Na medycznej ścieżce. Anula cd.

Ponownie nawiązałam kontakt z Anulą i jeśli ten tekst ją w jakiś sposób zaboli- usunę z blogu. Pomimo tego, że od opisywanego czasu minęło 40 lat i ludzie  raczej są już innymi ludźmi , wiem, że pewne wspomnienia wolą wymazać z pamięci. Czekam więc na decyzję . Dopisałam  7.06.2014……

 

 

Anula kiedyś nam opowiadała, że przez jakiś czas dyżurowała na noworodkach w Klinice położniczej. W ten sposób zarabiała dodatkowe, chociaż mizerne pieniądze na utrzymanie dzieci.

I któregoś dnia miała przyjemność rozpoznać noworodka nieomal identycznego jakim była przed laty jej najstarsza córka….

 

Oczywiście Anula, jak to Anula, rozpostarła swoje skrzydła opiekuńcze i nad tym dzieciątkiem zwłaszcza, że jak się wkrótce okazało, jest to w jakimś szeroko rozumianym pojęciu Jej rodzina…. .

I tak toczyła się historia Anuli, którą żyliśmy my, wszyscy w dyżurce naszego Szpitala im. Dzieci Warszawy w tych latach 70 XX wieku. Bo nasze problemy były problemami wspólnymi.

Tak więc zapamiętałam  Anulę, gdy siedzi na korytarzu szpitalnym i poważnie rozmawia z przystojnym panem. Odwiedzał ją przez kolejne lata, dawny mąż, ojciec jej córek, chyba w jakimś sensie przyjaciel . Znając Anulę na pewno udzielała mądrych porad, bo sama była bardzo doświadczona przez życie…

 

Na medycznej ścieżce. Śmierć w Izbie Przyjęć.

Jeden raz  tylko doświadczyłam w Izbie Przyjęć  bezpośredniej osobistej tragedii. Otóż równocześnie   przywieziono kilkoro dzieci z Domu Dziecka.

Zajęłam się badaniem pierwszego, inne wyglądały na oko nieźle .

 I  nagle odruchowo spojrzałam w głąb materiałowego kojca, gdzie zwyczajowo wkładano dzieci, które nie miały opiekuńczych ramion rodziców,  by były tam bezpieczne i zauważyłam że ono jest jakoś bardzo podejrzanie spokojne .

Rzuciłam się w jego kierunku, jeszcze było ciepłe, ale nie oddychało. Podjęłyśmy próbę reanimacji, która okazała się nieskuteczna.

Serce miałam ściśnięte z bólu i rozpaczy. Ale niestety niczego już nie mogłam zrobić. Stało się, choroba była silniejsza od nas. A może, jak sobie powtarzałam słowa dr Czachorowskiej- to Parki, które przędą nić życia, wzięły swoje nożyce i przecięły tę nić.

Później musiałam napisać szczegółowy raport z tej sytuacji.

Zgon w Izbie Przyjęć, podobnie zresztą jak w karetce był nadzwyczaj wnikliwie analizowany. W tych miejscach nie powinno to się zdarzać.

Więc dochodzenie było szczegółowe, najpierw przed zespołem szpitala a potem jeszcze wyjaśnienia pisemne wysyłane do odpowiednich placówek oceniających. Wiem, że zeznawali w tej sprawie także lekarze z tego domu dziecka, którzy kierowali do nas, a także my. Na szczęście nie było to dochodzenie prokuratorskie, ale było bardzo szczegółowe i wnikliwe. Nie uznano winy żadnego z lekarzy.

Kosztowało mnie to sporo emocji , tym bardziej, że miałam to dziecko w swoich dłoniach i nie potrafiłam…

Losy moich Rodziców. Zenon, mój brat.

 

Mój najstarszy brat- Zenon. Zdjęcie z rodzinnego albumu, opisane ręką Taty.

 

 

W maju 1934 roku przyszedł na świat ich pierwszy syn.

Poród trwał kilka dni.

Dziecko urodziło się sine, ale wkrótce żwawo krzyczało.

Było silne, duże i barczyste.

Nadano mu na imię Zenon.

Ojciec przyjechał, obejrzał syna, nawet się wzruszył i wrócił do Wilna, do pracy.

Chłopak rósł .

Kilkuletni brzdąc wychodził do pobliskiego lasu i wracał przynosząc opowieści o wspaniałej leśnej ciszy i urodzie roślin.

