„Kto nam dał skrzydła”. Spotkanie w Koninie z naszym śp. kolegą – Niezwykłym Lekarzem – Piotrem Janaszkiem .

Piotr Janaszek z córkami – Zuzanną i Olgą na zorganizowanym przez siebie obozie harcerskim dla dzieci z niepełnosprawnością . Zdj otrzymałam od Olgi.

Niedawno wróciliśmy z Konina, gdzie   w Sali Kinowej miejscowego Domu Kultury  – 30.11. 2019 roku odbyła się premiera filmu o skromnym tytule „ Doktor Piotr ” . Była to  skrótowa opowieść  o naszym tragicznie zmarłym przed 20 laty koledze z poznańskiej Akademii Medycznej (wspólne  lata 1965- 1971)- Piotrze Janaszku . Były też opowieści ludzi o Piotrze i mnóstwo zdjęć oraz filmików o niebywałej wartości dokumentalno –  sentymentalnej.  Na to spotkanie dotarła zaledwie garstka kolegów z roku – bo 5 osób – Urszula Mejer , Jerzy T. Marcinkowski, Hieronim Głowacki , Leszek Milanowski , Jacek  Rajewski z żoną Jolantą – młodszą od nas  także absolwentką AM. Przybycie do Konina nie oznaczało, że pozostali koledzy nie byli emocjonalnie związani z Piotrem. Po prostu rozliczne problemy, także zdrowotne , co w naszym wieku nie jest rzadkością, były przyczyną nieobecności. Ale na pewno wielu z nas uczestniczyło duchowo w tej Uroczystości, daliśmy temu wyraz w mailach do głównych Organizatorek – kontynuujących tę Wielką  Ideę – Córek Piotra- Zuzanny i Olgi. Otrzymaliśmy od nich list następującej treści :

Szanowni Państwo,pięknie i z całego serca dziękujemy wszystkim, którzy przyjechali na premierę filmu „Doktor Piotr”. To były niezwykłe spotkania!

Życzymy zdrowia tym z Państwa, którym nie udało się być z nami w sobotę. Wiemy, że byliście myślami!

Gorąco zapraszam do Konina do Fundacji PODAJ DALEJ, gdzie codziennie dzieje się dużo dobrego. 

Życzę Państwu zdrowia i sił do dalszych działań i dziękuję, że jesteście z nami!

Polecam serdecznie materiał przygotowany przez Telewizję Wielkopolską: TUTAJ

Na Facebooku jest album ze zdjęciami: TUTAJ. Zachęcam również do zaglądania na nasze strony internetowe: https://osadajanaszkowo.pl/ oraz https://podajdalej.org.pl/

Olga Janaszek-Serafin Fundacja im. Doktora Piotra Janaszka PODAJ DALEJ KRS 0000 197 058   601 758 333  olga.janaszek@podajdalej.org.pl www.OsadaJanaszkowo.pl ul. Południowa 2a, 62-510 Konin    

Z poważaniem,

A oto nasze myśli i wrażenia z tego Niezapomnianego Spotkania .

Po seansie, kiedy nie mogliśmy opuścić foteli, bo film był przejmujący Starsza córka Piotra- Zuzanna Janaszek – Maciaszek zaprosiła nas na małe kameralne spotkanie z Przyjaciółmi Piotra, dawnymi Współpracownikami i Podopiecznymi . Właśnie wtedy, na prośbę Zofii Łukaszewicz – Konopielko, odczytała fragment jej wspomnień które już wcześniej zamieściła w blogu. Jest to krótka opowieść o pierwszym  spotkaniu z Piotrem w lipcu 1965 roku, w Dziekanacie Akademii Medycznej przy ul. Fredry 10 w Poznaniu,  pod tablicą ogłoszeń, gdzie zamieszczono listę przyjętych na studia medyczne .  Ten Nieznajomy wówczas chłopak – który przypadkowo znalazł się obok, po przeczytaniu swojego nazwiska na liście przyjętych na studia  ( tak jak i ona) – przedstawił się i rzekł odchodząc – „ Teraz mogę realizować swoje marzenia ” . Tak, mając zaledwie 18 lat, Piotr wiedział co chce robić w życiu i to konsekwentnie realizował do końca…

Po spotkaniu napisał do nas Hieronim Głowacki ( Hirek ), który mieszkając od wielu lat w Niemczech, przebył setki kilometrów by się” spotkać” ze swoim Przyjacielem – Piotrem. Oto  wspomniany list Hirka ( cytuję dosłownie )  :

Halo Janaszkowie & co
Z pamięci napisałem dzisiaj moje refleksje o Piotrze, które spontanicznie przedstawiłem na waszym spotkaniu 30.11.19 w Koninie. Możecie to włożyć do waszego blogu, internetu, albo gdzie potrzebujecie. Pozdrawiam Hirek.

…. koleżanka pisała o marzeniach, które miał Piotr. Mówię Piotr, bo on dla mnie zawsze zostanie Piotrem. Ja jestem jego kolegą ze studiów. Moje nazwisko jest Hieronim Głowacki.
Tak jak koleżanka napisała Piotr marzył. To żeby coś osiągnąć, to trzeba marzyć. Bo z marzeń powstają wizje, dalsze cele, plany, realizacja. I tak też było u Piotra – marzenia, wizje, cele, plany, realizacja.
Ale to jest tylko połowa sukcesu. Ażeby coś osiągnąć, trzeba wierzyć w siebie, w swoje postępowanie, we właściwość swoich planów.
Piotr wierzył w siebie.
On pracował w czasach, w których tacy jak Piotr, nie mieli poparcia. W tamtych czasach były powiedzenia, które ja też słyszałem –
„nie rób tego, to ci się nie uda. Innym się nie udało, to i tobie też się nie uda”.
Ale Piotr wierzył w siebie i w słuszność swoich postępowań. I dlatego udało mu się ten cel zrealizować.
Dlatego droga młodzież, drogie dzieci. Bierzcie przykład z Piotra. Jeżeli chcecie coś w życiu osiągnąć, musicie  marzyć, bo z tego powstaną wizje, cele, plany i realizacja. I musicie wierzyć w siebie, że wam się to uda, tak jak Piotr wierzył w siebie i w swoje marzenia.

I teraz nasze ( tzn. moje – Z. K. ) myśli, trochę błądzące w przestrzeni fantazji, ale uporczywie powracające . Jest to  próba odpowiedzi na pytania dlaczego odszedł tak nagle, w pełni sił ……dlaczego ???

A może Piotr był za aktywny, za radosny , za bardzo kochany przez wszystkich, jakby spełniony bo zaszczepił swoją  ideę  Córkom   i tak wyrazisty że zauważył Go Pan i uznał że w tej sytuacji  jest  potrzebny bardziej w niebiesiech niż na zwykłym ziemskim świecie. Bo w tym drugim boskim Anioły były jakoś markotne a Dusze kalekie potrzebowały nieustannego wsparcia co było zadaniem zbyt nużącym nawet dla Pana Boga. On wolał efektowne cuda czy wielkie upadki rozpatrywać , ale codzienne podtrzymywanie nastroju to  nie było zadanie  na boską cierpliwość . Tu tylko potrzebny był odpowiedni CZŁOWIEK , dokładnie taki jak Piotr. Tak jak to robił zawsze na tym ziemskim padole łez, rozweselał smutnych –  zagrałby  na gitarze, zorganizował  kolonie , zabawy, sportowe zajęcia a może – tak jak swoich ziemskich Podopiecznych – za pomocą licznych zagranicznych kontaktów  i sponsorów – zabrał gdzieś daleko , nawet za ocean . Tu na pewno użyłby protekcji  Wszystkich Świętych  i  wycieczkę  duszyczkom cierpiącym  w międzygwiezdne przestrzenie czy  odlegle galaktyki zafundował  . Na tej naszej ziemi   wydobywał zastraszone dzieciaki z niepełnosprawnością z zamkniętych domów, komórek gdzie ukrywali je rodzice w tamtych latach 70 ub. wieku. W tym czasie Polska, daleko za Zachodem dawno otwartym na niepełnosprawność,  była mrocznym zaściankiem . Rodzice  nie tylko widzieli w nich przyczynę  gorszej jakości  swojego życia ale też się wstydzili, bo oglądano na ulicach takie dzieci i ich rodziny , wytykano a nawet jawnie wyśmiewano. W takim  to czasie Piotr, wychowanek profesora Wiktora Degi, ortopedy z Poznania, który pierwszy w naszym kraju doceniał wagę rehabilitacji  –  zaczął działać z wielkim rozmachem. Pozostawił Klinikę prof. Degi ,  gdzie stawiał pierwsze kroki po studiach , porzucił ścieżkę kariery zawodowej i naukowej bo  rozpierała  Go potrzeba skutecznego działania wśród ludzi, blisko ich domostw –  organizował więc  pierwsze kolonie dla dzieci z niepełnosprawnością, zwane wówczas kalekami,   utworzył Mielnicę – osadę dziecięcą i zawsze zabierał tam swoje maleńkie jeszcze córki . Jest obszerna dokumentacja zdjęciowa z tych czasów – Piotr z gitarą , małe córki w mundurkach harcerskich obok, Piotr dźwigający dzieci na ich wózki inwalidzkie …..Pokazał tym dzieciakom świat i ludzie zobaczyli że są wśród nas  i chcą żyć pełnią życia, może nawet bardziej uświadomioną i zawsze trudniej osiągalną  niż  przez dzieci sprawne w ich wieku . Wówczas działanie Piotra  było działaniem PIONIERA . Podawał im rękę , ale też ich rodzinom objaśniał  wartość tych dzieci , zresztą podawał Wszystkim rękę, kiedy trzeba głaskał po głowie i zawsze pokazywał , że życie jest piękne.  Właśnie taki był Piotr. Właściwy Człowiek na właściwym miejscu , na ziemi zrobił już wszystko co trzeba – uznał Pan Bóg i  wezwał  Go do siebie. A może właśnie taki był boski plan już wcześniej ułożony na szachownicy życia Piotra. …
Jechaliśmy  do Konina w andrzejkowe popołudnie 2019 roku , serdecznie zapraszani na premierę filmu pt. Doktor Piotr, ale ze smutą  , że przed ponad 20 laty utraciliśmy Kolegę ze studiów ,  którego właściwie nie zdążyliśmy dokładnie poznać, bo każdy z nas miał swoją drogę życia zawodowego która absorbowała nasz czas. Wydawało nam się , że tragiczna  , niesprawiedliwa śmierć Piotra była tylko zrządzeniem Przypadku czy Złego Losu.   Miał  wtedy zaledwie 51 lat gdy odszedł a nam zostało dane jeszcze żyć i nawet pracować . Jechaliśmy do Konina  mając w sobie obraz opowiedziany przez kogoś, ale tak bardzo wstrząsający że mocno zapamiętany, gdy pamiętnej czarnej grudniowej nocy mikołajkowego dnia roku pańskiego 1989 ziemia była lodem i śniegiem pokryta i tak lśniąca że zda się wabiła by przekroczyć przysłowiowy Rubikon. Noc tę dobrze zapamiętał  Leszek Milanowski, który wówczas wracał  z pracy do rodziny – nie wiedząc że całkiem niedaleko ginie Piotr w straszliwym wypadku . Leszek o tym pisał  we wspomnieniach o Piotrze  zawartych w blogu . Piotr  właśnie  wracał   z podwarszawskiego spotkania z dziećmi z niepełnosprawnością i na pewno unosiła go tamta niedawna radość, ale też myśli szczęśliwe, że niedługo przytuli ukochane , młodziutkie wtedy  Córeczki. Jednak One  czekały na próżno bo Piotr  „ przekroczył Rubikon ” bo został powołany do innych, może wyższych zadań. Kto wie …
Gdy już w konińskim Domu Kultury weszliśmy do Sali Kinowej, zanim ujrzeliśmy wielki tłum ( chyba ponad 500 osób ) poczuliśmy, że tu jest Piotr . Że jest ciepło, serdecznie i podniośle . I że dookoła wielka radość szumi skrzydłami ludzi i tych sprawnych i pozornie sprawnych i niesprawnych. Dziewczyny z tej ostatniej grupy pokazywały swe dorodne dzieci bo Piotr otworzył im kiedyś świat, pokazał że są piękne choć  inaczej , nauczył że życie, każde życie –  jest darem i że trzeba ten dar wykorzystywać do utraty tchu . Wszyscy fruwali i my też – bo to Piotr dał nam skrzydła. I towarzyszyły nam Jego dwa Ziemskie Anioły – Córki które wychowywał od maleńkości na obozach harcerskich, koloniach – były tam  zawsze z nimi dzieci które nie spełniały umownych przecież  rygorów ” sprawności „. To One – Zuzanna i Olga  stały się łącznikiem nieba gdzie rezydują nasi pobratymcy rozweselani przez Piotra i my którzy patrzą „w górę” i nic nie widzą. Bo jesteśmy za mali. To One przez swoje życiowe traumy i Piękny Nieziemski nieomal przykład Ojca  doświadczyły Daru Zjednoczenia Ziemi i  Nieba . I  teraz za Ich sprawą  wrócił do nas  nasz nieżyjący od dawna Kolega i był obok, nieomal na dotknięcie dłoni.
Piotr siedział obok nas i było cudownie.
Gdy już trwał film o Nim, On uzupełniał szeptem, jak zwykle skromnie, widząc wszystko szerzej i głębiej , nie przydzielając sobie zasług – jak kiedyś wspomniał Jego  Przyjaciel – nasz wspólny kolega  Hirek – Piotr więc do nas szeptał, że to przez Mamę, że Mama Go uczyła jak kochać ludzi. I opowiedzcie też o moich przodkach, szepnął. Bo bez nich może nie poznałbym  tak wcześnie swojego miejsca na ziemi, w zawodzie, w pasjach no i marzeniach.  Obiecaliśmy Piotrowi, że zaraz, zaraz opowiemy bo czytaliśmy i słyszeliśmy.   Piotr uspokojony poszybował dalej, do swoich bliskich i dalekich, bo wszyscy  chcą  opowiedzieć o Nim, ale też z  Nim  pogadać, dotknąć . A Ty  Piotrze lubisz wszystkich jednoczyć, organizować spotkania tak jak kiedyś ludzi z naszego roku  ponownie zjednoczyłeś po latach  . Jakie to szczęście nasze Piotrze, że wpadłeś  choć na chwilę do Konina, na ten film i Spotkanie .

