Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 13 )

Cały spocony, jak przez mgłę , słyszałem śmiech mojej wybranej.

Była góralką od urodzenia i znała góry, pokonując ich zbocza od wczesnego dzieciństwa. Przecież kiedyś opowiadała jak ze starszą o dwa lata przyrodnią siostrą- Kaśką chodziły na jagody na Skrzyczne a nawet kiedyś Mama spadła w dół i staczając się gwałtownie , obijając o skały.

Wtedy ocalił jej życie stary pień jodłowy. który znalazł się na jej drodze.

Nie wyobrażałem sobie wtedy tego nawet w ułamku procenta.

Poznałem to teraz i nie było mi do śmiechu.

Spocony i brudny wreszcie wylądowałem u podnóża góry.

W strumieniu, który płynął na dole umyliśmy się, trochę odpoczęliśmy i powędrowaliśmy do domu Stefy.

Żwirowa droga przez wieś była długa żmudna i rozpalona słońcem.

Ale to nie był koniec moich cierpień.

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 12 )

 Dodatkowo moją sytuację pogorszyły kolejne wydarzenia . 

Oto któregoś dnia Stefa postanowiła pokazać mi góry z bliska.

Wybraliśmy się więc na Skrzyczne, górę, która królowała nad wsią.

Wydawało się, że ma dość łagodne zbocze.

Cieszyłem się, gdy powoli zbliżaliśmy się do jej podnóża.

Pachniał cudnie wielki las, a ścieżki wydawały się wyraźne i dostępne.

Wdrapywaliśmy się w górę, sapałem, ale dorównywałem kroku Stefie.

Po pewnym czasie miałem wszystkiego dość.

Szczytu góry nie było widać a wędrówka była trudna i ciągle się wydłużała .

Myślałem wtedy, pocieszając się, że łatwiej będzie z powrotem.

Wszak zejście z góry powinno być bezproblemowe.

Gdy wylądowaliśmy na szczycie, widok na sąsiednie góry i wielką kotlinę leżącą u stóp zapierał mi dech.

Było cudnie.

Siedziałem wśród krzaków kosodrzewiny, na jednej ze skał, obok miałem swoją Stefą i niczego więcej nie potrzebowałem do pełni szczęścia.

Potem rozpoczęliśmy powrót.

I tutaj przeżyłem swoisty szok.

Droga w dół, wbrew moim wyobrażeniom była katastrofalna.

Nogi gnały do przodu, traciłem równowagę, hamowałem z całych sił mięśniami ud.

Nogi mi cierpły , kamienie pod stopami się rozchodziły, pryskały spod powierzchni, traciłem równowagę.

Ponadto  czułem zawrót głowy patrząc w dół gdzie zda się wciągały urwiska i miałem wrażenie, że się oderwę od tego stromego zbocza i zacznę spadać.

Opowieści mojej Mamy. Stefka z Kaśką wybierają się pieszo do Kalwarii Zebrzydowskiej.

Pewnego razu dziesięcioletnie wtedy dziewczyny wybrały się na wymarzoną pielgrzymkę do Kalwarii Zebrzydowskiej.

Gdy niedawno tam byłam, odległość od Godziszki wydawała się nie do przebycia pieszo. Moja Babcia Marianna, matka Stefy a macocha Kaśki  początkowo nie chciała się zgodzić, ale Kaśka przekonała, bo miała niewyobrażalny dar przekonywania. Czyniła to z wielkim wdziękiem, podlizując się przy okazji swojej przybranej matce- a może naprawdę ją lubiła. Przecież jej rodzona matka zmarła przy porodzie, a potem była jeszcze taka maleńka, gdy w domu pojawiła się nowa gospodyni .

Gdy więc decyzja została podjęta i wszystko załatwione z matką, otrzymały na drogę  postne placki z mąki i wody, zawinęły w szmatki i wyruszyły przed siebie, na wschód.  Poszły, drogą na skróty, przez strumyki . Podczas pokonywania strumyka, moja Mama spadła z kładki- chwiejącej się wąskiej deski zawieszonej wysoko  nad jarem , w którym płynęła niewielka o tej porze roku strużka . Dobrze, że nie było wtedy ulewnych opadów i strumyk miał niewiele wody.

Ale najgorsze było to ,że razem z Mamą do tego strumyczka wpadł tłumoczek a w nim drogocenne placki.