Mama widziała, że chłopiec ma talent, umie obserwować świat i dostrzegać jego piękno.

Ale w cichości się niepokoiła nadwrażliwością syna i swoistego rodzaju egzaltacją.

Był bardzo grzecznym dzieckiem, posłusznym , zaprzyjaźnionym z ludźmi.

Wyobrażała sobie kim zostanie w przyszłości.

Tym dotkliwiej przyjmowała wszystkie późniejsze kłopoty i porażki życiowe swojego pierworodnego.

Wyrastałam w takiej atmosferze, wiedziałam, że to dziecko jest dla niej wszystkim.

Mając trzy lata  mówiłam, nieco zrezygnowana,  że ja jestem tatusia a Mama ma Zenona.

 

Na medycznej ścieżce. Poród trzeciego dziecka …

Jeszcze po południu odwiedził mnie Mirek. Tzn niezupełnie odwiedził, bo nie można było wchodzić do takich oddziałów osobom postronnym . Więc gdy usłyszałam wołanie zza okna, to wyjrzałam na zewnątrz .Na szczęście  oddział mieścił się na parterze, a pod okna można się było dostać przez dziurę w płocie szpitalnym. Jeśli ktoś nie wie, to przypominam, że wtedy nie było telefonów komórkowych, a pojedyncze automaty telefoniczne na korytarzach zwykle nie działały. Ucieszyłam się, że zobaczyłam Mirka. Pogadaliśmy przez chwilę, ale ja miałam już bóle, o czym mu nie powiedziałam. Obiecał , że wstąpi  rano jadąc do cukrowni w Glinojecku, którą właśnie budowała jego firma o dźwięcznej melodyjnej nazwie Kablobeton .

Moja akcja porodowa rozwijała  się bardzo dynamicznie, więc w pewnym momencie podeszłam do pielęgniarki i zameldowałam, że już. Widząc mnie, uwierzyła i zaczęła sprowadzać na blok porodowy, który znajdował się poniżej oddziału patologii ciąży. Już na schodach przysiadałam i informowałam, że tutaj urodzę. Dość przerażona pielęgniarka ciągnęła mnie na siłę. Na progu sali porodowej rozglądałam się za wolnym łóżkiem, ale niestety wszystkie były zajęte. I wówczas położne zwlokły dziewczynę, która się wiła na najbliższym łóżku. Zapamiętałam jej nieprzytomne zdumione i przerażone oczy. Próbowała się zapierać, ale bez rezultatu. Posadzono ją  obok łóżka na krześle a mnie położne pomogły wdrapać się na to wyro. Nie czekałam ani chwili, w końcu nie wypadało zajmować nie swojego łóżka za długo i natychmiast  urodziłam.

Powiedzieli , że syn. Byłam szczęśliwa. Dziecko pięknie wrzeszczało, a mnie przerzucili  na płaski wózek , gdzie sobie spokojnie leżałam i  odpoczywałam.

Uczynna salowa podała mi ich służbowy telefon, który na szczęście miał bardzo długi przewód i zadzwoniłam do domu.

Mirek był w siódmym niebie i natychmiast , mimo późnej pory pognał do moich rodziców i przekazał wiadomość. Dziewczynek na szczęście nie budził.

Ja po dwóch przepisowych godzinach zostałam wywieziona  na salę położnic.

Mirek rano przed pracą wstąpił , liścik radosny  przekazał.

Oj, te panie salowe miały raj. Bardzo chętnie ganiały na izbę przyjęć, gdzie po drugiej stronie barykady czekał szczęśliwy tata i przenosiły paczki oraz listy. Każdy liścik oznaczał  drobny datek za usługę, więc pewnie w sumie zarabiały więcej niż pielęgniarki i położne razem wzięte.

W zwrotnym liściku do Mirka prosiłam o dostarczenie jakiś płynów do picia, bo mnie straszliwie suszyło po tych emocjach.

Obiecał, że wstąpi w drodze powrotnej z budowy.

Czekałam długo i cierpliwie ale się nie doczekałam . Nie były to czasy, kiedy w miejscowym sklepiku można było kupić wodę czy jakiś sok . Chyba nawet nie było miejscowych sklepików. Trwałam więc w swoim poporodowym wysuszeniu żłopiąc straszliwie zimną lurowatą lepką od cukru herbatę, którą ktoś litościwy mi podał do łóżka.