Otwieramy więc na polecenie Piotra książkę którą  napisała wyśmienitym piórem pani Eugenia R. Dabertowa , zatytułowaną  ” Doktor Piotr . Pasje życia Piotra Janaszka „. A więc najpierw był dziadek, Piotr Niedziela – to po nim  nasz Piotr- co piękne w tej Rodzinie- otrzymał imię. A więc dziadek Piotr jako  pełen fantazji 16 latek, w 1900 r opuścił wieś rodzinną  Szelejew pod Gostyniem, wsiadł  do pociągu w Poznaniu by w Berlinie sposobić się do fachu murarza. Jednak niebawem uległ wypadkowi i przebywając w szpitalu zaczął rzeźbić figurki lekarzy. A ci, zauważywszy talent, skierowali go do fabryki protez w której  został uczniem. Zafascynowany tą pracą,  zaangażowany wielce , odważny do granicy ryzyka i przedsiębiorczy już  w 1910 założył w Berlinie własny warsztat . Po zakończeniu I Wojny Światowej znacznie wzrosła liczba ludzi okaleczonych a prace dziadka Piotra, szczególnie potrzebne w tej sytuacji, przyniosły mu sławę w zawodzie. Gdy Polska odzyskała  Niepodległość  Dziadek Piotr wrócił do Poznania i już w 1920 roku założył pierwszy w tym mieście – przy Al. Marcinkowskiego 24 – warsztat ortopedyczny i kolejny przy ul. Rzeczpospolitej 9. Jego liczne wynalazki opatentowano w Polsce i Berlinie. W czasie Powszechnej Wystawy Krajowej w Poznaniu w 1929 roku zdobył trzy złote medale. Dziadek Piotr Niedziela potrafił tak  rzeźbić protezy z drewna  topolowego, starannie wydrążając wnętrze konara , by  były lekkie i nie uwierały kikuta nogi . Nowością były też ruchome stopy,  które wymyślił. Protezy tak starannie dopasowywał każdemu indywidualnie, że liczba przymiarek i poprawek często sięgała trzydziestu. W czasie II Wojny Światowej   Niemcy zniszczyli jego dorobek, aresztowany przez gestapo-  najpierw trafił  do katowni w Domu Żołnierza przy ul. Niezłomnych, potem do Fortu VII, a następnie do obozu koncentracyjnego w Dachau i ostatecznie Mauthausen – Gusen, gdzie skrajnie wyniszczony niedożywieniem i ciężką pracą zmarł.  Nieomal równolegle z aresztowaniem  Piotra Niedzieli  jego Rodzinę wyrzucono  z majątku i zesłano do Generalnej Guberni, do Wolbromia. Wrócili do Poznania gdy jeszcze broniła się Cytadela, a wycofujące się wojska niemieckie w 1945 podpalały miasto – to wtedy spłonął  warsztat  dziadka Piotra Niedzieli. Żona Piotra, dzielna babcia naszego Kolegi – Marianna ze starszą córką Zuzanną ( i tu ujawnia się myślenie w tej Rodzinie – kontynuacja nie tylko zawodu – ale też przekazywanie imion potomkom – starsza córka naszego śp. Kolegi nosi imię  swojej babci Zuzanny  ) wydobyła ze zgliszcz maszyny i niebawem te dwie kobiety otworzyły warsztat w rodzinnej kamienicy Niedzielów,  wybudowanej  w 1930 roku przy Dolnej Wildzie 20. Któregoś dnia ich warsztat odwiedził prof. Dega, który poszukiwał fachowców  bo  planował  otworzyć warsztaty ortopedyczne  w kierowanej przez niego Klinice Ortopedii w Poznaniu  na Wildzie. Od tej pory ożyła dawna znajomość Profesora  z Rodziną  naszego Piotra, którą już przedtem poznał dzięki pracom dziadka Piotra a teraz docenił Nieustraszoną i Świetną fachowo jego Córkę  Zuzannę Niedzielę – Janaszek i przy której nieodmiennie kręcił się mały nasz Piotr.   Oczywiście dziecko mogło nabrać niechęci czy nawet odrazy do tego zawodu i widoku ludzi niepełnosprawnych, okaleczonych i potem  wybierać własną drogę ( co  często się zdarza). Jakże wielka musiała być moc Idei Dziadka , Babci i Mamy, jaką magnetyczną siłę wpisującą się niewątpliwie w wielkie wrażliwe serce Piotra, że już wtedy  został „ zarażony” tematem rehabilitacji  i tę pasję, potrzebę , myślenie oraz serce  przekazał dalej swoim Córkom . Ta swoista międzypokoleniowa sztafeta trwa i pielęgnowany jest zapalony kiedyś niby Znicz Olimpijski – wiecznie płonący ogień Idei i Działań tej Rodziny ….
 Piotr, nasz Piotr, kiedyś napisał, że  po ojcu Janaszku  odziedziczył poczucie humoru i ” nieprzyzwoity ” optymizm a także za jego sprawą  otrzymał drugi po  genie Niedzielów –  gen społecznikowski . A dzięki mamie Zuzannie, która była przedwojenną harcerką , absolwentką Collegium Marianum a w czasie wojny sanitariuszką i  dzięki swojemu ojcu czyli dziadkowi Piotrowi –  uwrażliwiła się na ludzkie cierpienie . Piotr pisywał do Niej piękne listy, które można gdzieś przeczytać i zawsze podkreślał, że to po Niej odziedziczył wrażliwość na ludzi kalekich.
Piotr urodził  się 21 kwietnia 1947 r w czasie wielkiej powodzi, nie w szpitalu, lecz w mieszkaniu przy dolnej Wildzie , które było zagracone maszynami pospiesznie wynoszonymi ze zdewastowanej wodą piwnicy.  Pozwolę sobie rozwinąć czy zinterpretować (po swojemu)  te narodziny. Sama grzecznie urodziłam się w szpitalu, mama spokojnie  tam oczekiwała na poród. A jest bardzo prawdopodobne, że Mama Piotra nie miała czasu na myślenie o porodzie , bo przerażona powodzią , zdenerwowana , bardzo  zapracowana i – bez względu na wysoką ciążę  – tak zajęta ratowaniem warsztatu, że  urodziła Syna niejako przy okazji ? To też  mogło jakoś zdeterminować  cechy charakteru naszego Piotra –Jego  praca dowodem, praca  „ do utraty tchu”, a nawet życia …. Choć jak napisał Hirek – wspomniany już  najbliższy Przyjaciel naszego  Piotra – ta praca dawała Mu ogromną  radości, uskrzydlała a pasja pomagała „ przenosić góry „, gdy walczył z przeciwnościami, ze złymi zawistnymi ludźmi  a nagrodą był  uśmiech dziecka z niepełnosprawnością….  

