Na medycznej ścieżce. Śmierć w Izbie Przyjęć.

Jeden raz  tylko doświadczyłam w Izbie Przyjęć  bezpośredniej osobistej tragedii. Otóż równocześnie   przywieziono kilkoro dzieci z Domu Dziecka.

Zajęłam się badaniem pierwszego, inne wyglądały na oko nieźle .

 I  nagle odruchowo spojrzałam w głąb materiałowego kojca, gdzie zwyczajowo wkładano dzieci, które nie miały opiekuńczych ramion rodziców,  by były tam bezpieczne i zauważyłam że ono jest jakoś bardzo podejrzanie spokojne .

Rzuciłam się w jego kierunku, jeszcze było ciepłe, ale nie oddychało. Podjęłyśmy próbę reanimacji, która okazała się nieskuteczna.

Serce miałam ściśnięte z bólu i rozpaczy. Ale niestety niczego już nie mogłam zrobić. Stało się, choroba była silniejsza od nas. A może, jak sobie powtarzałam słowa dr Czachorowskiej- to Parki, które przędą nić życia, wzięły swoje nożyce i przecięły tę nić.

Później musiałam napisać szczegółowy raport z tej sytuacji.

Zgon w Izbie Przyjęć, podobnie zresztą jak w karetce był nadzwyczaj wnikliwie analizowany. W tych miejscach nie powinno to się zdarzać.

Więc dochodzenie było szczegółowe, najpierw przed zespołem szpitala a potem jeszcze wyjaśnienia pisemne wysyłane do odpowiednich placówek oceniających. Wiem, że zeznawali w tej sprawie także lekarze z tego domu dziecka, którzy kierowali do nas, a także my. Na szczęście nie było to dochodzenie prokuratorskie, ale było bardzo szczegółowe i wnikliwe. Nie uznano winy żadnego z lekarzy.

Kosztowało mnie to sporo emocji , tym bardziej, że miałam to dziecko w swoich dłoniach i nie potrafiłam…

Na medycznej ścieżce. Tłok w Izbie Przyjęć.

Zdarzało się, że do Izby Przyjęć przybywało jednoczasowo  więcej dzieci .

Przychodzili rodzice, przyjeżdżały karetki. Bywało , że niewielki korytarzyk był cały wypełniony ludźmi. Na szczęście nigdy nie zdarzyły się w czasie moich dyżurów awantury, ludzie spokojnie czekali, widząc, że się miotamy.

 Może takie były czasy, spokojniejsze ogólnie, ludzie byli mnie roszczeniowi, albo po prostu ja miałam szczęście…

Źle napisałam, my personel Izby Przyjęć nie miotaliśmy się, działaliśmy  planowo, z rozmysłem . Pani pielęgniarka ogarniała swoim niezwykłym instynktem całość, potem i ja nauczyłam się błyskawicznie oceniać stan dziecka i segregować , wybierać te najcięższe, by miały od nas pomoc jako pierwsze. Nie było to łatwe. Tym bardziej, że przywożono do nas dzieci z innych szpitali, z klinik specjalistycznych, gdy tam zachorowały na jakąś chorobę zakaźną- najczęściej biegunkę. Były więc dzieci z cukrzycą , wadami serca, białaczkami. Często przyjeżdżało ich kilka, gdyż choroba zakaźna rozprzestrzeniała się szybko w ich oddziałach.  Można się domyślić, że ich podstawową chorobą pogarszała ta dodatkowa, zakaźna….pogarszała i tak zwykle ciężki stan ogólny tych dzieci.

Na medycznej ścieżce. Sprawność i skuteczność dr Madejczyk.

Muszę w tym miejscu jeszcze bardziej się cofnąć  w czasie, ale ta historia też wiąże się z moją ukochaną dr Madejczyk. 

Kiedyś miałam dyżur, jeden z pierwszych w tym szpitalu.

Jak zwykle dyżurowałam na Izbie przyjęć, gdyż tam kierowano młodych lekarzy , coby zbierali doświadczenia. Przywieziono tam dziecko z napadem drgawkowym , z którym nie umiałam sobie poradzić, Wiedziałam, jakie stosować leki, pomagała doświadczona pielęgniarka, ale efektu nie było widać.

W tym momencie wniesiono do Izby Przyjęć kolejne gorączkujące  dziecko z biegunką . Wyglądało na szczęście nie najgorzej, więc poprosiłam rodziców, by chwilę poczekali. Jednocześnie na moją prośbę pielęgniarka już dzwoniła do oddziału, gdzie była dr Madejczyk, która ze mną dyżurowała. Po połączeniu nieomal rozpaczliwie zawyłam  do  słuchawki prosząc o  pomoc . Chyba jednak nie zawyłam, bo nie miałam takiego zwyczaju, zawsze potrafiłam się opanować, ale ogólnie sytuacja była niewesoła. Dr Madejczyk najspokojniej w świecie oznajmiła, że właśnie reanimuje dziecko oddziałowe, ale żebym natychmiast przybiegła z tym moim, drgającym do niej.

