Większość dzieci trafiających do oddziałów już miało zlecenia, gdyż obowiązkiem lekarza dyżurnego Izby Przyjęć była rozmowa z rodzicami, badanie dziecka, wykonanie odpowiednich badań, w tym zwykle nakłucia lędźwiowego w celu pobrania płynu mózgowo- rdzeniowego a dopiero po uzyskaniu wyników zaordynowanie odpowiednich leków.
Do czasu uzyskania wyników z laboratorium dziecko pozostawało w Izbie Przyjęć.
Nie muszę pisać, że dzieci kwalifikowane do przyjęcia szpitalnego najczęściej były w ciężkim stanie. Wysoko gorączkowały, wymiotowały, bywały pobudzone, miały zaburzenia świadomości, drgawki. Te stany należało opanować w Izbie Przyjęć.
Oczekiwanie na wyniki badań wydawało się wiekiem. Stresu , który był nieodłącznym towarzyszem naszych dyżurów w Izbie Przyjęć nie da się opisać słowami….
Izba Przyjęć mieściła się w niewielkim budyneczku, od strony ulicy Siennej, oddalonym od głównego budynku szpitalnego. Tak więc, po kąpieli i badaniach należało chorego tam przenieść . Odbywało się to na rękach personelu. Gdy dziecko było niewielkie, to nie był duży problem, ale często z pielęgniarką i gdy była na dyżurze salowa razem dźwigaliśmy ciężkiego nastolatka, wielokrotnie brnąc w kopnym śniegu i nocnej zadymie.