

U nas od wczoraj już nic nie będzie takie samo….. pozostają wspomnienia, zdjęcia, Wasze słowa i NADZIEJA NA SPOTKANIE  …..

Będzie PIĘKNIE !!!!

Pożegnanie Andrzeja Skrzypca

Nieodłącznym Przyjacielem Pana profesora Witolda Ramotowskiego był Andrzej Skrzypiec- sąsiad z warszawskiego Mokotowa i z działki nad Bugiem….spędzali ze sobą dużo czasu, razem wyjeżdżali. Z tego okresu, sprzed wielu, wielu lat przetrwała opowieść Pana Profesora. Kiedyś przebywali razem w Odessie, na wczasach. Zainteresowana kelnerka, usiłowała się wdzięczyć do obu Panów- bo przystojni, jeszcze młodzi, urodziwi i pewnie bogaci, bo z Polski. Jednym słowem- Panowie w jej pojęciu „do wzięcia”. Przy kolejnej, już dość natarczywej próbie zadziałania swoimi wdziękami, minkami etc, w końcu zagadała- a panowie sami, może potrzebują towarzystwa.  Wtedy Andrzej odpowiedział unosząc znad talerza niewinne oczęta- my sobie sami wystarczamy 🙂 . Panienka odskoczyła jak oparzona, popatrzyła dziwnym wzrokiem …..i od tej pory chłopaki miały spokój…..w jeszcze dawniejszych czasach, razem z Rodzinami ( obydwaj mieli po 2 córki) , wyjeżdżali Syrenami do Chorwacji, czy Jugosławii. To silne więzy, wspólne wspominki z młodości – nie to co nasza znajomość- stosunkowo świeża i pozbawiona młodzieńczego wdzięku. Ale za to trwała, emocjonalna, pełna uwielbienia dla wielu talentów Pana Profesora i Jego Głęboko Ludzkiego Serca dla wszystkich….nie zapomnimy czasów, gdy Andrzej, zapraszany na kawę do altanki Pana Profesora, wypatrywany, w końcu docierał , siadał naprzeciwko nas i na moje pytanie- czy kawę wypije- prosił o wodę….opowiadał ciekawie o swoich zawodowych przeżyciach- wielu wspólnych z Mirkiem, bo kiedyś razem pracowali. Opowieściom nie było końca…..miłe chwile w Azylu, już nie wrócą- były minęły….i dziękujemy Panu profesorowi i Andrzejowi za ten darowanym nam piękny czas pod nadbużańskim niebem , wśród ptasząt i woni świeżych nadrzecznych łąk…..

 

Zastanawiałam się, czy coś napisać tytułem wstępu, bo nadal nie mogę poskładać myśli, więc będzie nieporadnie. Potem opiszę historię naszej znajomości i wreszcie Przyjaźni…potem…. Andrzeja Skrzypca znało bardzo wiele osób , ale odszedł tak niespodziewanie, że niektórzy mogą o tym nie wiedzieć……Andrzej  jest nadal wśród nas, tak jak zawsze i wiosną znowu spotkamy się nad Bugiem, na  działce  której był Autorem…poniżej  zamieszczam Tekst Pożegnania zredagowany przez Rodzinę i odczytany przez księdza. Tekst ten miał i ma nadal  wielką siłę , jest dla nas  przejmujący, przynosi  w  krótkich prostych słowach taki ładunek emocji i Całą Wiedzę o Andrzeju , że poprosiłam Jego Żonę i Dzieci o udostępnienie i możliwość zamieszczenia w tym blogu. Dzięki Kasiu, za nieomal natychmiastowe spełnienie mojej prośby….

Bug.JPG

” Dzisiaj nadszedł bolesny czas pożegnania.

Odchodzisz od nas jako kochający mąż , opiekuńczy tata , cudowny dziadek i wspaniały teść.

Bez Ciebie czujemy się zagubieni i bezradni bo Twoja obecność dawała nam poczucie bezpieczeństwa a rada i wsparcie były dla nas bezcenne .