A teraz jeszcze opowieść o konińskim spotkaniu naszego wspólnego kolegi z poznańskiej AM  – Leszka Milanowskiego , który również uczestniczył w spotkaniu. Ba nawet specjalnie przyleciał z Anglii, gdzie od lat pracuje.  

 Wróciłem (…)  z premiery filmu skromnie zatytułowanego ” Doktor Piotr ” w Koninie.  Byłem ciekaw, co mówi się o naszym Koledze. Razem studiowaliśmy, zdawaliśmy egzaminy, mieliśmy tych samych wykładowców.  Początkowo byłem dumny, że studiowaliśmy razem  z Nim. Myślę, że i Hirek, i Ula Mikołajczak – Mejer , Jurek Marcinkowski , pewnie i Franek Rajewski wspierany przez wspanialszą od Niego samego Żonę, Jolę Twardowską mogli czuć się podobnie. Po filmie, nie byłem w stanie porównywać się z Piotrem. Ja mogłem tylko czuć jak mało zrobiłem w moim życiu dłuższym o dwadzieścia lat w porównaniu z krótkim życiem Piotra. A przecież mieliśmy jednakowy start. Wielkość Piotra pokazała się liczbą ponad 500 osób obecnych na prapremierze, w słowach o Nim wypowiadanych przez Jego sprawnych inaczej i dr Komorowskiego Ten film musimy zobaczyć my wszyscy. A był dla nas wszystkich bez wyjątku po prostu życzliwy. Nie znam nikogo  kto by nie uważał Piotra za swojego przyjaciela. Jako nie-Poznaniak z urodzenia miałem dystans do większości rodowitych Poznaniaków. Piotr „oswoił” mnie z Nimi. Właściwie od początku gdy Go poznałem nie spodziewałem się, że zajmie się innymi niż  niepełnosprawnymi gdy koło Kliniki Ortopedycznej profesora Degi zobaczyłem szyld „Niedziela – Janaszek Pracownia Sprzętu Ortopedycznego”. On miał we krwi świadomość konieczności pomocy osobom niepełnosprawnym gdyż stykał się z Nimi i Ich problemami na codzień.  Po 20 latach od Jego odejścia Jego Koleżanki i Koledzy, Jego „niepełnosprawni” Wychowankowie wciąż o Nim pamiętają i przychodzą ze swoimi sprawnymi dziećmi. Mówią  że nauczył Ich wiary w siebie. Piotra dobro trwa, przetrwa nas wszystkich. Piotr nigdy nie umrze. O nas będą pamiętać nasze Rodziny. Rodzina Piotra byli i są wszyscy, którym Piotr postawił wysoką dla sprawnych inaczej poprzeczkę  przetrwania i rozwoju. Piotr żyje i żyć będzie wiecznie . Jego Córki i Wnuki mogą być z Piotra niesamowicie dumni.  Nie ma porównania między moim życiem a skutkami działań i życia Piotra. Prawdziwie Wielki Człowiek odszedł wcześnie, lecz Jego dzieło nadal żyje.

Jak Antek Bezdomny był moim terapeutą ….

 

Jak Antek Bezdomny był moim terapeutą ….

Pociąg odjeżdża za parę godzin. Siedzę na ławce na skwerku obok dworca. Czekam. Myśli jakieś mroczne, pustka obok, życie bez barw i większego sensu.
Nagle ktoś pyta – czy nie będzie pani przeszkadzało, że usiądę na tej ławce? Spojrzałam. Szczupły, srebrzysta, bujna czupryna. Schludnie ubrany. Oczy ciemnobrązowe bystre, lśniące, uśmiechnięte, okazały nos, chyba kiedyś złamany. Torebka foliowa wypełniona gazetami w ręce.
Zapraszam. Po chwili słyszę pytanie – czy pani też uważa, że Zielona jest bardzo piękna? Oderwana od swoich czarnych myśli, odpowiadam, że tak, Zielona jest piękna. Bo, proszę pani tutaj mieszkają bardzo dobrzy ludzie. Potwierdzam obojętnie.

Przedstawia się. A ja mieszkam w noclegowni, mówi.

Milczę ale słucham z coraz większym zainteresowaniem.

Tam jest mi bardzo dobrze, to mój dom – kontynuuje – rano wychodzę, spaceruję i potem przychodzi pora na odwiedzenie Empik-u. Tam czytam świeżą poranną prasę codzienną, różne tygodniki a na końcu Forum. Lubię te godziny spędzane w Empik-u. Potem wyruszam dalej. Te gazety – wskazuje na swój bagaż – znalezione przy altance śmieciowej zabieram na czytanie przed snem a czasem robię prasówkę moim kumplom. Nawet słuchają. Dyskutujemy.
Najbardziej lubię deptak pod teatrem a także ten skwerek koło dworca – mówi rozmarzony. Spotykam tutaj ciekawych ludzi, czasem długo rozmawiamy.
Czy pani wie, że kiedyś pod teatrem na ławce siedziała królowa Beata. Która, pytam. Oczywiście Tyszkiewicz, odparł. Zapytałem ją. Czy pani nie ma nic przeciwko temu, że usiądą na tej samej ławce? Zgodziła się. Po chwili mówię, ja tyle o pani wiem. Uniosła zmęczoną latami twarz. Uśmiechnęła się. Dostałem uśmiech od królowej. Mówię, zakochałem się w „Lalce”, myślałem , że pani to tylko lalka. Potem zmieniłem zdanie, bo czytałem o pani trudnym życiu. Rozmawialiśmy o jej córkach i życiu aktora. Pytałem, czy nie przeszkadzam. Zapewniała, że nie, że jest jej bardzo dobrze na tej ławce i gdy ze mną gawędzi.
Mnie też jest tutaj dobrze, myślę.
Sąsiad z mojej ławki opowiada dalej, że się bardzo cieszy, gdyż niedawno jego była żona powiedziała, że był jedyną miłością w jej życiu. A on też tak tylko ją kochał. Niedawno wnuk chciał mu kupić mu komórkę, ale odmówił, bo nie chce być zniewolony. Uśmiecham się.
Obok przechodzą różni ludzie, niektórzy nas ciepło pozdrawiają. To znajomi, mówi Antek. Jestem dumna, że go znam.
A wie pani, mówi, ja siedziałem w więzieniu. Kiedyś była praca w stoczni, jakieś przekręty i wyrok. Wtedy uratowały mnie moje kolorowe sny. Śniąc, odwiedzałem dawne restauracje. Tańczyłem z dziewczynami kolorowymi jak motyle, z dziewczynami o bardzo delikatnych taliach i z szerokimi wirującymi  spódnicami na wykrochmalonych halkach. Potem były pokoje z szeroko otwartymi oknami i z wiatrem w pięknych firankach. Gdy się zbudziłem, przetarłem oczy, popatrzyłem w okno i zobaczyłem kraty. To nic, myślałem, przyjdzie następna noc. Gdy tak opowiadał widziałam te knajpy i jego dawne dziewczyny lekkie jako motyle…
Potem wysłuchał mojej opowieści o życiu, o wątpliwościach, smutku. Słuchał z uwagą. Komentował, wyjaśniał, zapewniał, że tak jak jest, jest dobrze. Uwierzyłam mu, gdzieś w podświadomości miałam pewność, że mówił prawdę. Jest dobrze. Zawsze będzie dobrze. Zapraszał do swojego domu, do noclegowni. Po raz kolejny podał adres.
Stale sprawdzaliśmy która godzina. Razem pilnowaliśmy, żeby nie przegapić odjazdu mojego pociągu.
Odprowadził na dworzec. Pozował do zdjęcia ze swoim nieśmiałym, chłopięcym uśmiechem spod srebrnej czupryny. Nie wzięłam zgody na zamieszczenie tej fotografii tutaj, więc wykroiłam, by nikt nie poznał.
Czekał na odjazd pociągu. Stałam w oknie wagonu. Czułam, że jestem silna i spokojna. Widziałam znikającą sylwetkę, srebrną czuprynę i rękę uniesioną na pożegnanie.
Wiem, że kiedyś tutaj wrócę, szczególnie gdy będzie mi źle. Że mogą wrócić, że mam gdzie wrócić. Usiądę na ławce na dworcowym skwerku. I wtedy przyjdzie Antek.
Jeśli nie przyjdzie, pójdę do jego noclegowni. Będę rozmawiała. Jak z nikim i nigdzie.
Jeśli los Was zaprowadzi do Zielonej Góry, usiądźcie na ławce na skwerze przed dworcem. Czekajcie. Bo za chwilę nadejdzie On, Człowiek Bez Domu z brązowymi, dobrymi oczami i srebrem na głowie i zapyta – czy nie będzie pani przeszkadzało, że usiądę na tej ławce?…

 A teraz trzykrotne podziękowania  Panu Profesorowi Jerzemu T.  Marcinkowskiemu  ( naszemu koledze ze studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu  w latach 1965- 1971 – Jurkowi ) :

Za to , że kiedyś wrzucił ten mój tekst na stronę PTH. I teraz mogłam skopiować i ponownie zamieścić tu  pod  nowym ( od marca tego roku ) adresem .  

Zginąłby bezpowrotnie, gdyż przy przenoszeniu blogu,  chyba został zagubiony i zniknął  też razem z treścią starego laptopa.

Mogłabym odtworzyć, bo mam w oczach i głowie to spotkanie sprzed 8 może laty. Ale  wtedy pisałam „ na gorąco” , co ma innym wymiar….

Dziękuję też Jurkowi, że poprawił tekst ( och te moje przecinki, i inne takie drobiazgi  które mi nikną wobec wtłaczającej się  treści….:)

I dziękuję po raz trzeci  Jurkowi, za to, że tę opowieść opatrzył informacjami na temat bezdomności. Były one we wstępie, a przeniosłam na koniec…. Ot tak sobie, byście moi Kochani najpierw spotkali się z Antkiem …..