Jednak udało się je uratować, potem się żywiły mokrymi , wyciskając z nich wodę, ale do Kalwarii dotarły, odbyły Drogę Krzyżową i w dodatku wróciły!!!

Śladami mojego Taty. Wspólny dom w Rakowie.

 

Zamieszkali w swoim domu, który Michalina ozdobiła kwiatami. Było kilka mebli z dawnego domu Bolka i stary fortepian .Na ścianie powieszono obraz Grottgera, który przypominał nieżyjących rodziców Bolka.

Wkrótce nadjechały  dwa wozy przykryte brezentem. To rodzice Michaliny przysłali jej wyprawę. W wielkim ozdobnym kufrze była pościel, odzież, kilka par pantofli oraz zastawa stołowa.

W innym piękne patery  na ciasta i owoce, cukiernica, solniczka oraz  zestawy kieliszków i karafka. Poza kieliszkami do wina, wszystko było wykonane ze szkła w jednej tonacji .

Przyjechał też ulubiony okrągły stoliczek Michaliny , gdzie zwykle rozkładała swoje robótki ręczne, kolejny  do gry w szachy i ostatni z  tej serii- na którym ustawiano samowar .

Ponadto rozpakowano kilka obrazów o tematyce świeckiej i jeden przedstawiający Matkę Boską Ostrobramską. Ten obraz był najpiękniejszy, częściowo powlekany emalią i grubym złotem, jedynie księżyc, na którym opierała się sylwetka błyszczał srebrem. Bolek oglądał w zachwycie- to była ich Matka Boska, kresowa, wileńska i Jej obecność zapewni rodzinie spokój i szczęście, myślał…..

Śladami mojego Taty. Michalina szykuje się ślubu…

 

 

Rodzice Michaliny proponowali  by ślub się odbył  za rok, w okresie bujnego lata. Ale młodym się spieszyło, bo bardzo chcieli być razem. Tak więc ostatecznie uzgodniono termin przypadający na  czas Bożego Narodzenia. To  święto zawsze było magiczne  i obdarowane przez  kresową wschodnią naturę  cudnym śniegiem .

Oczywiście ceremonia i przyjęcie po niej miało się odbyć , jak kazała tradycja,  w domu  panny młodej .  Rodzice już dawno , bo od jej 15 roku życia  przygotowywali wyprawę. Była to piękna cieniutka i śnieżna bielizna pościelowa, obrusy i chusteczki . Teraz należało  wyszyć monogramy. Michalina sama zaprojektowała piękny układ dwóch  splecionych liter rozpoczynających jej imię i nazwisko panieńskie – M i D . Potem siadały z matką przy stole i w nikłym świetle  lampy naftowej nanosiły rysunek na płótno i wyszywały. Przygotowano też jej  odzież na wszystkie pory roku . To wszystko składano do ozdobnego kufra, do którego też włożono też kwiaty lawendy. Na samym dnie kufra mama ułożyła starannie zapakowany serwis obiadowy i cieniutkie filiżanki do kawy.

Ale przecież  najważniejsza była suknia ślubna. Dziewczyna  zdecydowała, że będzie  skromna, sięgająca wysoko na smukłą  szyję i zapinana na maleńkie guziczki, bez upiększeń, ale z długim trenem. Oczywiście niezbędny był długi welon. Delikatną tkaninę sprowadzono z całkiem niedalekiego Petersburga, a miejscowa krawcowa rozpoczęła pracę. Pomimo, że wszyscy mieli pół roku na przygotowania, rozpoczęli je  od razu po wyjeździe Bolka.

Michalina codziennie się witała z Bolkiem, całując maleńki pierścionek, który jej ofiarował. Był on w wielu pokoleniach Rodziewiczów, wręczany w dniu zaręczyn. Pierścionek był skromny, ale wytworny. Miał cienką złotą obrączkę a na niej niewielki brylant z przepięknym szlifem, w którym zawsze grało tajemne światło.

Dziewczyna zaczęła pakować jeszcze coś, o czym Bolek do tej pory  nie wiedział . Sama nie wie, dlaczego mu o tym nie opowiedziała, może  nie sądziła, że jest to dla niego  ważne a może po prostu się wstydziła ….

 

 

zdjęcia własne