Na medycznej ścieżce. Łazienki i pluskwy.

Gdy docierałam do domu pacjenta na tzw. wizytę domową miałam zakodowany zwyczaj mycia rąk przed zbadaniem pacjenta.

 Wchodziłam więc do łazienki a tam bywały dziwy.

Na przykład w jednym mieszkaniu w wannie mieszkały sobie najspokojniej urocze króliki.

W innych, też w wannie  przechowywano ziemniaki.

Już nie wspomnę o obowiązkowym pławieniu tam karpii w okresie przedświątecznym.

Ale zwykle jakiś dostęp do umywalki był, więc już później nie rozglądałam się wokół, myłam rączki, wycierałam w swój sweter albo bywało podawany usłużnie przez panią domu ręczniczek.

Po zbadaniu chorego siadałam na brzegu krzesełka trzymając na kolanach torbę do której chowałam słuchawki i aparat do mierzenia ciśnienia , na torbie układałam  kartę pacjenta, receptariusz ewentualnie rozkładałam bloczek z drukami zwolnieniowymi . I pisałam, pisałam pisałam wszystko to, co musiałam napisać….

Dlatego tak ostrożnie  postępowałam, bo gdy kiedyś podniosłam głowę , zauważyłam, że wzdłuż ściany spokojnie zmierza w stronę kontaktu wielka spokojna ale obrzydliwa pluskwa, a za nią zdążała druga.Trzeciej już nie wypatrzyłam, bo spuściłam wzrok.

Do tej pory nigdy nie widziałam takich stworzonek, ale z opisów wiedziałam jak wyglądają.

Stąd moja nieufność, czy nie przeniosę w domowe pielesze jakiegoś skądinąd może sympatycznego zwierzątka.

I dlatego unikałam układania swojej torby na podłodze.

A na stole się nie godziło, bo tam zwykle na szkle przykrywającym blat panowała waza ze sztucznymi owocami

I stąd moje nieomal akrobacje, by na maleńkiej własnej przestrzeni zmieścić to co przyniosłam na tę wizytę.

 

Na medycznej ścieżce. Dyżury w pogotowiu ratunkowym.

W czasie tego stażu należało odbyć także kilkanaście dyżurów całodobowych w Pogotowiu Ratunkowym.

Nasz zespół należał do bardzo dynamicznych, nie z powodu młodej pani doktor, ale z powodu niemal rajdowego kierowcy , który kiedyś pracował na erce i miał szybkość we krwi. Często gnaliśmy  środkiem ulicy, nie zważając na tory tramwajowe, czasami przefruwaliśmy trawniki a ja z trudem hamowałam mdłości. Z impetem wjeżdżaliśmy w maleńkie podwórka starych domków na Młocinach . Początkowo się dziwiłam, że kierowca zwykle  wjeżdżał  tam tyłem. Ale wkrótce  się przekonałam, jak cenny był ten manewr. Dawał on możliwość szybkiego opuszczenia miejsca postoju.

 Otóż kiedyś wjechaliśmy jak zwykle tyłem po wąskiej drożynie podwórkowej otoczonej parkanami , wysiedliśmy z karetki i gdy już dochodziliśmy do wejścia domku, wybiegł do nas mężczyzna z siekierą, którą wymachiwał niby cepem. Nie było wyjścia, wskoczyliśmy do karetki, i z gwizdem, sprawnie  opuściliśmy to podwórko. Zatrzymaliśmy się dopiero za rogiem i wezwaliśmy policję, zwaną wówczas milicją. Po pewnym czasie przyjechali panowie i wkrótce zapanowała dziwna cisza. Okazało się, że tym człowiekiem z siekierą był nasz pacjent, który na widok ekipy pogotowia ożył w szybkim tempie. Ponieważ opuścił domek w pudle milicyjnym, wyjaśniliśmy to wszystko z jego stareńką matką i zgłosiliśmy w dyspozytorni naszego pogotowia to wydarzenie.

Oczywiście bez przerwy otrzymywaliśmy kolejne zgłoszenia, ponaglenia , ale takie wydarzenia , jakie opisałam czasami zaburzały płynną pracę.

Zawsze się bałam, że może ktoś inny w tym czasie umiera, a pomoc nie nadjeżdża. Zgłoszenia były dość enigmatyczne- zasłabnięcia, bóle brzucha, bóle klatki piersiowej. Może dyspozytorki nie były wykształcone w takim stopniu jak obecnie, ale informacje dostawałam skąpe i jeździliśmy wg kolejności zgłoszenia . Wszystkie te objawy mogły być spowodowane poważną chorobą ale także przyczyną błahą.

I wówczas dziękowałam Bogu, za to, że w naszym zespole jeździł doświadczony felczer. Potrafił rozpoznawać intuicyjnie chyba , które zgłoszenie wygląda dramatycznie i należy przeskoczyć kolejność, delikatnie podsuwał mi swoje sugestie diagnostyczne i nawet sugerował terapię. Chętnie korzystałam z jego pomocy, bo wnosił w moją wiedzę medyczną życiowe, praktyczne elementy. Był po prostu mądrym człowiekiem.

Gdy zanurzałam się w łańcuchowo ułożone podwórka, które łączyły kamienice starego Żoliborza towarzyszył mi i bezbłędnie prowadził i ochraniał.

Bronił mnie przed agresywnymi często  pijanymi pacjentami albo w przypadku pacjenta o dziwo trzeźwego- przed pijanymi członkami jego rodziny lub kumplami.

W ten sposób przetrwałam w całości ten okres, gdy dzięki dyżurom w pogotowiu, poznałam nie tylko kawał prawdziwego życia medycznego ale też zakamarki uliczek żoliborskich, podwórka łączące się tajemnymi przejściami i maleńkie chatki w ogródkach działkowych.