Na medycznej ścieżce. Śmierć w Izbie Przyjęć.

Jeden raz  tylko doświadczyłam w Izbie Przyjęć  bezpośredniej osobistej tragedii. Otóż równocześnie   przywieziono kilkoro dzieci z Domu Dziecka.

Zajęłam się badaniem pierwszego, inne wyglądały na oko nieźle .

 I  nagle odruchowo spojrzałam w głąb materiałowego kojca, gdzie zwyczajowo wkładano dzieci, które nie miały opiekuńczych ramion rodziców,  by były tam bezpieczne i zauważyłam że ono jest jakoś bardzo podejrzanie spokojne .

Rzuciłam się w jego kierunku, jeszcze było ciepłe, ale nie oddychało. Podjęłyśmy próbę reanimacji, która okazała się nieskuteczna.

Serce miałam ściśnięte z bólu i rozpaczy. Ale niestety niczego już nie mogłam zrobić. Stało się, choroba była silniejsza od nas. A może, jak sobie powtarzałam słowa dr Czachorowskiej- to Parki, które przędą nić życia, wzięły swoje nożyce i przecięły tę nić.

Później musiałam napisać szczegółowy raport z tej sytuacji.

Zgon w Izbie Przyjęć, podobnie zresztą jak w karetce był nadzwyczaj wnikliwie analizowany. W tych miejscach nie powinno to się zdarzać.

Więc dochodzenie było szczegółowe, najpierw przed zespołem szpitala a potem jeszcze wyjaśnienia pisemne wysyłane do odpowiednich placówek oceniających. Wiem, że zeznawali w tej sprawie także lekarze z tego domu dziecka, którzy kierowali do nas, a także my. Na szczęście nie było to dochodzenie prokuratorskie, ale było bardzo szczegółowe i wnikliwe. Nie uznano winy żadnego z lekarzy.

Kosztowało mnie to sporo emocji , tym bardziej, że miałam to dziecko w swoich dłoniach i nie potrafiłam…

Na medycznej ścieżce. Dwie Zosie.

Doktor Zosia Madejczyk miała jedyną córkę , oczywiście też Zosię . Dziewczyna była bardzo zdolna. Ukończyła matematykę na Uniwersytecie Warszawskim i z chłopakiem , też matematykiem, wyjechała za ocean. W Stanach prawie natychmiast dostała ciekawą pracę. Amerykanie słynęli z tego i nadal słyną, że mają dar wyłapywania młodych talentów i dają im szansę. Może nie wszyscy tego doświadczają, ale znam bardzo wielu ludzi, którym się udało zatrudnić się w zawodzie i nawet zrobili tam kariery.

Doktor Madejczyk z mężem, też lekarzem, bardzo przeżywali wyjazd córki i za nią tęsknili. Zosia miała niewielką kawalerkę w sąsiadującym z nami bloku. Kiedyś dr Madejczyk zaprosiła mnie bym razem z nią tam wstąpiła. Pewnie chciała wywietrzyć mieszkanie, albo sprawdzić czy rury nie przeciekają a przy okazji pokazać jak fajnie jest urządzone to mieszkanko. Z niejakimi oporami tam poszłam, bo nie lubiłam odwiedzać cudzych mieszkań. Ale warto było. Maleńkie mieszkanko było urocze, zwracały uwagę ramy okienne pomalowane chyba na żółto. W tamtych przaśnych czasach lat 70 ubiegłego wieku było to zadziwiające. Maleńka łazieneczka nie mieściła umywalki, więc ulokowano  ją w bardzo dziwnym miejscu, bo podwieszoną pod sufitem . Gdy była potrzeba, by z niej skorzystać, należało stanąć na desce klozetowej i pociągnąć za sznur. Wówczas umywalka majestatycznie zjeżdżała w dół i nie schodząc na podłogę można było umyć ręce.

 Potem, po śmierci mojej doktor, widywałam jej męża, gdy kroczył do kawalerki Zosieńki. Ale nie śmiałam pytać o losy córki, zresztą po co? 