Zawsze pogodny , wyrozumiały , odpowiedzialny i szczery. Taki nasz przewodnik po życiu.

Ukochany – odszedłeś ale niedaleko bo przecież jesteś w sercu każdego z nas.

Będziesz nadal naszym stróżem bo Twoje mądrości nam przekazane pozostaną w pamięci na zawsze.

Byłeś z nas dumny i nadal będziesz – nie zawiedziemy Twoich oczekiwań i marzeń.

Nauczyłeś nas dbałości , rozsądku ,miłości i wiary w siebie .

Rodzina była dla Ciebie najważniejsza i dla nas też jest i pozostanie .

Nie martw się , będziemy trzymać się razem i dbać o siebie wzajemnie tak jak Ty dbałeś o nas.

Kochająca Cię Rodzina .

 

Dziękujemy wszystkim za słowa otuchy i wsparcia oraz wspólne ostatnie pożegnanie .” 

 

Powrót do Japonii. Koniec pobytu

 

SAM_9196.JPG

 

 

 Ten dzień niepowtarzalnych wrażeń musiał mieć swój koniec. Nadeszła więc pora pożegnania. Ze strony Pani domu było tak samo miłe jak powitanie, my dziękowałyśmy i zapraszałyśmy do Polski. Wyszłyśmy oczarowane i oszołomione wizytą gościnnością i nasycone przeżyciami.

Jak się okazało, jeszcze pozostało jedno pożegnanie. Przedtem nie widziałyśmy mieszkańca tego domu, milusiego szczeniaczka. Pewnie siedział gdzieś z synami, zamknięty. A szkoda, bo na pewno umilałby nam tę wizytę, która zresztą i tak obfitowała we wrażenia. Gdy już byłyśmy przy furtce, Stefan wrócił do domu i  wyszedł z młodziutkim pieskiem w ramionach. Jak na razie była to dopiero miniaturka Dobermana , ulubionej  przez Gospodarzy rasy. O tym piesku i innych potem zawsze było w listach…Po tym ostatecznym pożegnaniu wsiadłyśmy do samochodu pana Profesora, którym odwiózł nas do stacji metra. Rozstanie z gospodarzem było ciepłe i serdeczne . Na ponowne nasze zaproszenie do Polski odpowiedział, że na pewno się spotkamy, bo w kraju bywa często. Odwiedza rodzinę i przyjaciół. Gości u siebie wielu polskich muzyków, filharmoników i naukowców. Ma też wykłady we Lwowie, i wraca przez Warszawę. Tak więc od razu zrobiło nam się lżej, bo wizja spotkania w naszym kraju była sympatyczna.

Wsiadłyśmy do wagonu metra a w duszy jeszcze śpiewałyśmy oczi cziornyje…

Jest Takie Miejsce. Cmentarz żydowski w Otwocku ( 2 ).

 

Wszystkie zdjęcia  do dwóch rozdziałów na ten temat, wykonała Zofia Konopielko, autorka bloga, w 2012 roku

 

A może śpią tutaj szczęściarze …..

 Anno, Polu, Felicjo, Stefanjo urodziłaś się w takim dobrym ciepłym domu. Od chwili przyjścia na świat byłaś właściwie szczęściarą. Twój Bóg wybrał dla  ciebie wygodne  miejsce, bo chyba nie byłaś dzieckiem żydowskiej błotnistej biedoty, której nie byłoby stać  na leczenie daleko od domu. Wówczas pewnie nigdy by ciebie tutaj nie przywieźli ,  nie zobaczyłabyś tych pięknych podotwockich lasów. .