Mirek przybył dopiero następnego dnia , dostarczył jakieś domowe kompoty i inne wiktuały i było wszystko ok.

Na medycznej ścieżce. Wreszcie jestem pełnoprawnym lekarzem.

Rok stażowy minął szybko.

Dopiero wówczas otrzymałam tzw. prawo wykonywania zawodu.

Wkrótce urodziłam Marcina. Oczywiście nie wiedziałam, że będzie syn. Ale sobie pomyślałam, że jeśli moje dziewczynki rodziły się w Klinice przy ul.Starynkiewicza, to zmiana miejsca porodu może przyniesie chłopca. Ale to były takie sobie żarty.

Niby żarty, a  okazały się prawdą.

 Ponieważ jak w poprzednich ciążach poród nie nadchodził w terminie, to gdy minęły kolejne dwa tygodnie jak zwykle znalazłam się na oddziale patologii ciąży. Już nie rozpaczałam jak poprzednio, wiedziałam , że taki jest system . Jednak tym razem nie skłuli mi pupy straszliwie bolesnymi zastrzykami z hormonów przygotowujących do porodu, czyli porodu nie prowokowano,  bo po dwóch dniach już rano czułam, że chyba się zacznie.

Przybycie Paulinki, naszej najmłodszej.

 

Paulinka ma dwa miesiące. Obok pozostałe dzieci i Iwonka, moja bratanica. Zdjęcia z rodzinnego albumu, wklejone tam i opisane przez mojego Tatę.

 

 

 

Przedwczoraj minęła 33 rocznica urodzin naszej najmłodszej Córki-  Pauliny.

To dziecko nie było planowane, ale jego  przybycie sprawiło nam wielką radość. To był taki Dar od Najwyższego i tak traktowaliśmy tę czwartą moją ciążę.

Pracowałam wówczas w Szpitalu Zakaźnym w Warszawie przy ul. Siennej 60. To było miejsce magiczne, budynek miał już 100 lat . Szpital ten powstał z funduszów fundacji Bergsonów i Baumanów z przeznaczeniem na leczenie biednych dzieci żydowskich. W nim pracował Janusz Korczak, w czasie II wojny światowej był szpitalem powstańczym, a po wojnie Kliniką Pediatryczną. W latach 60 ubiegłego wieku otrzymał piękne imię „ Szpital im. Dzieci Warszawy”. Pracowało w nim wielu żydowskich lekarzy, z których większość opuściła Polskę w czasie pamiętnego roku 1968. Zamieszkali w Szwajcarii. Byli to znakomicie wykształceni specjaliści, wielu z nich kończyło zagraniczne uczelnie medyczne w Berlinie, Paryżu. Dlatego szpital ten cieszył się dużą renomą w środowisku medycznym w Warszawie i Polsce. Znakomity był oddział Neuroinfekcji, gdzie obowiązkowo szkolono lekarzy specjalizujących się w pediatrii.

I właśnie w czasie mojej pracy w tym szpitalu urodziła się Paulinka. Może o Jej refleksyjnej naturze  zdecydowały  nie tylko geny, ale również tajemnicza, nasycona duchami atmosfera tego szpitala, w której spędzałam wszystkie miesiące ciąży.

Pod koniec ciąży byłam już tak gruba, że ledwie mieściłam się w drzwiach i wnętrzu maleńkiej  szatni dla pracowników. Dlatego też musiałam czekać, aż wszyscy ją opuszczą i wówczas miałam dla siebie odpowiednią przestrzeń.

Pracowałam tam do samego końca ciąży , na własne życzenie przeniesiono mnie z nudnych żółtaczek na oddział Neuroinfekcji, który pociągał mnie najbardziej.

Do porodu udałam się do szpitala Wojskowego przy ul. Szaserów. Ponieważ jak w poprzednich ciążach  w terminie porodu nic się nie działo, zwyczajowo umieszczano mnie na oddziale patologii ciąży. Za długo tam nie posiedziałam, bo rano, 14. 11. 1979 roku miałam wrażenie, że jednak coś się zacznie. Mimo tego, że zgłosiłam swoje objawy,  wykonano mi jakiś zaplanowany wcześniej test , który zakończono w południe, informując, że w ciągu najbliższych dni nie urodzę.

Oczywiście test testem, a życie sobie.