    Ostatni raz widziałam doktor Zosię w jej mieszkaniu. Już było wiadomo, że ciężko choruje i jest bez szans. Wybrałam się do niej, mieszkała w sąsiedztwie ,  po drugiej stronie ulicy Broniewskiego. Powitała mnie serdecznie, potem przycupnęła na brzegu krzesła, jak zawsze lekka i prosta jak piórko i ledwie łapiąc oddech, uśmiechała się, wypytywała co u mnie i zachowywała się tak, jakby było to normalne towarzyskie radosne spotkanie….Pożegnałyśmy się serdecznie.

Teraz widzę jej zwiewną sylwetkę, rozżarzone bardzo błękitne oczy , porozumiewawczy szelmowski w nich uśmiech i słyszę jak coś opowiada swoim cichym , niskim , zmatowiałym głosem przerywając opowieść w ważnych momentach  znaczącym delikatnym chrząknięciem.

Zachowałam Ją i jej uśmiech.

Uśmiech małej dziewczynki ufnej i niewinnej.

Pokochałam ją od pierwszego spotkania. Nie można  było Jej nie pokochać.

Bezkrytycznie, szczerze i na zawsze…

Na medycznej ścieżce. Jestem na Siennej

Był grudzień 1975 roku.

Do szpitala miałam niedaleko, tylko 6 km z mojego Żoliborza i prostą trasę tramwajową.

Zgłosiłam się o poranku, podpisałam jeszcze jakieś papiery , przydzielono mi fartuch i zaproszono do biblioteki, gdzie zebrali się wszyscy lekarze.

Zostałam oficjalnie przedstawiona i przydzielona do oddziału żółtaczkowego, bo z tego miejsca odszedł kolega , Janusz Sobecki, który został zatrudniony w CZD.

Powiedziano mi, że gdy oswoję się z atmosferą szpitala, poznam zasady funkcjonowania, zostanę oddelegowana do innych oddziałów, by poznać specyfikę ich pracy.

Po miesiącu rozpocznę dyżury, oczywiście pod opieką doświadczonych pediatrów.

Dla mnie tutaj wszyscy byli doświadczeni, pracowali tutaj długo, wpatrywałam się w nich jak w święty obrazik i chłonęłam wszystkie ich uwagi.

Na medycznej ścieżce. Łazienki i pluskwy.

Gdy docierałam do domu pacjenta na tzw. wizytę domową miałam zakodowany zwyczaj mycia rąk przed zbadaniem pacjenta.

 Wchodziłam więc do łazienki a tam bywały dziwy.

Na przykład w jednym mieszkaniu w wannie mieszkały sobie najspokojniej urocze króliki.

W innych, też w wannie  przechowywano ziemniaki.

Już nie wspomnę o obowiązkowym pławieniu tam karpii w okresie przedświątecznym.

Ale zwykle jakiś dostęp do umywalki był, więc już później nie rozglądałam się wokół, myłam rączki, wycierałam w swój sweter albo bywało podawany usłużnie przez panią domu ręczniczek.

Po zbadaniu chorego siadałam na brzegu krzesełka trzymając na kolanach torbę do której chowałam słuchawki i aparat do mierzenia ciśnienia , na torbie układałam  kartę pacjenta, receptariusz ewentualnie rozkładałam bloczek z drukami zwolnieniowymi . I pisałam, pisałam pisałam wszystko to, co musiałam napisać….

Dlatego tak ostrożnie  postępowałam, bo gdy kiedyś podniosłam głowę , zauważyłam, że wzdłuż ściany spokojnie zmierza w stronę kontaktu wielka spokojna ale obrzydliwa pluskwa, a za nią zdążała druga.Trzeciej już nie wypatrzyłam, bo spuściłam wzrok.

Do tej pory nigdy nie widziałam takich stworzonek, ale z opisów wiedziałam jak wyglądają.

Stąd moja nieufność, czy nie przeniosę w domowe pielesze jakiegoś skądinąd może sympatycznego zwierzątka.

I dlatego unikałam układania swojej torby na podłodze.