Rosnąc w dobrobycie, oglądałaś  spokojnie  jak płoną światła menory i dzieliłaś się sabatową chałką z rodzeństwem. Czasami Twojej mamie  śmiesznie przekrzywiała się peruka na głowie. Nie zastanawiałaś się nad tym, że ma ogoloną głowę. Przyjmowałaś swoje życie i głęboką tradycję jako rzecz zwykłą. Baraszkowałaś z rodzeństwem w letnim czasie, gdy zawozili cię na letnisko. Niewiele dzieci polskich miało takie wakacje a tym bardziej dzieci biedoty twojego narodu. Tak więc byłaś wyróżniona wśród rówieśników . Może kiedyś umierał w twoim domu jakiś młody człowiek,  ale odbywało się to dyskretnie, nie byłaś bezpośrednim świadkiem żadnej rodzinnej  tragedii. Ubierano ciebie w  ładne szatki, a  w domu stół  i kredens był pełen smakołyków . Jednym słowem niczego ci nie brakowało .

     I przyszedł taki poranek , kiedy się poczułaś jakoś inaczej niż zwykle. Wstałaś z łóżka lepka od potu i nawet pościel była mokra. Ale pomyślałaś, że przecież upalny wieczór był i noc gorąca. I tylko nie wiadomo  dlaczego mama z zaniepokojeniem oglądała  twoją poduszkę. Potem mierzyli ci temperaturę i kręcili głowami. Przecież ty się czułaś właściwie dobrze, byłaś podniecona, ożywiona a nawet przychodziły do ciebie takie dziwne sny,  nasączone tajemniczą seksualnością, jeszcze ci nieznaną w realu. Czasami kaszlałaś,  ale na wiosnę przecież zdarzały się przeziębienia. Kiedyś , gdy tak sobie kaszlałaś coś dziwnego wyplułaś i wówczas zauważyłaś krew na chustce, którą ocierałaś usta . Pewnie pomyślałaś, że to krwawienie z rany po wyrwanym zębie. Słodki smak w ustach przecież był ci już znany….

     Odwiedzał ciebie twój ukochany pan doktor , delikatnie badał, a potem zamykał się z rodzicami w drugim pokoju.

Zostawałaś w łóżku z ciekawą książką, bo uwielbiałaś czytać a teraz trafiła ci się taka niepowtarzalna okazja, bo miałaś dużo czasu na lektury…

     A potem wieźli ciebie bladą z zapalającym się rumieńcem na policzkach na letnisko, jak mówili. Znałaś takie wyjazdy, tylko jeszcze nigdy nie byłaś w tej okolicy, w podwarszawskich lasach. Podróż była długa, bo twoi wybrali to odległe miejsce, twierdząc, że jest dla ciebie najlepsze.

Cieszyłaś się na zmianę w swoim życiu, przecież lubiłaś podróże. Nie mogłaś zrozumieć smuty rodziców , ich badawczych , pełnych niepokoju spojrzeń.

Może tak nie było, bo ty już wiedziałaś . Wiedziałaś, że jesteś bardzo chora. I wiedziałaś, że to  gruźlica.

Ale myślenie o złym końcu w twoim wieku było tak dalekie i tak nieprawdopodobne, że go w ogóle nie było.

Tylko te twoje nienaturalnie błyszczące oczy. Oczy , które  im, twoim rodzicom mówiły, że ich dziecko jest bardzo chore. Z tych oczu czytali chorobę i widzieli w nich czającą się śmierć. Ale odpędzali od siebie takie  myśli , bo mieli wiarę w to miejsce i lekarskie cuda. Ta wiara podstępnie ofiarowywała im różowe okulary nadziei.

Witałaś się z radością z tą krainę piasków i pięknych lasów sosnowych . Potem pobiegałaś do swojego domku, który czekał letniskowo obiecując nieznane ci jeszcze rozrywki. Wszystko ci się podobało , i pokój ozdobiony kwiatami  i łóżko nakryte barwną kapą. Bez żalu żegnałaś się z rodziną wydobywając swój najpiękniejszy uśmiech z oczu ciemnych a jednak już  lękliwych zmęczonych wiecznym kaszlem . Łapczywie wchłaniałaś tutejsze żywiczne suche i lekkie powietrze, jak dobrze się czułaś, gdy wpadało do twoich biednych chorych płuc  ….