Tego samego dnia, po południu rozpoczęła się intensywna akcja porodowa.

Początkowo na porodówce gawędziłam sobie ze studentami Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi, którzy odbywali tutaj tzw. internat. Jednak po kilku godzinach poprosiłam chłopaków, by opuścili moje stanowisko, bo będę rodziła. Powiedziałam o tym, że już nadchodzi drugi okres porodu przechodzącej położnej. Nie zwróciła na mnie uwagi, zniknęła z czajnikiem w swoim pokoiku. Jednak pewnie coś ją tknęło, bo po chwili wyszła i zajrzała do mnie. Gdy zdjęła moje okrycie, jęknęła , „że już jest głowa” i polewając jodyną ręce , bez uprzedniego zwyczajowo trwającego dłużej mycia odebrała naszą córeczką. Właściwie nie miała żadnego udziału, poza przecięciem pępowiny, bo córeczka sama wydobyła się na świat – oczywiście przy moim jakimś tam udziale- co obwieściła wielkim wrzaskiem.

Myśleliśmy, że może to będzie synek, bo byłaby symetria płci naszych dzieci. Wówczas nie było możliwości badań takich jak teraz, po których  już wcześniej wiadomo, jakiej płci dziecko przebywa w łonie matki. Ale córeczka była dla nas także wielką radością.

Marcin, nasz jedyny syn, który wtedy miał 6 lat, powiedział do ojca- nas jest tylko dwóch.

Gdy Paulinka przybyła do domu, wszystkie dzieci ją oglądały i podziwiały. A była tak maleńka, że mieściła się na wersalce, leżąc w poprzek na siedzeniu.

No i zaczęły się pieluchy- wszak wtedy tylko tetrowe, i codzienna radość z pięknie rozwijającego się dziecka…..

Teraz nasza maleńka córeczka jest już mamą dwóch dorodnych synów, 4 letniego Wiktora, który nazwał sam siebie Witonem i 2,5 mies Patryka, czyli Patka lub Patusia.

I tak historia nasza rodzinna zatacza kolejny krąg…..

Na medycznej ścieżce. Na studiach rodzę dzieci.

Studia przemykały jak maleńkie chwilki.

Na początku piątego roku studiów  tj 3 października 1969 roku urodziłam pierwsze nasze dziecko. Była to córeczka – Justyna .

Była wymarzona . Widocznie dzieci chcę dzieci, jak kiedyś powiedziała ciocia mojej przyjaciółki Bajki .

Przytulałam zawinięte w kocyk niemowlę i byłam szczęśliwa.

Ale trwało to bardzo krótko, bo miałam wewnętrzny imperatyw, by nie zarwać studiów, nie zawieść Mamy, która się bała, że zamążpójście zaburzy mi proces zdobywania zawodu. Bałam się też, że robiąc przerwę w edukacji, nie będę umiała wrócić do tego kieratu, jakim były moje studia.

Tak więc, 7 dnia po porodzie, tj 10. października byłam już na zajęciach.  W tym czasie przybyła do nas babcia-ciocia Mirka Wiera Leoszko. O niej wspominał w swoim pamiętniku JanSenior. Podobno liczyła sobie 80 lat, ale wyglądała tak krzepko, że podejrzewaliśmy jakiś większy przekręt przy wyrabianiu polskiej metryki po powojennym powrocie z Wileńszczyzny. Mimo bardzo trudnego życia, przeżyć wojennych kiedy to  straciła męża i  dwóch kilkuletnich synów , którzy bawili się minami i zostali doszczętnie rozerwani. Po wojnie mieszkała w Gubinie z dwoma córkami. Jedna z nich Hania, nadal tam mieszka i chyba jest bardzo podobna do matki. Druga córka, Malwina mieszka w Sopocie.

Na medycznej ścieżce. Doktor Benendo i jego teoria planowania płci dziecka.

Dr Kapuścińska opowiadała  nam, że jest córką starego doktora Benendy. I właśnie  wtedy dowiedziałam się o jego bardzo ciekawych obserwacjach.

Franciszek Benendo  urodził się w 1906 roku w Świdrach. Zmarł jesienią 2001 roku.

Ukończył studia medyczne w Warszawie, brał udział w wojnie obronnej Polski w 1939 roku, po czym powrócił na Podlasie, gdzie praktykował jako lekarz i zaangażował się w działalność Armii Krajowej. Po wojnie zamieszkał we Wrocławiu, zajmując się radiologią i pulmonologią.