A oto info od Jurka :

Bezdomność – w ujęciu socjologicznym problem społeczny (zjawisko społeczne), charakteryzujący się brakiem miejsca zamieszkania (brakiem domu).
Bezdomność w ujęciu psychologicznym to kryzysowy stan egzystencji osoby nieposiadającej faktycznego miejsca zamieszkania, pozbawionej środków niezbędnych do zaspokojenia elementarnych potrzeb, trwale wykorzenionej ze środowiska w wyniku rozpadu więzi społecznych i akceptującej swoją rolę społeczną. Jako stan ewidentnej i trwałej deprywacji potrzeb mieszkaniowych w sytuacji, gdy dotknięta bezdomnością osoba nie jest w stanie jej zapobiec, wiąże się z poważnym upośledzeniem psychicznego i społecznego funkcjonowania człowieka.1)
Policzyli bezdomnych w Polsce. W całym kraju jest ich ponad 33 tysiące. http://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2017-03-09/policzyli-bezdomnych-w-calej-polsce-jest-ich-ponad-33-tysiace/
Rośnie liczba bezdomnych w Polsce. Bezdomni w Polsce.
Rząd policzył bezdomnych w Polsce. https://wiadomosci.wp.pl/rzad-policzyl-bezdomnych-w-polsce-6099222127944833a

1.https://pl.wikipedia.org/wiki/Bezdomno%C5%9B%C4%87

zdjęcia przyrody ( Babia Góra, Michałowice ) jak zwykle tu zamieszczane  własne

 

 

 

„Anioły spotykają się o Brzasku „z cyklu „Opowieści o ziemskich Aniołach” ( 5 )


zdjęcie własne….

Ale kiedy ja już byłam umarła na tym świecie.

Nieprawda, żyłaś ze mną, czułem jak bije twoje serce . Było trudno, ale widziałem tylko tamtą dziewczynę z podwórka, której,  kiedyś gdy już ją zauważyłem, położyłem głowę na kolana.

Ożywiła się, niemożliwe że pamiętasz. To było tak dawno. Pamiętam, to co było z tobą,  wszystko pamiętam. Tak Mileńki, siedzieliśmy na trawie pod tą topolą i wyjmowałam z twojej czarnej czupryny topolowy puch.

Poczuł dreszcz, bo pamiętał tamten dotyk wybierania puchu topolowego, muśnięcia długich palców, nieśmiałe i zalotne w okolicy swojego ucha. Tak, czuł wtedy jak jego męskość którą już poznał wcześniej , ale sam musiał się z nią uporać, jak jego męskość pragnie zaspokojenia. I tylko widział ją, swoją jedyną kobietę w życiu, tylko ją tak czuł i tylko jej pragnął. Ale wtedy nic nie powiedział, bo wtedy o takich sprawach nie rozmawiano, tylko stłumił w sobie chęć nieomal gwałtu, stłumił pożądanie wielkie  i pokornie położył głowę na jej udach, gdzie już pachniało kobietą.

Kiedyś zauważyłem na podwórku nie dzieciaka ze strzechą włosów tylko małą kobietkę.

Tak tak, pamiętam jak podszedłeś do mnie, i powiedziałeś, że mam oczy jak dwa jeziora. To było długo po tym jak całowałeś się z Julką.

Przecież ja się z nią nie całowałem, no może dotykaliśmy się ustami, wtedy nic nie wiedziałem o całowaniu. A najpewniej to ona zaczęła. Wiesz jakie są dziewczyny.

O tak, tak, wiem. Ja nigdy nie zaczynałam pierwsza. Tylko podglądałam zza krzaków albo ze śmietnika. Byłam od ciebie młodsza, no może trochę, ale w tym wieku to przepaść. Aż nagle postanowiłam stamtąd wyjść, porzucić dziecięce śmieszne  zabawy w ciuciubabkę albo skakanie na skakance.

Oooo skakankę dobrze pamiętam.

No pewnie, odebraliście ją nam, bo była wam potrzebna do trenowania sprawności, aż poskarżyłyśmy się mamom i wtedy musieliście oddać

Ech, kupiliśmy sobie nową, bo każdy miał jakieś groszaki odłożone, a wtedy wszystko było tanie, tylko w sklepach nie zawsze można było łatwo kupić, bo sklepy były pustawe.

AAA co ty tam wiesz, pustawe sklepy były dopiero potem, gdy już byliśmy małżeństwem, a wtedy wszystko było. Powiedz raczej, że woleliście zabrać tę skakankę nam, małym dziewczynkom.

Opowiedz lepiej jak mnie dostrzegłeś.

No więc było tak. Jeszcze nie rozpoczęliśmy treningu bokserskiego bo właśnie wiązałem sznurówki trampek.

Ooo pamiętam te twoje ze śmiesznym gumowym brudnoszarym kółkiem przy kostce.

Aż dziw, że pamiętasz.

Nie dziw się, przecież byłeś najładniejszym i najsprawniejszym chłopakiem na naszym podwórku. Od pewnego czasu obserwowałam ciebie , bo czułam się kobietą.

Ale ja dopiero wtedy gdy zawiązywałem sznurówki złoszcząc się  jak zwykle, że kokardka wychodzi z zza długimi wąsami, nagle zobaczyłem obok siebie zjawisko. Smukłe, dwie, szczupłe w kostkach, opalone i kolana . Zauważyłem nogi które od razu zadziałały mi na zmysły i wyobraźnię .
Stałam przy tobie blisko, faktycznie miałam gołe nogi i bardzo opalone. Nie wiedziałam, że zrobiły na tobie wrażenie, aż takie wrażenie.

Bo ja wtedy po raz pierwszy zauważyłem kobietę która stała tak blisko, że czułem jej zapach i słyszałem jak oddycha.

Ale nie podniosłeś głowy, by spojrzeć wyżej, na to co nad kolanami, a miałam bardzo krótką  szeroką spódniczkę, pod którą właśnie wpadł  wiatr i zdmuchnął prawie  na głowę tak, że chyba mogłeś zobaczyć moje majtki.

Ooo, szkoda, ale  słyszałem szum jakiś nad sobą, i nie miałem odwagi spojrzeć do góry, na ciebie,  bo bałem się że zjawisko umknie. Byłaś już wtedy moim Aniołem. Bo myślałem że to Anioł Stróż o którym tyle opowiadała mi mama i obrazek z tym opiekuńczym duchem wisiał nad łóżkiem siostry , chociaż równocześnie czułem że jesteś kobietą.

Tak Mileńki byłam kobietą która do ciebie przyszła.

Tak ukochana byłaś kobietą Aniołem, który zszedł do mnie na ziemię i zostałaś ze mną.

Nie, pokręciła smutno głową, to o tobie mówili że jesteś szaleńcem albo Aniołem trwając przy mnie przez te lata kiedy moje ciało było puste.

Bo nie patrzyłem na ciało, patrzyłem wtedy na niebo i stamtąd docierał do mnie twój anielski głos , więc wiedziałem, że twoje puste ciało z tętniącym przecież sercem,  muszę pielęgnować aż do końca, jak przyrzekałem w kościele i dopiero wtedy odejdę, by być z tobą, tam w górze.

Pokazał wymownie palcem na Niebo, a ona, piękna jak nigdy w jasno błękitnej sukience ze sznurkiem maleńkich pereł na szyi i oczami jak dwa jeziora , odstawiając filiżankę z resztką kawy i już nie patrząc na słońce które już dawno przetarło oczy i stało w zenicie,  popatrzyła na niego, swojego odwiecznego jedynego, na swojego męża , wzruszyła ramionami i rzekła a ….po co nam niebo, niebo jest w nas mój Mileńki, mój ty Aniele…..

 

 

 

„Anioły spotykają się o Brzasku” z cyklu „Opowieści o ziemskich Aniołach” ( 4 )

Parafia Archikatedralna w Przemyślu pw. Świętego Jana Chrzciciela i Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Zdj. własne, 2018

 

I wtedy ona, siedząc z nim przy tym stoliku przystawionym do parapetu z kwiatkami które razem kiedyś sadzili i o dziwo jeszcze rosły, pijąc kawę i patrząc jak słońce właśnie przeciera oczy, położyła mu dłoń na ramieniu. Potem powoli i bardzo delikatnie zsuwała ją aż do łokcia, aż poczuł dawny znajomy dreszcz przywołujący tamtą rozkosz.

Tak, twoja dłoń Aniele była niebiańska. Może źle że tak wtedy myślałem o twojej dłoni, że niebiańska  bo sprowokowałem twoją chorobę, chorobę  zapomnienia o naszym świecie.

Niczego nie sprowokowałeś Mileńki. Tak miało być. Nie dałam rady i lekarze nie pomogli gdy demon mnie zaatakował i było jak było. I ze smutkiem obserwowałam z góry, gdzie już była moja dusza,   moje pozostawione prze tobie ciało, bezwładne nieświadome niczego,  puste, bez  żywych soków widzenia świata i poznania za to pełne szatańskiego białka w mózgu . Tak, widziała moja dusza z Nieba to  ciało  szarpane agresją i zapomnieniem swoich bliskich . Widziałam jak jest Tobie Mileńki  z tym moim ciałem ciężko, i siłą woli którą zsyłałam z góry, namawiałam naszych synów, by ciebie przekonali albo przekonali twojego doktora, bo na ciebie już nikt nie miał wpływu ,  byś mnie oddał, tam gdzie pielęgnują takie puste ciała. A ty mnie ubierałeś w śnieżne suknie, i układałeś w bielutkiej pościeli i karmiłeś i przewijałeś. Nie wiesz, jak bardzo cierpiała moja Dusza, która już mogła wielbić Boga a nie mogła Tobie, Ukochany pomóc. I wszyscy nieustannie ciebie namawiali przekonywali, że nie dasz rady, że to nie ma sensu, mówili, przecież ona nawet was na zdjęciach nie rozpoznaje. A ty nie chciałeś mnie nigdzie oddać …

Nie chciałem, dobrze wiesz mój Aniele, nie chciałem i nie mogłem, bom przysięgał tobie przed ołtarzem i panu Bogu wierność i że ciebie nie opuszczę  aż do śmierci. cdn.

zdj. własne

 

„Anioły spotykają się o Brzasku” z cyklu „Opowieści o ziemskich Aniołach ” ( 2 )

Rozmyśla teraz o swoim życiu. Bo ma czas. Wreszcie ma go dużo. A ile mu jeszcze zostało do spotkania z Ukochaną która już uwolniona od ziemskich cierpień , niemo  wzywa go  do siebie ? tego nikt nie wie. Tylko lekarze mają tajemnicze miny i milczą. Więc jest źle, myśli. A może dobrze, bo wreszcie spotkam swojego ukochanego na wieki Anioła.

I będzie pięknie tak jak dawniej . Zapomina o tym, co zdarzyło się później, gdy jednoznacznie powiedziano mu, pana żona choruje na Alzheimera, bo na szczęście pamięć tego co niedawno ucieka od niego ,  dobry Bóg mu zabiera tę pamięć złą a potem Ją, Anioła zabiera do siebie , a wtedy tylko zostaje tamta piękna część ich życia….