Może nie zdążyli  ciebie więcej zobaczyć żywej. Odeszłaś jakiejś nocy pozornie cicho i niepostrzeżenie.

 A może oni , twoi rodzice czy bracia, byli przy tobie , trzymali za rękę i przeprowadzali przez ciemną rzekę na  jaśniejący na horyzoncie drugi brzeg tego nieznanego nam innego świata.

Pożegnali ciebie tak jak przystało na prawdziwą dziewczynę z żydowskim rodowodem. Musiałaś spocząć tutaj gdzie ostatecznie zamknęłaś oczy, w tej ziemi, gdyż pochówek  był konieczny w ciągu tej samej doby od odejścia. Nie wróciłaś do swojej rodzinnej miejscowości, ale wcale tym się nie przejmowałaś, bo zdążyłaś polubić te strony.

Zostałaś pod sosnami, które kochałaś , w towarzystwie  kamienia, na którym napisano, że byłaś – Anną,  Polą, Felicją czy Stefanją.

Zostałaś opłakana jak należy , pożegnana czule.

Może twoi bliscy czasami ciebie odwiedzali z nieodmiennym smutkiem . W domu wspominali ciebie miłą zwiewną teraz już nieobecną.

Oni jeszcze nie wiedzieli, że to właśnie ciebie wyróżnił  los . Pewnie, że byłaś za młoda na odejście, chorowałaś, ale zabrałaś tam, w zaświaty ich czułe pożegnanie….

       Bo po latach nadeszła fala brunatnego  oceanu, bezwzględna, zachłanna i zagarnęła cały twój , wasz świat  …. było getto, Treblinka, Oświęcim, brud wagonów towarowych wiozących ufnych jeszcze Żydów do jakiegoś miejsca na ziemi, gdzie ponoć miało się żyć lepiej … a potem  dusze twoich bliskich opuszczały ciała przez wysokie kominy , odpływały w niebo gdzie ponoć wolność i sprawiedliwość tylko. Nikt po nich nie płakał, nie żegnał  a  szczątki spopielone zmył z powierzchni ziemi ciepły wiosenny litościwy deszcz. Spoczęły w  ziemi bez  uroczystego  tradycyjnego pochówku ….

Ominęło ciebie to , dziewczyno, więc nie płacz, a się ciesz pod otwockim słońcem.

Niedawno znaleziono twój cmentarz, zarośnięty wielkimi krzewami, ukryty przed oczami ludzi, uporządkowano nieco i czasami ktoś przybywa w to miejsce pochylając się z zadumą nad twoim nagrobkiem – i czyta Anna, Pola, Felicja, Stefanja tu leży, kochana kiedyś opłakana i pożegnana.

Chciałoby się rzec że leży tutaj prawdziwa szczęściara  … .ale nie można, bo oczy wilgotne i niespokojny wiatr wielki w sosnach i serce przerażone powagą ogromu tego miejsca  …

 

 

Na medycznej ścieżce. Pożegnanie Siennej.

Pożegnanie z Sienną

 

 

 

Na Sienną wróciłam tylko z podaniem o rozwiązanie umowy o pracę.

Pani Dyrektor podpisała bez słów komentarza, ale wcześniej miałam rozmowę z Panią dr Czachorowską, która mnie namawiała na pozostanie.

Było to balsamem na moją zbolałą duszę. Nawet proponowała , że będę mogła pozostać w Jej oddziale o którym zawsze marzyłam.

Jednak to przyszło już za późno, stało się to co się stało.

W tym czasie już nie miałam wątpliwości.

Czułam się odrzucona i właściwie wolna od mojej pierwszej miłości, Siennej.

 

Nadal jednak byłam z tym magicznym miejscem związana emocjonalnie.

Śledziłam z odległości i  z niepokojem to, co się tam potem działo, różne roszady personalne, reorganizacje, zawłaszczanie pięknej nazwy Szpitala.

Nie ma już mojego szpitala, jedynej takiej miłości.