A na stole się nie godziło, bo tam zwykle na szkle przykrywającym blat panowała waza ze sztucznymi owocami

I stąd moje nieomal akrobacje, by na maleńkiej własnej przestrzeni zmieścić to co przyniosłam na tę wizytę.

 

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 16 )

W miarę oddalania się od beskidzkich krajobrazów, Stefa łagodniała.

Jakby ta silna magnetyczna złowroga siła , która łączyła ją z miejscem urodzenia i tamtymi ludźmi słabła, rozluźniała się .

Powoli ta niewidzialna pętla puszczała i poczułem jej głowę na swoim ramieniu.

Może tylko zasnęła i mimowolnie się o mnie oparła, ale wolałem to interpretować po swojemu, optymistycznie dla mnie.

Wyobrażałem sobie, że do mnie wraca, że jest moja i tylko moja.

Opowieści mojej Mamy. Stefka z Kaśką wybierają się pieszo do Kalwarii Zebrzydowskiej.

Pewnego razu dziesięcioletnie wtedy dziewczyny wybrały się na wymarzoną pielgrzymkę do Kalwarii Zebrzydowskiej.

Gdy niedawno tam byłam, odległość od Godziszki wydawała się nie do przebycia pieszo. Moja Babcia Marianna, matka Stefy a macocha Kaśki  początkowo nie chciała się zgodzić, ale Kaśka przekonała, bo miała niewyobrażalny dar przekonywania. Czyniła to z wielkim wdziękiem, podlizując się przy okazji swojej przybranej matce- a może naprawdę ją lubiła. Przecież jej rodzona matka zmarła przy porodzie, a potem była jeszcze taka maleńka, gdy w domu pojawiła się nowa gospodyni .

Gdy więc decyzja została podjęta i wszystko załatwione z matką, otrzymały na drogę  postne placki z mąki i wody, zawinęły w szmatki i wyruszyły przed siebie, na wschód.  Poszły, drogą na skróty, przez strumyki . Podczas pokonywania strumyka, moja Mama spadła z kładki- chwiejącej się wąskiej deski zawieszonej wysoko  nad jarem , w którym płynęła niewielka o tej porze roku strużka . Dobrze, że nie było wtedy ulewnych opadów i strumyk miał niewiele wody.

Ale najgorsze było to ,że razem z Mamą do tego strumyczka wpadł tłumoczek a w nim drogocenne placki.

Jednak udało się je uratować, potem się żywiły mokrymi , wyciskając z nich wodę, ale do Kalwarii dotarły, odbyły Drogę Krzyżową i w dodatku wróciły!!!

Na medycznej ścieżce. Razem na tej ścieżce….

 

My w 1968 roku. Zdjęcie wykonane przez mojego Tatę- Wacława Łukaszewicza.

 

 

Jak już pisałam wcześniej od 1968 roku na mojej medycznej ścieżce pojawił się mężczyzna. I od tej pory stale Go tam spotykałam (*-*). Dzielił ze mną wszystkie, no nieomal wszystkie, trudy medycznego zawodu.

Ten mężczyzna to Mirek Konopielko który został moim mężem 1 czerwca 1968 roku, czyli wtedy, gdy byłam w połowie studiów medycznych.

Data ta była znamienna, bo oznaczała równocześnie Dzień Dziecka. Co nomen omen stało się prorocze, gdyż stworzyliśmy rodzinkę z czwórką dzieci.

Mirek dzielnie znosił moje wieczne uzupełnianie edukacji, nieobecności w domu w czasie gdy pełniłam dyżury i w ogóle tolerował to, że chcę pracować zawodowo i to z wielkim zaangażowaniem sił.

 Był tylko jeden warunek dla trwania w tej tolerancji, niepisany zresztą i nie omawiany nigdy. Musiałam funkcjonować w domu , gdy już w nim byłam, tak-  by wszystko grało. Mirek nie znosił obecności obcych ludzi w domu, więc nie zgadzał się na osoby, które mogłyby pomóc w pracach domowych. Nie lubił  stołowania  się poza domem i w tym temacie też nie ulegał moim wielokrotnym sugestiom.