Siedzą więc razem w tym samym co zwykle ulubionym pokoju z widokiem na wschodzące słońce. Ona mówi, patrz już słońce przeciera oczy i wszystko powoli jaśnieje.

Piją kawę, tak, czuje zapach tamtej kawy i widzi, stale widzi jej twarz usta nos, włosy gładko od czoła i spięte nad karkiem w duży węzeł. Albo jej włosy na poduszce rozrzucone gdy są razem jednością jaka jedna tylko na tym świecie.

Ona teraz pyta- czy pamiętasz?

Tak tak przyznaje bez namysłu, chociaż nie wie o co jej chodzi . Pamiętam. Tak ma zawsze, tak było zawsze, przyznawał jej rację wpatrując się w jej oczy przepastne jak dwa jeziora. Bo ona była jego przewodnikiem po świecie uczuć i czułości.

Czy pamiętasz, ona drąży. Wreszcie on pyta – ale co Kochany mój Aniele ? Zawsze tak do niej mówił.

Czy pamiętasz nasze podwórko?

Od razu ma w oczach ten niewielki obszar pomiędzy niewielkimi  domkami rodzinnymi, a każdy z pięknym dwuspadowym dachem, tak, ma zapamiętany w oczach ten teren gdzie pachniało wolnością i który był tylko dla nich, dla dzieci. Okoliczne wielkie topole strzeliste, bo włoskie, ona mówi,  śnieżyły wiosną puchem. Tak tak i kichałeś, bo chyba miałeś uczulenie na ten puch. Nikogo nie było na naszym podwórku, nikogo tak walecznego.

A skąd ty wiesz Mój Aniele , pyta on ? Przecież przesiadywałaś na wielkiej górze piachu , chyba tam, bo tam wszystkie dziewczyny lepiły pączki z mokrego błota , gdy już przefrunął nad nami wielki  deszcz.

Śledziłam was zza krzaków, bo dziewuch nie chcieliście, gdyż  uprawialiście męskie rozrywki.

AAA dziewczyny nas nie interesowały, tylko boks.

AAA dziewczyny nie interesowały? A ruda piegowata Julka z którą się całowałeś pod śmietnikiem?

A TY, Aniele skąd to wiesz? Zmyślasz chyba.

Nie nie zmyślam, bo w śmietniku siedziałam wtedy i płakałam ze ściśniętymi kolanami widząc jak ją lubisz.

Żadnej Julki nie pamiętam, tym bardziej rudej

Ha trudno, o wy mężczyźni nawet nie pamiętacie swoich dziewczyn,

A one pamiętają wszystko. Każdy szczegół.

No tak Aniele, może i tak jest. Ale czy teraz to ma jakieś znaczenie?

No, może nie ma, ale widziałam was pod śmietnikiem gdy robiło się ciemno. I dlatego lubię tylko poranki, kiedy jeszcze wszystko wstaje i jest świeże dziewicze nie skażone.

Tak, wiem Aniele, i dlatego siedzimy w  naszym pokoju, pod tym oknem które patrzy na wschód. cdn….

zdjęcia własne.

„Anioły spotykają się o brzasku” z cyklu „Opowieści o ziemskich Aniołach” ( 1 )

Moi Mili, wybaczcie, że wstęp będzie typowy : Najpierw muszę po raz kolejny przeprosić Wszystkich, którym zdarzyło się zajrzeć do starych wpisów tego blogu. W czasie przeprowadzki na to miejsce, pogubiły się zdjęcia. Jestem na etapie korekty, ale droga długa i żmudna- bo braki są liczne….

Ale ad rem….

 Pomysł  opowieści o ludziach i losach niezwykłych podrzucił mi w zeszłym roku Jurek, którego pamiętnik niedawno tu zamieściłam. Pisał prosto- był taki ktoś- kilka słów o nim – i zachęta- napisz o tym po swojemu.   Temat ten we mnie zasiany, jakoś kiełkował,  by nagle wyrosnąć w opowieść- wszystko się działo poza mną, poza moim umysłem, myśleniem …..powstało kilka opowieści , których cykl nazwałam  Opowieści o ziemskich Aniołach . Jurek przedstawił je  na corocznej białostockiej konferencji pt. ” Życiodajna śmierć ” – nawet nie wiem jak zostało to przedstawione i odebrane- JTM powiedział tylko, że dobrze 🙂 . Na przezroczach były fragmenty na tle moich zdjęć przyrody a całość niby w materiałach konferencyjnych….zresztą nieważne…….

 

 Opowiedziane przez Jerzego T. Marcinkowskiego  a poszerzone o fantazje i opracowane przez  Z.K.

Anioły spotykają się o brzasku z cyklu Opowieści o ziemskich Aniołach  ( 1 )

Spotykają się codziennie nad ranem, o tej swojej ukochanej  godzinie gdy noc usypia a  budzi się  brzask i przynosi nowe i tajemne chwile w życiu. Każdy wstający dzień witają razem i nieustannie odkrywają jego smaki.  Tak więc i teraz przychodzą  do swojego  ulubionego pokoju z dużymi oknami nieustannie patrzącymi na wschodzące słońce. I nic to, że w ich domu mieszkają już inni , może obcy ludzie. Oni tu wracają bo to ich pora, ich pokój i ich godzina spotkania. Jednak od niedawna nie dążą każde z innej „planety” na to spotkanie, przybywają tu razem, zawsze razem, na wieki….

Siadają po dwóch stronach niewielkiego stolika, naprzeciwko siebie by móc patrzeć sobie w oczy. Stolik przylega jednym bokiem do parapetu  z kwiatkami które kiedyś , dawno dawno temu sadzili.

Ona jak zwykle zwiewna, w błękitnej sukience i perełkami na szyi. Tak, zawsze lubiła drobne perełki. Kupił je kiedyś na długim wyjeździe. A ona zawsze czekała. Wychowywała dzieci dbała o porządek w domu i tęskniła. Nazywała go Odyseuszem i żartując mówiła, uważaj na Syreny , mój Mileńki. A on myślał, że jest jak Penelopa wierna i zawsze czeka, czeka cierpliwie , przyjmuje  bez słowa wyrzutu, że on swobodny a ona dom dzieci, bez podejrzeń co robił przez te długie miesiące. Przyjmowała go zawsze taka sama,  ufna i stęskniona.

Czy nie grzeszył w tym czasie? Być może, nawet dobrze nie pamiętał  tamtych kobiet, bo przyfruwały i znikały o świcie z jego życia. Potem szybko zapominał, no nie, nie zapominał, ale stopiły się w jeden obraz szaleństw bez uczucia , po prostu wyżycie zmysłów i tyle .  Czy to były zdrady? cdn.

Od A. do Z. Pierwsze spotkanie.

Przysiadłam na brzegu kanapy. Coś skrzypnęło.

Popatrzyła na mnie  okrągłymi oczami . Takimi jak kiedyś. Zachowała te oczy jakby wiecznie zdziwione, pytające, nieśmiałe. Miała proste i zadziwiająco długie jak na nasz wiek  rzęsy. Rzęsy firanki. Dawna fryzura na  pazia. Tylko dziwnie posiwiała. Szczupła szarawa  buzia. Dłonie sękate z tkliwością dotykające kota. Kot na kolanach. Też stary.

A więc to jest ta moja Anna. Dawna Anna z wczesnych lat 70 ubiegłego wieku. Młodziutka wtedy jak ja, nieco ponad dwudziestoletnia, zawsze zdecydowana, energetyczna, z pomysłem na życie, karierę zawodową, uwielbiana przez pacjentów.

Skąd wiedziała o czym myślę?

No cóż, trochę się postarzałyśmy, ale w środku stale jesteśmy takie same. Prawda? rzekła. Potwierdziłam może zbyt mało entuzjastycznie.

Ty masz dużą rodzinę, jakąś karierę za sobą.

Nie przesadzaj. Było jak było, została rodzina, fakt.

A ja jestem sama, zawsze byłam sama. No niezupełnie sama , poprawiła się, bo z Miłym, moim kotem.

Jak fajnie go nazwałaś. To jeszcze moja mama tak go nazwała. Zamyśliła się.

Poruszyłam się na kanapie. Ponownie coś zgrzytnęło.

Usłyszała, bo nie dało się nie usłyszeć.

Uśmiechnęła się z przepraszającym uśmiechem.

Nędzna szpitalna emerytura, bo dyżurów nawet nie miałam, ani dodatkowych prac nie mówiąc o kilku etatach. Zdrowie nie bardzo mnie lubiło.

Wiem, ale pacjenci cię kochali.

Może i kochali, ale tego się nie pamięta. Gorzej gdy jakiś błąd czy nieudane działanie.

O,  to się pamięta, przez całe życie, przychodzi nocą – dodałam.

Skinęła głową.

Mieszkam w tej kawalerce prawie od urodzenia.

Pamiętam, kiedyś Ciebie odwiedziłam, pożyczyłaś mi „Wirówkę Nonsensu” Głowackiego.

Uśmiechnęła się szeroko. Nawet zęby miała niezłe, a może już sztuczne. O, książki, to moja jedyna miłość której nie zniszczył czas.

Już od wejścia zauważyłam regały ciężkie od książek i od razu miałam ochotę podejść , jak w mojej ukochanej michałowickiej bibliotece i wyjmować tomy, stare, może zakurzone i dotykać, dotykać, dotykać…Piękny masz księgozbiór Anno . Uwielbiam.

Ucieszyła się jak dziecko. Wiesz, to mi wystarczy za męża, dzieci, willę pod miastem, no może Miłego nie zastąpi…

Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, oznajmiłam, bo czułam przyciąganie do tego miejsca, do Saskiej Kępy , kiedyś tu mieszkała szczęśliwa wtedy Grania z Rodziną i dwie Ireny i w dodatku Miron Białoszewski niedaleko był w swoim „Chamowie”. Czułam przyciąganie do tej maleńkiej kawalerki , podobnej do naszej, żoliborskiej, gdzie przyszła na świat nasza pierwsza córka. Do kawalerki już tęskniłam, do maleńkiej zawieszonej pod warszawskim niebem wysoko nad ziemią i do Anny.

Mojej dawnej Anny ze snu o młodości…

Zaczęłam się zbierać, by dotrzeć przed zmrokiem do domu, bo tam kotwica.

Nie protestowała.

Anna wszystko rozumiała, zawsze, bez słów.

Podała mi płaszcz.

Przytuliłam, pachniała kotem….