Inny szpital, pewnie niczemu niewinny nosi nazwę Szpital im. Dzieci Warszawy…dlaczego?

 

Gdy jestem w centrum Warszawy, zawsze zaglądam w rejony Siennej i Śliskiej, z czułością i nieomal dziecięcym zauroczeniem oglądam opustoszały już teren i zabudowania  poszpitalne.

 

Mam aktualne zdjęcia tego budynku, budynku w którym tyle się działo i dobrego i złego…gdzie został kawał mojego życia….

Moje pierwsze i jedyne takie zakochanie….

 

Pożegnanie…

Właśnie dzisiaj, gdy otworzyłam pocztę, znalazłam niezwykły list. Jest to tekst , który tak dawno a zda się niedawno napisała Ela Lisowa, współpracownica i prawdziwy przyjaciel  Brata mojego Męża, Pawła Konopielko. Odnalazła to „ Pożegnanie” , które zamieściła kiedyś  w zakładowej gazecie  i teraz mogłam przeczytać z prawdziwym wzruszeniem.

Tak sierpień dla naszej rodziny był miesiącem pamiętnym. W tym miesiącu moja Mama uwolniła się od ziemskich cierpień , mając 94 lata, 77 letni mój brat Zenon  ale też odeszli młodzi – mój wojenny Braciszek- 4,5 letni Wacuś i Paweł. Jakże niesprawiedliwy i okrutny wydaje się los, gdy zabiera nam młodych…

 

 PawełZenonDorotaja.JPG

 

Ostatnie takie spotkanie rodzinne . Dwa lata przed tragicznym odejściem Pawła, który jest na pierwszym planie, po prawej Zenon.

 

 

 

 

 

<< Pożegnanie

 

Pożegnaliśmy wspaniałego człowieka, Kolegę Pawła Konopielko Dyrektora Departamentu Zasiłków Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Zginął tragicznie w dniu 6 sierpnia 1998 r. w wypadku drogowym zawinionym przez nieodpowiedzialnego człowieka. Jechał w służbową podróż do Oddziału ZUS w Gdańsku. Była to Jego ostatnia podróż, a miał dopiero 55 lat i wiele niezrealizowanych planów.

Urodził się 29 marca 1943 r. w  Smorgonie na Wileńszczyźnie w rodzinie nauczycieli. Po przesiedleniu stamtąd rodziny mieszkał w Lidzbarku Warmińskim i właśnie z domem w  Lidzbarku związany był uczuciowo, jako z domem rodzinnym. Tam też kończył szkołę średnią. Studiował w Uniwersytecie Warszawskim na Wydziale Prawa, gdzie uzyskał tytuł magistra.

Miał żonę i dwóch synów, wspaniałą rodzinę, z której był dumny i o której dobro dbał szczególnie starannie. 

Całe Jego dorosłe życie to nieustająca  praca i bez żadnej przesady można powiedzieć – praca w służbie ubezpieczeń społecznych. W Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych przepracował bowiem więcej niż ćwierć wieku. Dyrektorem Departamentu Zasiłków był 20 lat. Miał najdłuższy staż dyrektorski w Centrali ZUS. Był więc dziekanem “korpusu dyrektorskiego”. Ale nie staż pracy był powodem szacunku, uznania i sympatii, jakimi był otoczony. Przede wszystkim był człowiekiem mądrym, wybitnym fachowcem prawa pracy i ubezpieczeń społecznych. Dzielił się swoją wiedzą uczestnicząc w pracach nad projektowaniem przepisów prawa, dokonując ich wykładni, szkoląc pracowników Zakładu, pracodawców, publikując liczne opracowania. Równocześnie liczył się ze zdaniem innych i w różnych sprawach prosił o opinię. Za osiągnięcia w pracy był wielokrotnie odznaczany: Brązowym, Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Złotą Odznaką “Zasłużony dla Ubezpieczeń Społecznych”.