A wobec tego po powrocie z pracy stawałam się samodzielną gospodynią domową na pełnym etacie. Wszyscy się domyślają, co oznacza termin samodzielna:-).

Na medycznej ścieżce. Tacy byliśmy w tamtych latach…

Bardzo często, a ostatnio właściwie stale występują trudności z wprowadzaniem zdjęć do blogu. Piszę i piszę w tej sprawie do redakcji portalu WP, ale efektu nie ma. Trudno, trzeba się z tym pogodzić, a szkoda, bo zdjęć dużo…jakimś cudem udało mi się wrzucić to zdjęcie. Wkleił je mój Tato do nowego rodzinnego albumu, który teraz zbrązowiał ze starości….napis na dole, którego nie umiałam usunąć  dotyczy anonsu prasowego o obronie mojej pracy doktorskiej, który Tato fantazyjnie wkleił poniżej. Obrona miała miejsce w 1991 roku, a nasz ślub 1. czerwca 1968. Boże , jak te lata lecą…..

 

 

 

 

Dzisiaj udało się wrzucić jeszcze to zdjęcie. Po ślubie. Przytulenie.  Moja Mama miała wtedy 61 lat, czyli 4 lata mniej niż ja teraz……

Śladami mojego Taty . Babcia….

 

 

Babcia Staśka, jej najstarsza córka- Antosia Rutkowska z synem- Tadeuszem, moim ojcem chrzestnym. Zdjęcie ze starego rodzinnego albumu.

 

Byłam trochę zazdrosna, bo w Trzciance mieszkała jeszcze jedna moja Ciocia- Bronia, która miała najmłodszego syna- Cześka. Był ode mnie starszy może o rok lub dwa. Często bywał u Babci i widziałam, że oni bardzo się kochają. Któregoś dnia zauważyłam, że Babcia wydobyła spod poduszki kawałeczek czekoladki. W tych czasach to był rarytas. Miałam nadzieję, że jest dla mnie, ale dowiedziałam się, że to dla Cześka.

Jakże dobrze to pamiętam, to miasteczko, szeroką ulicę, niski przysadzisty dom leżący wzdłuż chodnika, podwórko , kury i zadymiony pokój Babci.

O czekoladzie wspominam, ale bez żalu, bo się w końcu pogodziłam z myślą, że dla Babci  ważniejszy był Czesio.

Ja miałam swoje kartki z kalendarza, niezwykłe i tajemne…..

Śladami mojego Taty. Panny Rodziewiczówny…Ola

Wkrótce moja przyszła Babcia- Stasia miała już trzy siostry.

Manię ( potem Grynkiewicz), Aleksandrę ( potem Drzewiecką) i Walerię ( potem Dzierżyńską).

 Stasia i Ola były  niskie i drobne ale kształtne jak ich  matka-  Michalina , a Walerka i Mania po ojcu , wysokie i smukłe .

Tutaj już działa moja pamięć. Wszystkie te ciotko- babcie dobrze zapamiętałam. Bywały w naszym gorzowskim domu.

Po II wojnie światowej Ola Drzewiecka była już wdową, mieszkała w Gorzowie w willi na skrzyżowaniu ulicy Drzymały i obecnej Borowskiego( wtedy KRN) z córką- Marynią Nowicką, jej mężem, Władysławem  i  wnuczką- Jadzią.

Mam  w oczach utrwalony od czasów mojego gorzowskiego dzieciństwa ten dom o miłej architekturze .Nieopodal wznosiło się jedno z pięknych gorzowskich wzgórz, z poniemieckimi instalacjami rekreacyjnymi.

Dom był bardzo ładny i świetlisty. Zbudowany na planie kwadratu , pięknie się rozkładał i przechodził w duży ogród. Miejscem tego przejścia była wielka przeszklona weranda. W ogrodzie kwitły dorodne drzewa i stały różnobarwne ule wujka.

Wejście zaplanowano szerokie, na wysoki parter prowadziły wygodne  schody .