Moje drgające dziecko w tym momencie się uspokoiło, widać zadziałały podawane leki, ale wymagało jakiś kolejnych działań.

Wysłałam pielęgniarkę z tym już uspokojonym drgającym przedtem dzieckiem na drugie piętro do głównego gmachu, gdzie działała dr Madejczyk . Ponoć zadecydowała, by położyć to dziecię w nogach reanimowanego i  przejęła stery. Na szczęście jej działalność była skuteczna, o czym się dowiedziałam kilka godzin później . … życie dyżurowe było zwykle spędzane w ogromnym pędzie, wyciskało ze mnie emocje jak cytrynę, do suchości, wszystkiego brakowało- rąk, nóg, mózgu, czasu…

Na medycznej ścieżce. Doswiadczone pielęgniarki podporą młodego lekarza.

Ale wracając do mojego pierwszego dyżuru.

Z wielkim napięciem oczekiwałam pierwszego wezwania do Izby Przyjęć.

Nasłuchiwałam, wyciągałam ucho nieomal, by nie przegapić głośnego dźwięku telefonu.

Czas się dłużył bardzo.

Siedziałam w napięciu przez pierwszą godzinę, potem poszłam do Izby przyjęć sprawdzić, czy jednak ktoś się nie zjawił, a mnie nie powiadomiono. Pani pielęgniarka mnie uspokoiła, że czuwa i na pewno mnie w odpowiednim czasie poprosi. Zapoznałam się z paniami pracującymi w Izbie Przyjęć. Były dwie- starsza niska i dość pulchna pani Janeczka Peciak   i wysoka, szczupła , ciemnooka i ciemnowłosa Pani Basia Kwiatkowska.

Obie były przemiłe, delikatne , miały duże doświadczenie zawodowe i potrafiły wspierać młodego lekarza w sposób dyskretny i wysoce fachowy.

Bez ich pomocy w późniejszym okresie , w wielu przypadkach miałabym większe dylematy dotyczące rozpoznania, postępowania . Gdy wchodziłam do izby Przyjęć od razu cichutko doradzały, że dziecko wg nich jest jednak bardzo chore i wymaga ostrożnej oceny. Miały tzw nosa , wyczucie stanu pacjenta.

Oczywiście zawsze miałam swoje zdanie, ale ich uwagi były cenne.

Znakomicie pobierały krew do badań  , często wyręczając lekarza, potrafiły umiejętnie trzymać dziecko w czasie nakłucia lędźwiowego i w ogóle były pewną i wiarygodną podporą szczególnie młodego niedoświadczonego lekarza.

Wkrótce się dowiedziałam, że syn Pani Janeczki , Janusz Peciak jest wybitnym polskim  pięcioboistą . Śledziliśmy jego karierę i byliśmy dumni, że pracujemy z jego mamą. Kiedyś pani Janeczka przyniosła nam jego złoty olimpijski medal, który mogliśmy obejrzeć i potrzymać w dłoniach szczerze jej gratulując. Syn Pani Basi, był wówczas mistrzem pływackim młodzików.

Przy nich, czułam się pewnie, jak we własnej rodzinie.

Na medycznej ścieżce. Izba Przyjęć.

Większość dzieci trafiających do oddziałów  już miało zlecenia, gdyż obowiązkiem lekarza dyżurnego Izby Przyjęć była rozmowa z rodzicami, badanie dziecka, wykonanie odpowiednich badań, w tym zwykle  nakłucia lędźwiowego w celu pobrania płynu mózgowo- rdzeniowego a dopiero po uzyskaniu wyników zaordynowanie odpowiednich leków.

Do czasu uzyskania wyników z laboratorium dziecko pozostawało w Izbie Przyjęć.  

Nie muszę pisać, że dzieci kwalifikowane do przyjęcia szpitalnego najczęściej były w ciężkim stanie. Wysoko gorączkowały, wymiotowały, bywały pobudzone, miały zaburzenia świadomości, drgawki. Te stany należało opanować w Izbie Przyjęć.

Oczekiwanie na wyniki badań wydawało się wiekiem. Stresu , który był  nieodłącznym towarzyszem naszych dyżurów w Izbie Przyjęć nie da się opisać słowami….

 

Izba Przyjęć mieściła się w niewielkim budyneczku, od strony ulicy Siennej, oddalonym od głównego budynku szpitalnego. Tak więc, po kąpieli i badaniach należało chorego  tam przenieść .  Odbywało się to na rękach personelu. Gdy dziecko było niewielkie, to nie był  duży problem, ale często z pielęgniarką i gdy była na dyżurze salowa razem dźwigaliśmy ciężkiego nastolatka, wielokrotnie brnąc w kopnym śniegu i nocnej zadymie.