Pewnego razu dziesięcioletnie wtedy dziewczyny wybrały się na wymarzoną pielgrzymkę do Kalwarii Zebrzydowskiej.
Gdy niedawno tam byłam, odległość od Godziszki wydawała się nie do przebycia pieszo. Moja Babcia Marianna, matka Stefy a macocha Kaśki początkowo nie chciała się zgodzić, ale Kaśka przekonała, bo miała niewyobrażalny dar przekonywania. Czyniła to z wielkim wdziękiem, podlizując się przy okazji swojej przybranej matce- a może naprawdę ją lubiła. Przecież jej rodzona matka zmarła przy porodzie, a potem była jeszcze taka maleńka, gdy w domu pojawiła się nowa gospodyni .
Gdy więc decyzja została podjęta i wszystko załatwione z matką, otrzymały na drogę postne placki z mąki i wody, zawinęły w szmatki i wyruszyły przed siebie, na wschód. Poszły, drogą na skróty, przez strumyki . Podczas pokonywania strumyka, moja Mama spadła z kładki- chwiejącej się wąskiej deski zawieszonej wysoko nad jarem , w którym płynęła niewielka o tej porze roku strużka . Dobrze, że nie było wtedy ulewnych opadów i strumyk miał niewiele wody.
Ale najgorsze było to ,że razem z Mamą do tego strumyczka wpadł tłumoczek a w nim drogocenne placki.
Jednak udało się je uratować, potem się żywiły mokrymi , wyciskając z nich wodę, ale do Kalwarii dotarły, odbyły Drogę Krzyżową i w dodatku wróciły!!!