Lubił swoją pracę i ludzi, z którymi pracował. Często wizytował oddziały, wiedział bowiem, że dobra współpraca wymaga osobistych kontaktów. Również z tego powodu organizował chętnie  narady kierowników wydziałów zasiłków, do których nie chciał docierać wyłącznie za pomocą pisemnych instrukcji.

Był niezwykle wyrozumiały dla ludzkich słabości. Szanował ludzi za ich zalety, usprawiedliwiając albo pomijając wady. Ciepły i życzliwy stosunek miał do wszystkich ludzi, niezależnie od tego, czy pracowali w Zakładzie, czy poza nim, niezależnie od tego, jakie zajmowali stanowisko. Ujmujący sposób bycia, żartobliwe słowa zjednywały mu ludzką sympatię, pomagając w pracy, między innymi w trudnych nieraz negocjacjach z partnerami zagranicznymi.

Był naszym szefem, kolegą, przyjacielem.  W  dniu, w którym zginął tragicznie był jeszcze z nami. Pracował. Telefonował do oddziałów ZUS w Pile, we Wrocławiu, załatwiał sprawy i nieoczekiwanie wspominał  stare dzieje. Pilnie podpisywał korespondencję. Przysiadł jeszcze na parę minut w jednym z wydziałów, aby – jak sam zapowiedział – trochę poplotkować z kolegami z Departamentu. Żartował.  Był w bardzo dobrym nastroju, jakby chciał po sobie pozostawić wyłącznie ciepłe wspomnienia i uporządkowane sprawy.

I odjechał. Na zawsze…

Teraz, gdy już Go nie ma, przypisujemy specjalne znaczenie nawet zwyczajnym zdarzeniom. Bo przecież nie byłby to dzień pracy różniący się szczególnie od innych dni, gdyby nie ten straszny wypadek. Wśród codziennej pracy, mimo licznych zadań, Dyrektor zawsze  znajdował czas na wsłuchanie się w problemy innych, na rozmowę, komplement, na podziękowanie za dobrze wykonaną pracę.

Takiego Go zapamiętaliśmy.

Pozostało puste miejsce i żal.

 

                                                                      Cześć Jego pamięci

 

Warszawa, dnia 8 sierpnia 1996 r. >>

 

 

Mój pożegnalny spacer po Uniejowie (1)

Mój pożegnalny spacer uniejowski. (1)

 

Nic dziwnego, że miasteczko o tak bogatej historii czule pielęgnuje swoje zabytki.

I dobrze, że przybywają tam kuracjusze , wycieczkowicze ,wielu cudzoziemców.

Ale na razie liczba przybyszów nie jest znaczna, co cieszyło nas, bo nie lubimy tłumów. Jedynym miejscem, gdzie jest tłoczno, zwłaszcza w weekendy- to wspaniałe termy.

I dlatego, jeśli chcemy spokoju, a jest to możliwe jedźmy tam w dni powszednie.

       Po kilkudniowym pobycie nadeszła pora pożegnania.

Jak codziennie odbywam poranny spacer, odwiedzam ulubione miejsca i oczy napawam widokami.

Jestem więc na Rynku, właściwie to ryneczku, małym, kształtnym, czyściutkim, kolorowym, pełnym ławeczek , gościnnym.

Nad nim czuwa bialutka, wolno stojąca , 25 metrowa neobarokowa wieża kościelna z zegarem, wzniesiona w 1901 roku. Aż dziw, że nie zachowano nazwiska projektanta, a warto było. Wygląda jak zabaweczka, idealnie dopasowana do klimatu okolicznych niewysokich kamieniczek .

Zaglądam do zabytkowego kościoła , bo jest pora porannej mszy. Jedynie w czasie mszy miejscowy proboszcz otwiera kościół. Nie jest to zrozumiałe, bo zaglądają tam turyści i całują klamkę. Ale ten zwyczaj , relikt dawnych czasów, pewnie niedługo się zmieni.

A przecież ten kościół jest uznanym gotyckim zabytkiem.

Budowę prowadzono w latach 1342-1349, konsekrowany został w 1365 roku.