Tam rozpościerał się duży hall.  Z niego po stronie lewej wchodziło się  do kuchni, wielgaśnej, za dużej jak na mnie, wówczas małą dziewczynkę. Na wprost schodów  było wejście do pokoju ciocio-babci Oli. Po prawej stronie  wejście do dużego salonu z dużym stołem w miejscu centralnym, kredensami i czarnym magicznym pianinem na przeciwległej ścianie od wejścia. Po lewej stronie otwierały się bardzo szerokie dwuskrzydłowe przesuwane , ozdobnie przeszklone  drzwi do kolejnego pokoju. Z tego salonu wchodziło się na obszerną werandę i stamtąd do ogrodu.

Po domu człapała wiekowa już wtedy ciocio- babcia Ola. Miała zwykle dość ponurą i  surową minę, Trochę  się jej bałam , zwykle na wszelki wypadek omijałam szerokim łukiem i na pewno nigdy nie zamieniłam z nią ani jednego  słowa. Ale Jadzia, jej wnuczka mówi, że była dobra i kochana.

Córka ciocio- babci Oli, Marynia Nowicka była jak ona  niewysoka i bardzo bardzo okrągła. Toczyła się po domu żwawo z nieodłączną przepaską- zrolowaną chustką z wiszącymi długimi końcami-  na głowie.

Gdy wtaczała się do naszego gorzowskiego mieszkania, razem z nią wpadał tuman wesołości. Jeszcze w przedpokoju rozpoczynała opowiadanie kawałów, z których sama się serdecznie zaśmiewała, śmiechem tak zaraźliwym, że po chwili wszyscy konaliśmy ze śmiechu, nie zawsze łapiąc sens opowiadanego kawału.

Jej mąż- Władysław, o zawsze wesołej twarzy, chyba nie pogardzał smakowitymi nalewkami , niezmiennie towarzyszył żonie , chociaż czasami gdzieś sam biegał po Gorzowie, bo był działaczem, nie bardzo wiem w jakiej dziedzinie. Muszę zapytać o to przyjaciółkę gorzowską Bajkę, bo ona pracowała z ciocią Marynią. Wujek zajmował się pszczołami i czasami widywałam go w siatce na głowie i przyrządem do wytwarzania dymu, gdy urzędował wśród roju pszczół. Dobrze poznałam ” smak ” kontaktu z tym milutki owadem, więc nigdy się nie zbliżałam do tej części ogrodu, a bohaterstwo wujka budziło mój podziw i wielki szacunek. 

Wnuczka siostry mojej Babci- Oli Drzewieckiej,  Jadzia po mężu Heydowa  nie odstawała poczuciem humoru i tryskającą radością oraz miłym bardzo uśmiechem na co dzień od swojej mamy.

Może mieli jakieś kłopoty, pewnie mieli, jak zresztą wszyscy, ale ja jako dziecko odczuwałam w  nich i w ich domu tylko dobrą aurę.

Marynia i jej córka Jadzia, miały jeszcze jedną wspólną cechę, dla mnie niezwykłą. Otóż obie posiadały przepiękny głosy, cudnie ze sobą harmonizujące i w dodatku lubiły śpiewać.

I zawsze czekałam na ten moment. Gdy siedzieliśmy przy stole w naszym mieszkaniu przy ul. Orląt Lwowskich, w czasie jakiejkolwiek uroczystości rodzinnej nadchodził ten moment, najważniejszy i najpiękniejszy.

Proszono obie panie, by zaśpiewały.

 One z chęcią przystawały na tę prośbę, sadowiły się obok siebie, przytulały i  zaczynały….. zamykałam oczy i słuchałam. Dwa głosy ich pieśni płynęły i wstrzymywałam oddech, by zaczarować tę chwilę, by nie uciekła….. nie uciekła, bo żyje w mojej pamięci. Dopóki żyję, żyje ta pamięć.

A może kiedyś ktoś zajrzy do moich zapisków blogowych i wyobrazi sobie tamte czasy i tamtych ludzi…..