 

 

 

Opowieść Sylwestrowa ( 10 )

PB162212.JPG

Poznań. Widok z ul Roosvelta, z chodnika najbliższego torów kolejowych. Od prawej- kino Bałtyk , potem  początek ul . Grunwaldzkiej i dalej w lewo- tereny Targów z charakterystyczną „wszystkowidzącą „wieżą…  zdj zrobiłam w 2008r.

 

 

Tymczasem w tym samym  1965 roku, gdy doznałam pierwszego w życiu Olśnienia które pozostawiło Wielkie Zauroczenie T. , nieubłaganie zbliżała się matura. Podjęłam decyzję studiowania w Poznaniu. Chęć leczenia a co za tym idzie medycyna od wczesnych lat  mnie pociągała, pewnie częściowo z powodu chorób moich starych rodziców, bo byłam ich dzieckiem późnym powojennym. Może już urodziłam się mając w sobie  pragnienie by nieść pomoc innym. Wszak Tata lubił doradzać w sprawach medycznych ( jeśli coś nt. wiedział, bo wszak był tylko inżynierem ) ale jeśli nie to, zawsze  wykazywał empatię i wielką opiekuńczość.  

Teraz dodatkowo Akademia Medyczna nabrała kolorytu poprzez znajomość z Tomaszem, wszak był jej studentem. I oczywiście wybrałam Poznań nie tylko z powodu dobrego dojazdu, w przeciwieństwie do Szczecina i niewielkiej wprawdzie, ale znajomości tego miasta z czasów kiedy to wożono mnie do ortodonty, raczkującej wtedy specjalności. Biedny dr Święcicki, miły blondynek nabiedził się z moim zgryzem, a ja skutecznie unikałam noszenia aparatu. Nabiedzili się też rodzice, bo jednak trzeba było pociągiem z Gorzowa z przesiadką w Krzyżu spędzać w pociągu ponad 4 godziny i tyle samo z powrotem.

         Muszę się przyznać , że wybrałam Poznań, także z powodu Tomasza.

 Maturę na szczęście przefrunęłam gładko. Uczyłam się dobrze a i jej formuła po raz pierwszy była skrócona. Zamiast 7 chyba przedmiotów zdawało się tylko trzy. Polski matematyka i wybrany dodatkowy. Kamień spadł mi z serca, że odpadła historia. Nawet niektóre jej fragmenty mnie ciekawiły, ale te wszystkie królewskie koligacje itp. to był gąszcz nie do zapamiętania. No cóż, już kiedyś się przyznałam, że bozia nie obdarowała mnie talentem bycia znawcą historii. W dodatku czytając te historyczne opracowania miałam nieustanne wrażenie, że ktoś kto to zapisał, nie był obiektywny. I pomimo tego, że żył w tamtych czasach  patrzył na to wszystko swoimi oczami, bo tak w końcu jest. Bo tak naprawdę jest to co widzimy….Widzicie jak się tłumaczę , zawsze warto mieć jakieś usprawiedliwienie dla swoich niezdolności czy nieumiejętności. Łatwiej się żyje…:)

      Tuż po maturze znalazłam się w Poznaniu na kursie przygotowawczym do egzaminów na AM. ( wtedy Akademia Medyczna, teraz Uniwersytet Medyczny) . Z tego powodu  nie byłam na balu maturalnym. Wprawdzie mogłam wyskoczyć do G. ale tak naprawdę nie poszłam na ten nieszczęsny bal, bo zawiódł P. K. Gdy nauczyciele powiedzieli, że możemy kogoś zaprosić, nie polegając na szkolnych kolegach, nikogo, z którym chciałabym spędzić ten czas nie było w pobliżu. I wtedy  Mama wpadła na pomysł , by zaprosić P., syna Jej jeszcze wojennych przyjaciół . Takich na śmierć i życie. Więc czemu nie  P.?  Przecież był mi jak Brat, nigdy inaczej Go nie postrzegałam. Dużo czasu spędzaliśmy razem w czasie wspólnych rodzinnych wakacyjnych wyjazdów. Zaproszony ,  potwierdził, ale niebawem odpisał, że jakieś czynniki wyższe nie pozwalają mu opuścić Warszawy. Przełknęłam łatwo, tym bardziej że i tak nie miałam ochoty na takie imprezy. Tylko dobrze, że żadnej kreacji jeszcze nie miałam. Napisałam kreacji, i od razu się uśmiechnęłam , bo przypomniałam bal maturalny najstarszej wnuczki, a było to chyba w 2010 roku, kiedy olśniewające iście hollywodzkie suknie dziewczyn porażały. Ileż te mamuśki musiały na nie wydać kasy. Moja Weronika kupiła sobie sama ładną, stosunkowo niedrogą kieckę, którą pewnie sponsorowali dziadkowie. Wyglądała świeżo i zachwycająco.  Moja ew. „ kreacja” balowomaturalna pewnie miałaby być zwykłą sukienczyną. Więc i lepiej że nie byłam na swoim balu maturalnym.

Pewnie dlatego zapamiętałam studniówkę,. I pamiętam jakby to było dziś kolegę z klasy, R.M. , który poprosił mnie do tańca. Miał wprawdzie jarzące oczy  ale deptał po palcach. Ładny był z niego chłopak, wysoki, smukły z wielkim poczuciem humoru , błyskotliwym umysłem, lubiliśmy się na co dzień. Ale niestety taniec nam nie wychodził.  R.M.  długo potem oznajmił, że się we mnie beznadziejnie kochał, czego nijak nie widziałam. Może to go paraliżowało, a ja nie byłam na tyle ambitna, by się nim wtedy zająć, poprowadzić w tańcu. Potem sobie gdzieś poszedł….Teraz mam o to do siebie żal. Ale wtedy człek inaczej myślał. Jak mawiają, gdyby wróciły dawne czasy ale pozostało dojrzałe myślenie wszystko byłoby może inne.

Tak moje chłopaki, wnuki, pomimo tego, że teraz każdy tańczy jak chce, jeśli się nie ma tańca we krwi, warto się uczyć tzw. tańca towarzyskiego bo wtedy życie jest łatwiejsze.

Zostawiałam więc tamtego chłopaka i  wdałam się w pląsy z J.K.

Na swoich płaskoobcasowych a właściwie bezobcasowych czarnych butkach, uczepiona ramienia J.K., wyrośniętego już z licealnego pierwszoklasowgo małego tłuścioszka mknęłam chyżo po obwodzie parkietu aż falowała moja plisowana spódnica i pewnie młodzieńczym potem znaczyła się biała bluzka.  Nie wiem czy ktoś z młodych teraz wie jak wyglądała taka spódnica. Może wie, nie wiem, ale jakoś nie widuję takich obfitych gęsto zebranych w pasie materii zaprasowanej w równe drobne fałdki.

Nt. potu jeszcze jedno. Otóż , wyobraźcie sobie moi młodzi, że w naszych młodzieńczych czasach nie były nam znane  dezodoranty. Człek się tylko mył, potem w celu zahamowania wydzielania potu ( bo przecież nie dla zapachowego odświeżania, bo mydło wtedy chyba śmierdziało)  pocierał pachy tymże mydłem . Wtedy też nie goliło się włosów pod pachami

( nie było tej wysoce higienicznej mody). Nie goliłyśmy też nóg,  co upodobniało nas do sarenek. I tu odezwał się bardzo stary , brodaty i posiwiały już  Kawał właśnie z czasów gdy przyszła moda na likwidowanie owłosienia w miejscach widocznych i niewidocznych , poza głową oczywiście. Kawał mówił tak :” -Pani ma nóżki jak sarenka.- Z powodu że zgrabne ?- Nie, z powodu, że owłosione.”  Miałyśmy więc nóżki sarnie, chociaż zdecydowanie mniej owłosione na szczęście. Ale na pewno zgrabne.. Teraz czytam z niejakim zdziwieniem, że  znane nawet w  świecie aktorki czy celebrytki, postanawiają nie usuwać żadnych włosów z własnego ciała. . Chcą powrotu do natury. Może więc nasze czasy, pachowoowłosione ,  nieśmiało wrócą. Nie jestem przekonana że tak się stanie. I raczej nie chcę….  

     Pogadałam, bo miła Z.Cz., pomimo że trochę ode mnie młodsza w komentarzu napisała, że chce takich obrazków ze wspólnych czasów…i ja je przywołuję z przyjemnością. Tamto gorzowskie, zawarciańskie LO, duża sala z podestem i fortepianem jakąś muzyką, której zupełnie nie zapamiętałam ,  przyjemnością, że nie sieję pietruszki i powiewem znad naszych pach. Bo i chłopaki pociły się niemiłosiernie….Tak było, kochani….

    Podawszy te tematy oboczne wprawdzie, ale wprowadzające w klimat naszych lat 60 ubiegłego wieku, wracam do poznańskiego kursu przygotowawczego na egzaminy w AM, którego byłam uczestniczką w tym 1965 r.   Kochałam Poznań , to miasto było już częściowo obłaskawione z powodu wcześniejszych moich tam bytności. Ale dopiero teraz głębiej i szerzej zaglądałam  poza ścisłe Centrum miasta, w obrębie którego  poruszaliśmy się z rodzicami wcześniej. Więcej się dowiadywałam, otwierałam szeroko oczy na świat, świadomie, często krytycznie .

A Poznań był w owych czasach miastem niezwykłym, jedynym takim wśród innych szaroprzaśnych. Może miasta portowe były mu równe, nie wiem, bo chyba wtedy nie bywałam w Trójmieście, czy Szczecinie. To tu , w Poznaniu odbywały się słynne Targi, które były otwartym  oknem na  Wielki Świat skąd wiał wiatr świeży i jasny. Gdy odbywały się owe słynne Targi, nagle przybywały wielkie tłumy  ludzi. Większość mówiła w nieznanych nam, nierozpoznawalnych nawet językach. Byli inaczej niż my ubrani, mieli piękniejsze cery i zadbane lśniące włosy , jasne, radosne, przyjazne oczy . A na parkingach i przy ulicach przylepiały się nigdy nie widywane wytworne samochody.

Ale nawet poza czasem Targów, miasto było piękne, dobrze „wywietrzone „ ze starego zaściankowego kurzu, zawsze pachnące czystością i świeżością pomimo tego, że dostojne  monumentalnokamienicowe.

