Jeden raz tylko doświadczyłam w Izbie Przyjęć bezpośredniej osobistej tragedii. Otóż równocześnie przywieziono kilkoro dzieci z Domu Dziecka.
Zajęłam się badaniem pierwszego, inne wyglądały na oko nieźle .
I nagle odruchowo spojrzałam w głąb materiałowego kojca, gdzie zwyczajowo wkładano dzieci, które nie miały opiekuńczych ramion rodziców, by były tam bezpieczne i zauważyłam że ono jest jakoś bardzo podejrzanie spokojne .
Rzuciłam się w jego kierunku, jeszcze było ciepłe, ale nie oddychało. Podjęłyśmy próbę reanimacji, która okazała się nieskuteczna.
Serce miałam ściśnięte z bólu i rozpaczy. Ale niestety niczego już nie mogłam zrobić. Stało się, choroba była silniejsza od nas. A może, jak sobie powtarzałam słowa dr Czachorowskiej- to Parki, które przędą nić życia, wzięły swoje nożyce i przecięły tę nić.
Później musiałam napisać szczegółowy raport z tej sytuacji.
Zgon w Izbie Przyjęć, podobnie zresztą jak w karetce był nadzwyczaj wnikliwie analizowany. W tych miejscach nie powinno to się zdarzać.
Więc dochodzenie było szczegółowe, najpierw przed zespołem szpitala a potem jeszcze wyjaśnienia pisemne wysyłane do odpowiednich placówek oceniających. Wiem, że zeznawali w tej sprawie także lekarze z tego domu dziecka, którzy kierowali do nas, a także my. Na szczęście nie było to dochodzenie prokuratorskie, ale było bardzo szczegółowe i wnikliwe. Nie uznano winy żadnego z lekarzy.
Kosztowało mnie to sporo emocji , tym bardziej, że miałam to dziecko w swoich dłoniach i nie potrafiłam…
