Nasza podróż trwała pełne dwa dni.
Bryczką mojego Taty dotarliśmy do stacji kolejowej, oddalonej o 12 km od Rakowa, potem już koleją żelazną do Wilna, skąd braliśmy pociąg do Warszawy.
W Warszawie zmienialiśmy dworzec i znaleźliśmy się pociągu do Bielska Białej.
Samotni w przedziale przytulaliśmy się do siebie, usiłując w ten sposób dodać sobie odwagi. Wiedziałem co przeżywa Stefa. A może nawet nie wiedziałem jak bardzo się bała. Nic nie mówiła, ale gorączkowo szukała mojej dłoni. Czułem, że pragnie wsparcia jak nigdy dotąd.
Ożywiła się tylko w okolicach Pszczyny.
Stanęła przy oknie i poprosiła, bym patrzył razem z nią. Wstałem, objąłem ją ramieniem najczulej jak potrafiłem i czekaliśmy. I wtedy zobaczyłem w dali ogromne, niebosiężne strome lesiste zbocza.
To były Jej góry. Beskidy zajmowały cały horyzont i ten widok powodował, że wstrzymywałem oddech.
Nigdy przedtem nie widziałem prawdziwych gór.
Po chwili krajobraz złagodniał i wydało się, że góry odpłynęły.
Wjechaliśmy do kotliny Żywieckiej, powiedziała.
Moja jesteś góralko, szeptałem i może jeszcze jakieś słowa, a może to były tylko myśli stłoczone w mojej głowie .
Po kolejnej przesiadce dotarliśmy do Łodygowic.
Na ulicy obok dworca zauważyłem masywnego, czarniawego chłopaka, który stał obok pięknie przystrojonych koni zaprzężonych do ładnej czyściutkiej bryczki.
Intuicyjnie pomyślałem, że to pewnie ktoś z rodziny mojej wybranej. Oczywiście nie byłem do końca pewien, czy w ogóle ktoś nas spotka. Okazało się , że był to brat Stefy- Szczepan. Potraktowałem to jako dobry dla nas znak .
Wyładowując bagaże, kątem oka zerkałem na powitanie brata z siostrą.
To powitanie było nawet czułe co nie bardzo korespondowało z opowieściami o chłodnej naturze górali . Nabrałem więc nadziei, że nie taki diabeł straszny, jak mówią niektórzy.
Gdy zbliżyłem się do Szczepana, ujrzałem niechęć w jego oczach i już wiedziałem, że jestem tutaj nieproszonym gościem.