    Dla mnie, nieodrodnej córki kolejarza,  dodatkowym urokiem było urocze  przecięcie Poznania na pół przez tory kolejowe biegnące poprzecznie od wschodu na zachód . Gdy się najeżdżało pociągiem od strony Krzyża, stacji przesiadkowej z Gorzowa, po lewej pobliskie ciemnoszare jakby omszałe budynki Uniwersyteckie zapierały dech. Zawsze tak miałam, wypatrywałam ich , niezależnie od liczby przyjazdów do tego miasta. Potem był okazały dworzec kolejowy i marsze ulicą biegnącą dołem  w stronę Uniwersytetu  albo wysoką Roosvelta, zdobywaną przez wspinanie na schody wiaduktu.  Ulica ta dalej biegła wzdłuż torów. Magiczne jest to zespolenie miasta i moich ukochanych torów z pociągami pędzącymi w świat daleki. Geny Taty tu ożywały i czułam jak we mnie pulsują. Zawsze tak jest.

     Gdy przybyłam  na wspomniany już kurs przygotowawczy do egzaminów na AM ,  ulokowano nas na Winogradach. Chyba dopiero wtedy zauważyłam piękne wzgórza wypiętrzające się nad miastem a na nich osiedle.  Jadąc w tamtą stronę, zwykle tramwajem. mijało się mroczną Cytadelę. Oj, jakie skojarzenia przychodziły z samą już nazwą. Tramwaj się wspinał  wolno na zbocza wzgórz, trasa była tak malownicza, że mam ją jeszcze w oczach. Pięknie są położone te poznańskie Winogrady. I nawet rozrzucone na szczycie wzgórz niewysokie ale klockowate budynki Akademii Rolniczej nie szpeciły. To właśnie tam byliśmy zakwaterowani a zajęcia odbywały się nie wiem gdzie. Pewnie poniżej, w obiektach  Akademii Medycznej . Tak, jednak tam, teraz widzę jasno. Jak miło wysilać umysł, by coś wydobyć z jego zda się zamkniętego wnętrza….

     Pomimo panującego pomiędzy nami chłodu czy tylko milczenia, jednak spotykaliśmy się z T. Niestety z rozpędu użyłam liczby mnogiej, chociaż te dwa kolejne spotkania  to już liczba mnoga, prawda? To było nasze przedostatnie spotkanie, o czym jeszcze nie wiedziałam.

Umówiliśmy się, pewnie jak zwykle listownie via mój adres gorzowski na spotkanie w Poznaniu . Przypominam nieustannie, że wtedy, w tym 1965 r,  telefony były rzadkością , a Internet  i smartony nieznane. Wy, młodzi z pierwszej połowy XXI wieku nie możecie sobie wyobrazić, że tak może być. Urodziliście  się z komórkami w dłoniach i jakże inny jest Wasz świat. Ale nasz tamten, młodzieńczy też był piękny, szczególnie oglądany z perspektywy łaskawego czasu który zatarł to co nieprzyjemne a ocalił piękno. Miło tak wspominać….

     Oglądam teraz  zdjęcie , które zrobiłam  w 2008 r,, bez statywu więc nieco pofałdowane światłami, ale dla mnie miłe. Wtedy to  korzystając z jakiegoś kongresu pediatrycznego w Poznaniu urozmaiciłam go podróżą sentymentalną. Na tym zdjęciu  po lewej widać wieżę Targów Poznańskich po prawej kino Bałtyk z barem  na rogu, gdzie czasami chodziłyśmy z Moniką na piwo, gdy już byłam studentką. Napisałam z rozpędu, że czasami, pewnie byłyśmy tam ze dwa razy, gdy chciałyśmy podkreślić swoją osiemnastoletnią dorosłość niezależność, fantazję i pozorne umiłowanie bylejakości. Monika, rodowita poznanianka, była wtedy moim guru i miała fantazję którą mnie zarażała. Więc szłyśmy na piwo śmiejąc się, że siedzimy w drugim rzędzie za plecami stałych rezydentów baru ( można sobie wyobrazić jakich, bo niewiele się różnili od obecnych) . Może to nie śmieszne, ale nas to bawiło, że jesteśmy takie cool ( jakby teraz nas nazwali młodzi). Ot, taka fantazja, taki  szpan ( określenia z naszych czasów). W tym samym kompleksie budynków gdzie Bałtyk, tylko już przy Grunwaldzkiej mieścił się mój ukochany od dzieciństwa sklep z ołówkami Koh-i-Noor, których zapach czuję nadal…

       I właśnie w tym miejscu, gdzie  Roosvelta z Grunwaldzką się wita mieliśmy wyznaczone z T. spotkanie.  To tu wysiadłam z pięknego zielonego tramwaju, którym to sfrunęłam z Winogradów i przeszłam na stronę gdzie Targi, które właśnie się odbywały.  Jakoś nie przypominam sobie innego uczucia, np. zazdrości, że ludzie tak mają, tylko radość, że ich oglądam , pewnie też zadziwienie , że są kolorowymi zagranicznikami ( tak się mówiło na wszystkich, którzy mieszkali za granicami naszego kraju,  szczelnie zamkniętego- niewyobrażalne dla Was młodych, prawda? te zamknięte granice- lepiej żebyście się nigdy nie dowiedzieli).

…Ale tym razem było inaczej. Cały ten barwny świat się rozmył, był tylko niewyraźnym tłem, wydało się, że ulica jest pusta a na niej tylko moje Wyczekiwanie, oczekiwanie na spotkanie z T..

Umyłam się starannie, wyczesałam . Włoski  półdługie, równo obcięte nosiłam i  były już   symetrycznie  rozłożone od środka skąd spływały naturalnymi falami.  ( teraz mi przyszło porównanie ze spanielem,  ale przecież spanielki są urocze, prawda?).  Pomimo, że włosy miałam ciemne z natury,  od pewnego czasu namiętnie je brązowiłam korą dębową i dosmaczałam  zapachem tataraku. Wtedy pewnie były  na rynku jakieś farby, ale ja uwielbiałam zanurzać głowę w misce napełnionej wywarem z tych roślin .

Jeszcze wtedy nie było popularne jak teraz, noszenie w mieście spodni, chyba że wycieczkowo, więc spódnicę z jedną fałdą brązową założyłam i pewnie tę samą co w czasie poprzedniego poznańskiego spotkania z T. bluzkę z mięciutkiego weluru , leciutko zbluzowaną z delikatnym jedwabistym ściągaczem dość wysoko na biodrach. Miała kolor rozbielonego kogla- mogla. W dolny narożnik trójkątnego dekoltu bluzki wpisywał się znakomicie niewielki wisiorek. Był piękny. Jak dobrze, że wszystko opisuję, bo dopiero teraz wydobyłam go z pamięci.  Otrzymałam go od przyjaciółki Mamy. Był tam orzech włoski pozbawiony skorupy, pomalowany na brąz i zamknięty w delikatnej obudowie z dwóch paseczków miedzianych, wszystko zawieszone na miedzianym łańcuszku. Może nie miedzianym, bo nie brudził skóry, jak to ma w zwyczaju miedź.

     Tak więc czułam się „ światowa”, taka jak tamci ze zgniłego Zachodu. Tu przypomniałam sobie opowieść mojej ukochanej Pani Profesor Wyszyńskiej. Gdy wracała z jakiegoś zjazdu, wtedy tylko ona wyjeżdżała za granicę, pytali ją jak tam zgniły Zachód. Odpowiadała, że gnije, owszem gnije ale jak pięknie pachnie. To nie żarty, ale w naszych czasach komunistycznych mawiało się : był na zgniłym Zachodzie. Tym się różniliśmy, musieliśmy się jakoś  różnić , bo wg propagandy ówczesnej byliśmy po prostu lepsi. W żadnym razie nie  „ gnijący”. To oni „gnili” .  Propaganda , zniekształcanie rzeczywistości, tendencyjne zakłamywanie,  pranie mózgów to była domena komunistycznego „ wychowania”. Straszliwy czas przyszedł, że teraz wraca z nachalnością zdwojoną. Strach się bać. Bezsilność z mdłościami….

      Może czułam się” światowa” idąc na spotkanie z  T. chociaż podejrzewam, że bardziej  nieświadoma własnego uroku, bo któż nie jest uroczy w niepełnej 18 wiośnie życia, przemaszerowałam z przystanku zielonego tramwaju na tę stronę Grunwaldzkiej, gdzie Targi.

Tam się umówiłam z T.

Chyba nie czekałam długo, bo wkrótce nadszedł. Do tej pory widzę jak idzie swoimi dużymi spokojnymi krokami od Roosvelta . Smukła, jakby samotna stale, sylwetka z czarną gładko uczesaną czupryną zawijającą się nieco nad czołem. Był wytworny, nie wiem co miał na sobie w czasie poprzedniego spotkania, ale teraz wpadłam w zachwyt.  I wtedy wszystko co napisałam poprzednio nagle zbladło, cały ten dookolny światowy blichtr .

T. był urodziwy, przystojny, ale teraz widziałam tylko Jego marynarkę.  Od razu spostrzegłam, że ją wcześniej już zdjął , bo ciepło czerwcowe panowało ,  i zawiesił, nie zarzucił tylko zawiesił tylko na jednym ,  lewym ramieniu. Patrzyłam i wpatrywałam na to zjawisko, styl myśląc pewnie lub nie myśląc wtedy, ale myśląc teraz : Elegancja francja, albo angielski luz, nonszalancja i niedbałość w jednym . To było znakomite. Tym bardziej, że nigdy przedtem nie widziałam nikogo, kto tak by nosił  marynarkę. Zarzuconą na dwa ramiona, to i owszem, ale na jedno?

Tak bardzo mi się to spodobało, do tego stopnia spodobało , że od tej pory zaczęłam uwielbiać duże marynarki takie unisex i gdy zdejmowałam,  uwielbiałam zawieszać je  niedbale na jednym ramieniu. Śmieszne, prawda? Zresztą muszę przyznać , że takie marynarki nadal uwielbiam, ale już dawno nie zarzucałam na jedno ramię. Jak dobrze, że sobie o tym przypomniałam.:), muszę się poprawić i wrócić do tej mody, którą mnie zaraził T. albo nie wrócić 🙂

   Wreszcie T. do mnie podszedł, pewnie nie zauważył zachwytu i właściwej przyczyny tego zachwytu.  Bo mój zachwyt był niemy, zatrzymałam go w środku, by dopiero teraz o nim , tamtym sprzed półwiecza, napisać . Wreszcie napisać.