Wchodzę do jego mrocznego wilgotnego zimnego wnętrza. Zadziwiają szerokie nawy, jakby nietypowe dla gotyku. Ale ja się nie znam, jeno komentuję swoje odczucia.

Jeszcze rzut okiem na sarkofag błogosławionego Bogumiła , o którym wiadomo, że koronował króla Bolesława Śmiałego.

Uciekam szczękając zębami z zimna.

Już jest pełne słońce, cieplutko się robi i miło.

Siadam na ławeczce pod fontanną wybijającą swe solankowe wody spod wielkiego głazu i rozsiewająca ciepłą mgiełkę. Wdycham ten zapach, udrażniam wysuszone śluzówki nosa i gardła. Obserwuję grupkę ludzi ubranych w ochronne kamizelki, którzy zbierają śmieci z trawników i starannie zamiatają alejki. Jest rozkosznie …

Ale po chwili się zrywam , bo czekają na mnie jeszcze dwa ulubione miejsca.

Mknę w dół  wąską uliczką , hamuję na kładce, bo konieczny jest rzut oka na ukochaną Wartę dwie strugi solankowe, ciepłe i wonne wydobywające się z imitacji armat XVII wiecznych umieszczonych na brzegu rzeki, a potem na zamek  – piękny i milczący. Tylko rybitwy śmigają i jaskółki i wielkie czarne ptaszyska opuszczają swoje siedziby z dziwnych zagłębień w murze starej ceglanej wieży zamkowej.

Obiecuję sobie, że następnym razem wybiorę się na wycieczkę z przewodnikiem, gdyż w dni weekendowe o 12 oczekuje w oznaczonym miejscu miły pan , fajnie przebrany w pstry strój, pewnie z epoki. Po zebraniu grupki turystów wiedzie on  tę czeredą i pokazuje wdzięki Uniejowa. Może wtedy się dowiem, dlaczego w  ścianie wieży utworzono te regularnie rozmieszczone zagłębienia, jakby celowo wyjęto cegły…

 

Na medycznej ścieżce. Pożegnanie poradni.

Pocztą pantoflową  dowiedziały się o moim odejściu , moje pacjentki, dobrotliwe babcie. Przychodziły, składały jakieś podarki, m. in, dostałam kwiaty wyhodowane w doniczkach. Te bluszcze długo rosły pięknie w naszym mieszkaniu, ale przy jakimś remoncie  umarły śmiercią naturalną.

Żal mi było moich pacjentów. Zżyłam się z nimi.

Dlatego żegnałam się nieomal ze łzami  w oczach, chociaż w gruncie rzeczy miałam uczucia ambiwalentne, gdyż też byłam dumna, że wspinam się na wielką drabinę zawodową.

Część moich podopiecznych mi gratulowała, że idę w świat, część wyrażała żal, że mnie nie będzie.

Miałam wrażenie, że zamykam jakiś rozdział w moim życiu.

Tak zresztą było.

Jednocześnie zostawało poczucie, że był to kawał ciekawej ważnej roboty.

Tutaj nauczyłam się wielu rzeczy.

Nie bałam się kontaktów z ludźmi, jednoosobowej odpowiedzialności i otrzymałam od pacjentów niezłą lekcję życia.

Opuściłam mój ładny gabinet, kierownik niespodziewanie pożegnał mnie pękiem ładnych kwiatów i pomaszerowałam przed siebie……

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 16 )

W miarę oddalania się od beskidzkich krajobrazów, Stefa łagodniała.

Jakby ta silna magnetyczna złowroga siła , która łączyła ją z miejscem urodzenia i tamtymi ludźmi słabła, rozluźniała się .

Powoli ta niewidzialna pętla puszczała i poczułem jej głowę na swoim ramieniu.

Może tylko zasnęła i mimowolnie się o mnie oparła, ale wolałem to interpretować po swojemu, optymistycznie dla mnie.

Wyobrażałem sobie, że do mnie wraca, że jest moja i tylko moja.