List od Jacka. ” Fryzjer”

IMG_0336.jpg

Kadry z filmu Jacka…przyleciało z Sydney…

 

Kolejna historyjka napisana przez bratanka, Jacka Łukaszewicza. Zapraszam…..”

 

  “Fryzjer”

 „Napisałem krótką etiudę pt.: “Filip’.

Przed wyjazdem z Paryża musiałem zrobić jakiś krótki film, aby zaliczyć rok.

Napisałem to na siłę, bo nie miałem pomysłu.

Krótka historyjka jakiegoś gościa zagubionego gdzieś w swojej piaskownicy. Potrzebowałem statystów do scenki nad rzeczką. Potrzebowałem dwóch wędkarzy, ale takich jakich pamiętałem z Łagowa. Przejrzałem katalogi statystów, tudzież aktorów charakterystycznych. I nic.

Nikogo w Paryżu nie ma z Łagowa.

No i poszedłem do Kościoła. Na Rue St Honoere w centrum kasowym znajduje się Kościół który należy do Polski. Lubiłem czasem przesiadywać w kafei po drugiej stronie ulicy i obserwować rodaków kloszardów. Kościół był zamknięty nocą, więc koledzy spali na schodach. Co jakiś czas przyjeżdżała jakaś Nyska z ofertę pracy za dwieście franków w kamieniołomach. Poszedłem do kościoła i wmieszałem się w tłum.

Po kilku minutach znalazłem gości z Łagowa. Lezki z więzienia, zęby przedwojenne, zarost sprzed wojny i włos wojenny. Podchodzę.

– cześć, macie może ognia?…

– a masz może fajkę?….

Wyciągam Guluasy.

– proszę bardzo…

– no, nareszcie dobre fajki…drogie, kurwa….

– a ile płacisz w sklepiku…15 franków….ja sprzedaję po pięć, ale mam tylko pięć paczek….możecie mieć….

– no to przynieś jutro….

Następnego dnia kupiłem pięć paczek Guluasów po 15 franków. Razem 75 franków – kilka dni mojego życia. Pojechałem do kościoła. Władek i Zbyszek już czekali.

– cześć, masz?, spytał Władek.

– mam….macie kasę?…

– mamy 20 franków, mówi Zbyszek.

– to macie tylko na cztery paczki….

– słuchaj, daj tą jedną paczkę na kredyt, my uczciwi jesteśmy…

Spojrzałem na nich i zobaczyłem  swój strach w ich oczach.

– no to mamy 20 franków, żeby się upić….

– tutaj jest taki sklepik….

I kupiliśmy wino, którego najnędzniejszy kucharz wstydziłby się dodać do czegokolwiek. Władek uciekł od żony z Krakowa i siedzi w Paryżu bez ważnej wizy i paszportu. Szuka jakiejś pracy aby zarobić na bilet do peerelu. Zbyszek to była recydywa, nie ma żadnego dokumentu i w ogóle chce wrócić do Polski. 

– robię krótki film, potrzebuję was jako statystów do sceny nad rzeczką….

– jak to, do filmu?….

– to taka etiuda studencka….

– ale film?….

-…no tak można powiedzieć….nie mam kasy, nie mogę wam zapłacić, ale gwarantuję dobrą zabawę i picie i żarcie całodzienne.

– co mamy robić?….

– za tydzień przyjadę po was vanem, pojedziemy nad rzeczkę, dostaniecie wędki i będziecie pili polskie piwo….

– czyli na ryby jedziemy?….a ubranie?…

– tak jak jesteście….no to jesteśmy umówieni…

Tydzień później jestem pod kościołem. Szukam moich ludzi. Podchodzi do mnie dwóch gości w garniturach, lakierach, ostrzyżonych i ogolonych pachnących kradzioną wodą po goleniu. 

– dzień dobry panie Jacku…jesteśmy gotowi….

– panowie, co kurwa jest, przecież nie jedziemy na wesele….

– no ale do filmu….

– panowie, kto was tak kurwa ostrzygł?….

– tam na siódmym stopniu, na schodach mieszka fryzjer z Polski…mówił, że ładnie będzie….daliśmy mu paczkę fajek….

– panowie, nic nie możemy robić….macie tu 50 franków i doprowadźcie się do poprzedniego porządku na przyszły tydzień….

– przepraszamy….chcieliśmy dobrze, mówi Waldek.

– to ten kurwa fryzjer, mruknął Zbyszek.

Tydzień później jestem pod kościołem. Szukam moich ludzi. Podchodzi Waldek.

– a gdzie Zbyszek?

– nie ma….

– co znaczy nie ma….byliśmy umówieni….

– policja go zabrała rano….blue police….

– to znaczy imigracyjna?….

– raczej tak, ale tak naprawdę, to Zbyszek połamał fryzjera….

– gdzie go zabrali?…

– fryzjera do szpitala….

– Waldka gdzie zabrali?….

– tu za rogiem jest prefektura….

