Gdy docierałam do domu pacjenta na tzw. wizytę domową miałam zakodowany zwyczaj mycia rąk przed zbadaniem pacjenta.
Wchodziłam więc do łazienki a tam bywały dziwy.
Na przykład w jednym mieszkaniu w wannie mieszkały sobie najspokojniej urocze króliki.
W innych, też w wannie przechowywano ziemniaki.
Już nie wspomnę o obowiązkowym pławieniu tam karpii w okresie przedświątecznym.
Ale zwykle jakiś dostęp do umywalki był, więc już później nie rozglądałam się wokół, myłam rączki, wycierałam w swój sweter albo bywało podawany usłużnie przez panią domu ręczniczek.
Po zbadaniu chorego siadałam na brzegu krzesełka trzymając na kolanach torbę do której chowałam słuchawki i aparat do mierzenia ciśnienia , na torbie układałam kartę pacjenta, receptariusz ewentualnie rozkładałam bloczek z drukami zwolnieniowymi . I pisałam, pisałam pisałam wszystko to, co musiałam napisać….
Dlatego tak ostrożnie postępowałam, bo gdy kiedyś podniosłam głowę , zauważyłam, że wzdłuż ściany spokojnie zmierza w stronę kontaktu wielka spokojna ale obrzydliwa pluskwa, a za nią zdążała druga.Trzeciej już nie wypatrzyłam, bo spuściłam wzrok.
Do tej pory nigdy nie widziałam takich stworzonek, ale z opisów wiedziałam jak wyglądają.
Stąd moja nieufność, czy nie przeniosę w domowe pielesze jakiegoś skądinąd może sympatycznego zwierzątka.
I dlatego unikałam układania swojej torby na podłodze.
A na stole się nie godziło, bo tam zwykle na szkle przykrywającym blat panowała waza ze sztucznymi owocami
I stąd moje nieomal akrobacje, by na maleńkiej własnej przestrzeni zmieścić to co przyniosłam na tę wizytę.