W 1957 roku przeniósł się do Płońska, gdzie przebywał i pracował do końca życia.

Zajmował się naukowo zagadnieniem determinacji płci. W 1965 roku obronił pracę doktorską pt. „ Zagadnienia determinacji płci u ludzi w świetle własnych badań „.

Mimo, że był działaczem Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Społecznego, był przeciwnikiem  kościelnego zakazu antykoncepcji a nawet  korespondował w tej sprawie z papieżem.

 

Dr Benendo  był świetnym obserwatorem życia i twórcą uznanej za zgodną z poglądami nauki metody planowania płci dziecka. 

 „Oto jego teoria: plemniki są dwojakiego rodzaju – z męskim chromosomem Y i żeńskim X. Jajo ma zawsze żeński chromosom X. Jeżeli pierwszy do jaja dostanie się plemnik z Y, to z układu XY powstanie chłopiec. Gdy zaś w komórce jajowej zagnieździ się plemnik z X, z układu XX rozwinie się dziewczynka. Plemniki męskie – Y są bardziej ruchliwe, lżejsze, mniej żywotne. Żeńskie – X są zaś powolne i cięższe, za to bardziej wytrzymałe. Jajeczko żyje około doby, czasem nawet do czterech dni.

Tak więc, jeśli się marzy o synku, to należy współżyć kilka godzin przed lub tuż po owulacji, gdy jajeczko jest już gotowe i czeka. Wtedy są większe szanse, że pierwsze dotrą do niego plemniki  z męskim chromosomem Y.

Natomiast o Zosię najlepiej starać się 2-3 dni przed owulacją. Im dłużej trwa czekanie, tym więcej zostaje żeńskich plemników – tych z X. I kiedy jajo wreszcie się uwolni, to one je zapładniają.”

Kilkanaście lat temu zespół ginekologów-endokrynologów pod kierunkiem prof. Jerzego Tetera z Akademii Medycznej w Warszawie przetestował metodę dr Benendo.  Badania kliniczne w kilkuset przypadkach potwierdziły jej skuteczność – jeżeli chodzi o dziecko płci męskiej w 90%, a żeńskiej – w prawie 60%..

 

Mimo , że dzięki studenckim kontaktom wiedziałam od córki doktora Benendo o jego metodzie planowania płci dziecka, nie skorzystałam z niej. Nasze dzieci rodziły się bez żadnego planu. Wszystkie były pożądane i kochane niezależnie od płci. Zresztą moje cykle miesięczne były bardzo zaburzone m. innymi przez system pracy,  częste dyżury całodobowe, noce poświęcane pacjentom i tak minęło życie….

 

wiadomości od dr  Bogusławy Benendo- Kapuścińskiej i z internetu

Opowieści mojej Mamy. Narodziny mojej Mamy.

 

Deszczowa Godziszka

 

 

Niebawem  okazuje się  , że Marianna jest w ciąży.

Może nawet Michał się cieszy, że dziewczyna jest płodna. Na pewno spodziewa się , że urodzi mu upragnionego syna. Ciąża mija dość spokojnie. Czas płynie na oczekiwaniu. Marianna wraca myślami do swojego Boga , pokornie błaga o syna.

Jej przybrane córki  patrzą ze swojego kąta i pewnie proszą swojego Boga o kolejną siostrę. Urodzenie brata , dziedzica ziem , nieomal następcy tronu, oznaczałoby odsunięcie dziewczyn na drugi plan.

 

Któregoś dnia zaczyna się poród. Pierwsze dziecko rodzi się długo. Już mijają kolejne wschody słońca nad Babią Górą i krwiste zmierzchy nad Skalitem. Wreszcie słychać krzyk noworodka. Kobiety, które pomagają rodzącej oznajmiają ojcu, że dziecko jest dorodne i zdrowe. Nie jest tym zainteresowany, czeka tylko na informację, czy doczekał się syna.

Pokazują mu niemowlę. Wstrzymuje oddech i patrzy. Patrzy długo , aż odrywa zimny , zły  wzrok i mówi lodowatym głosem. Mam kolejną córkę….

To dziecko urodzone 14. kwietnia 1907 roku otrzymuje imię Stefania.

 Pierwsze dziecko Marianny jest moją przyszłą  Matką….