Z dziecka urodzonego ze zmarłej matki wyrosła moja ukochana ciocia Kasia. Wyszła za mąż za spokojnego dużego Pawła, który pozwalał jej wychodzić na wiejskie zabawy. Bardzo ją kochał, wierzył w jej wierność i zawsze czekał, kiedy wróci.
Zawsze wracała.
Paweł tymczasem hodował kanarki i papużki. Klatki z ptaszkami były w całym domu, a gdy tam mieszkaliśmy w czasie wakacji, budził nas niezwykły śpiew ptaków .
Ich gościnny dom , w Łodygowicach, nad szeroką rzeką Żylicą , był dla mnie miejscem cudnym , bajkowym , niepowtarzalnym.
Nie mieli dzieci. Ciocia Kasia kilkakrotnie była w ciąży, ale gdy mijał termin porodu, dziecko nie chciało się rodzić. A potem umierało w jej łonie.
Gdy o tym teraz myślę , wydaje się nieprawdopodobne, że tak mogło być.
A działo się to całkiem niedawno, w latach 40 czy 50 ubiegłego wieku.
Potem już nie przyjeżdżaliśmy do Ciotki, bo adoptowali dziewczynę , która szybko założyła rodzinę. I Ciotka z wielkim zapałem hodowała troje dzieci wychowanicy.