No i poszedłem na policję.

 

Na medycznej ścieżce. Przygoda doktor Kapuścińskiej.

Jak już napisałam wcześniej na VI roku studiów mieliśmy zajęcia w IV Klinice Chorób Wewnętrznych AM w Warszawie , którą kierował Prof. Z. Askanas uznawany za ojca współczesnej kardiologii.

W tym zespole panował nastrój luzacki, mimo, że sam profesor wydawał się nam dostojny i  poważny. Po zakończeniu porannych obchodów, ustaleniu zleceń i opisaniu stanu pacjentów w ich historiach chorób, nadchodziła pora na niewielką przerwę kawową i wówczas to można było  sobie pozwolić  na pogaduszki.

Spośród wielu dowcipnych i gadatliwych lekarzy zapamiętałam dr. Kapuścińską. Pewnie nie należała do zespołu kardiologów, może była tam tylko na stażach- nie wiem, bo później została profesorem i szefem zakładu radiologii AM.

Opowiadała, że ona i kilka jej przyjaciół z tej kliniki w każdą sobotę  wyjeżdżają  nocnym pociągiem do Zakopanego na narty . Wracają w niedzielę również nocnym pociągiem, a z dworca mają nieomal rzut beretem do pracy. Tak więc w poniedziałek raniutko ze świeżymi siłami, startują do swoich pacjentów.

Nie byłam pewna, czy faktycznie po podróży sławną „ rzeźnią” czyli nocnym pociągiem z Warszawy do Zakopanego i odwrotnie można być wypoczętym, ale opowiadali o tym z taką werwą i radością, że w końcu uwierzyłam.

Jedna historyjka dr Kapuścińskiej pozostała w mojej pamięci. Otóż kiedyś na stoku poczuła nieprzepartą potrzebę fizjologiczną. Nie miała wyjścia, więc wypatrzyła kilka gęstych i niskich smreczków powyżej trasy narciarskiej i tam rozpoczęła żmudne rozpinanie i zdejmowanie kombinezonu. Nie wiem jak wyglądają one teraz , ale w owych czasach stanowiły jednolitą całość i wysiusianie się nawet w dogodnym miejscu wymagało zdjęcia całej góry  co zajmowało sporo czasu. Nasza przemiła dr Kapuścińska dokonała tej sztuki niezwykle sprawnie, oczywiście nie zdejmowała przy tym nart, bo takiej potrzeby nie było ,  po czym nagle straciła grunt pod nogami. I z wielkim wrzaskiem zaczęła gwałtownie zjeżdżać w dół.

 Oczywiście wszyscy  się zatrzymali i myśleli, że trzeba przyjść z pomocą. Ale po chwili ryczeli ze śmiechu, pokładał się cały stok narciarzy. A dr gnała coraz szybciej w dół w przysiadzie  usiłując nawlec na siebie rozwiewające  się połacie kombinezonu . Na dole zaryła się w kopny śnieg i jedynie jej biała pupa wskazywała na miejsce ostatecznej klęski. 

Ale wszyscy byli młodzi, mieli wielkie poczucie humoru i to wydarzenie było przez nich powtarzane wielokrotnie jako świetny przerywnik trudów i niepokojów codziennej pracy….

 

Opowieści mojej Mamy. Stefka z Kaśką wybierają się pieszo do Kalwarii Zebrzydowskiej.

Pewnego razu dziesięcioletnie wtedy dziewczyny wybrały się na wymarzoną pielgrzymkę do Kalwarii Zebrzydowskiej.

Gdy niedawno tam byłam, odległość od Godziszki wydawała się nie do przebycia pieszo. Moja Babcia Marianna, matka Stefy a macocha Kaśki  początkowo nie chciała się zgodzić, ale Kaśka przekonała, bo miała niewyobrażalny dar przekonywania. Czyniła to z wielkim wdziękiem, podlizując się przy okazji swojej przybranej matce- a może naprawdę ją lubiła. Przecież jej rodzona matka zmarła przy porodzie, a potem była jeszcze taka maleńka, gdy w domu pojawiła się nowa gospodyni .

Gdy więc decyzja została podjęta i wszystko załatwione z matką, otrzymały na drogę  postne placki z mąki i wody, zawinęły w szmatki i wyruszyły przed siebie, na wschód.  Poszły, drogą na skróty, przez strumyki . Podczas pokonywania strumyka, moja Mama spadła z kładki- chwiejącej się wąskiej deski zawieszonej wysoko  nad jarem , w którym płynęła niewielka o tej porze roku strużka . Dobrze, że nie było wtedy ulewnych opadów i strumyk miał niewiele wody.

Ale najgorsze było to ,że razem z Mamą do tego strumyczka wpadł tłumoczek a w nim drogocenne placki.

Jednak udało się je uratować, potem się żywiły mokrymi , wyciskając z nich wodę, ale do Kalwarii dotarły, odbyły Drogę Krzyżową i w dodatku wróciły!!!