I na tej szerokiej pięknej ulicy, gdzie zielone tramwaje ją ozdabiały i zagraniczne samochody było nasze spotkanie i Jego propozycja byśmy poszli do jego domu. Byłam ufnym dziewczęciem. Zresztą byłam w Niego wpatrzona , był mi jak duce . Myślę teraz, że chyba jednak wspomniał, o tym że w domu  jest Jego Siostra, więc pewnie to dodało mi animuszu. Jak tam było naprawdę , można jedynie snuć przypuszczenia, ale faktem jest że się zgodziłam i tak powoli jak zwykle zmierzaliśmy w kierunku gdzie mieszkał.

A mieszkał niedaleko, dobrze pamiętam tę niewielką, kameralnie położoną ulicę i dużą piękną starą kamienicę . Oczywiście teraz pewnie bym jej nie poznała, bo może obraz który jest we mnie ubarwiłam i jakoś przekształciłam. Wydaje mi się, że weszliśmy na  1 piętro po czym w prawo . przez bardzo wysokie drzwi do mieszkania.  

Siostra okazała się przemiłą dziewczyną, wyluzowaną pogodną i uśmiechniętą.

Od razu poczułam jak opuszcza mnie iście kościelne nabożeństwo i staję się zwykła. Przysiadłyśmy na jakiejś kanapie ustawionej po lewej stronie pokoju i gadałyśmy . Nie wiem o czym, ale mile wspominam tę dziewczynę. Tomasz najpierw stał nieopodal, opierając się o stół tylko się nam przypatrywał. Nic nie mówił, zresztą pewnie nie dałyśmy Mu żadnej szansy. Bo kto ma szansę by coś wtrącić, gdy gadają dziewczyny?  Innych mebli, poza stołem i kanapą nie pamiętam. Teraz żałuję, że się nie rozejrzałam,  bo pewnie były tam piękne stare poznańskie meble, ale byłam dziewczyną a nie starą babcią jak teraz. No, niezupełnie starą , ale babcią J. Po chwili T. chyba się znudził i gdzieś wyszedł. Wspomniałam Jego siostrze, że dostałam od Niego piękną pachnącą hiacyntową pocztówkę . Odparowała, że należała do niej, a brat  zabrał. Od razu odparłam  że ją odeślę bo byłam honorowa. Momentu, kiedy tę moją ukochaną już pocztówkę wysyłałam z Gorzowa, nie pomnę. Ale na pewno tak od razu postanowiłam.

Po pewnym czasie wrócił T. , wyszliśmy i chyba nie odprowadzał, a może odprowadzał na przystanek tramwajowy.  Pożegnania nie pamiętam, pewnie było zwykłe do widzenia, czy jakoś tak. I sobie poszedł.

Po chwili stał się tłem jak cały ten tłum a mnie pożarł zielony tramwaj i powiózł na równie zielone Winogrady….

 

PB162212.JPG

 Jeszcze raz to samo zdj z czołówki. Bo je lubię…..

Opowieść Sylwestrowa ( 9 )

 

 

Turlo-Elzbieta-Malgorzata-Buty_billboard.jpg 

Z netu- Turlo Elżbieta Małgorzata buty billboard. Jedyne jakie znalazłam podobnie klimatyczne, ale moje były zupełnie inne.

 

 

Już niedługo koniec tej Opowieści. Jeszcze ten wpis i co najwyżej dwa.

Jeśli Ktoś nie pamięta, albo nie czytał  poprzednich to króciutko przypomnę. Ale czy można opowiedzieć w skrócie o moim Pierwszym Wielkim Zauroczeniu w zaczarowanych zimą Bierutowicach? Nie da się. Więc więcej nie będzie…..

 

Tomasz mieszkał w Poznaniu. Ja w moim Gorzowie i pomimo tego, że wielkimi krokami zbliżała się matura, jak zwykle pojechaliśmy z Rodzicami do kuzynki i jej wspaniałej rodzinki na imieniny Józia. Ponieważ mieszkali w Poznaniu, była okazja spotkania się  z T. Umówiliśmy się więc listownie, pocztowo….tak tak, Młodzi, telefony kablowe były rzadkością a komórki i internet nieznany….

Był kwiecień  1965 roku , jeszcze czuję zapach oddychającej ziemi , ukochany do tej pory zapach wiosennego błota. 

I oto spacerowałam wzdłuż koszarowego muru ul. Ułańskiej czekając na T.

Widziałam jak nadchodzi od strony Grunwaldzkiej. Ułańska była pusta, więc  smukła sylwetka z czarnymi włosami wydawała mi się z jakoś dziwnie samotna i daleka. Potem już było lepiej, uśmiech znany , trochę powściągliwy, urok szczupłej  twarzy i wielkie zielone  wykrojone podłużnie oczy bystre i wyraziste… Nasze powitanie opisałam poprzednio, więc nie będę się powtarzać . Było raczej chłodne….

 Teraz usiłuję zrozumieć dlaczego . Może T. był tylko nieśmiały ale jest  wysoce prawdopodobne, że po prostu Mu się nie spodobałam, gdy tak spacerowałam pod murem ul. Ułańskiej.  

Przecież dziewczęcy urok schowałam w swojej nieśmiałości , ubrana byłam byle jak, a o uczesaniu nie wspomnę, bo już było o tym dużo. Nie mogłam się podobać i tyle. Byłam też pewnie poważnie drętwa, a może jednak się uśmiechałam? Nie wiem i  już  nigdy się  nie dowiem jak ocenił mnie wtedy T….

Zaproponował,  byśmy poszli do kawiarni. Zgodziłam się bezszmerowo, bo ten Chłopak mnie onieśmielał, był światowcem , w końcu z chórem Kurczewskiego bywał za granicą , co w tamtych czasach nie wszystkim było  dane, mieszkał w dużym mieście jakim jawił mi się Poznań.

A ja byłam gorzowską zieloną kurką. Nie wiem, czy się przejęłam tym , że będę drugi raz w życiu w kawiarni i to z T.  Raczej nie, pewnie mi się to spodobało, że coś fajnego zaplanował , że nie będziemy tak po prostu „szlifowali bruków”( to wtedy popularne określenie).  Do tej pory w kawiarni byłam tylko  jeden raz kiedy to zastępująca wychowawcę pani Majchrzycka ( uosobienie elegancji)  widząc naszą nieporadność zorganizowała klasowe wyjście do nieistniejącej już dziś gorzowskiej  Wenecji. Wyobraźcie sobie, kochani , że poszłam tam przebrana w …. mundurek szkolny. Miałam wtedy  15, może 16  lat . Potem długo nie było zwyczajów chodzenia do kawiarni, albo ja po prostu nie chodziłam. Jedynym „ lokalem” w którym bywałam w Poznaniu był bar mleczny położony nieopodal Okrąglaka. Przyjeżdżaliśmy  z Tatą albo Mamą  do ortodonty, który usiłował wyprostować mi zęby  i poprawić zgryz. Dla mnie wówczas głównymi atrakcjami  był sklep przy Grunwaldzkiej z pachnącymi kolorowymi ołówkami Koh-i-Noor oraz bar przy Okrąglaku ze smakowitymi  ruskimi.  Gdy po bardzo wielu latach, będąc w Poznaniu na jakimś kongresie odwiedziłam stare kąty  z rozrzewnieniem zauważyłam, że ten bar nadal istnieje. .

     A teraz, tej niepowtarzalnej bo jedynej w życiu wiosny 1965 roku , wędrowałam z T. do kawiarni . Szliśmy  obok siebie w przyzwoitej odległości , bo jak już pisałam, w tamtych czasach nikt się nie obejmował na ulicy. Ciekawe jak by było gdybyśmy byli współczesną parą młodych ludzi. Czy T. miałby ochotę mnie objąć, ale może ja bym Go sprowokowała?

Nie wiem, ale wtedy ja nie i On nie.

Szedł swoim spokojnym dużym krokiem, górował wzrostem, więc nie wiem czy w ogóle na mnie patrzył ale i ja nie zadzierałam głowy. Bo dreptałam obok Niego, wpatrując się w płyty chodnikowe,  by nie wpaść obcasem w  przestrzenie pomiędzy nimi. Nie założyłam wtedy pantofli na zupełnie płaskiej podeszwie, w których balowałam na niedawnej studniówce. Miałam kompleks wzrostu, ze swoimi wtedy 165 cm, górowałam nad większością kolegów z LO. Wiedząc że T. jest znacznie wyższy ode mnie, chyba wdziałam na nogi swoje  pierwsze nibyszpilki. Były zakupione w małym gorzowskim sklepiku przy ul.  obecnej Sikorskiego. Do tej pory dobrze pamiętam ten sklepik i jego zapach. Bardzo lubiłam te moje butki bo były śliczne i miłe. Uszyte z brązowego miękkiego  zamszu, miały długie nosy i sznurowanie z przodu. Poza tym miały zadziwiające obcasy. Wypatruję takich na ulicach, ale pomimo tego, że moda wraca, na razie takie obcasy nie wróciły. Moje tamte były do połowy pokryte  takim samym jak wierzch zamszem a od połowy żółtometalowe, poszerzające się nieco na samym dole. Szukałam w necie zdjęć podobnych, ale nie znalazłam. Jedynie jakieś zbliżone w klimacie, ale zupełnie inne. Szkoda, że w tamtych czasach nie było tak popularne fotografowanie. Nie było cyfrówek, smartfonów, co dla młodych jest niewyobrażalne.

     I tak sobie szliśmy tą poznańską uliczką Ułańską wzdłuż koszarowego muru. Aż wreszcie mur się skończył i wyszliśmy na Grunwaldzką, która wydawała mi się wielka i bardzo bardzo szeroka. Musieliśmy ją przekroczyć , by dotrzeć do kawiarni położonej prawie naprzeciwko, tylko trochę bliżej  Junikowa. W tamtych czasach były jakieś oznakowane przejścia, np. przy skrzyżowaniu Grunwaldzkiej i Roosvelta , ale o malowanych na jezdni zebrach nikt nie słyszał. Więc przekroczyliśmy tę szeroką ulicę idąc w lewo na ukos i dotarliśmy do kawiarni. Mam ją w oczach, ale  nazwy  nijak nie mogłam  wygrzebać z pamięci.  Szkoda, że nazwy nie zapamiętałam, a przecież widywałam ją potem często, jeżdżąc tramwajem na Junikowo, gdzie mieszkałam z koleżanką, będąc już na drugim roku studiów. Często przechodziłam obok niej, bo i piesze trasy uwielbiałam. Zapytałam teraz na fb syna kuzynki, Tadeusza i odpowiedział, że nazywała się  Prasowa.  

    Kawiarnia jaśniała z daleka, w środku była  obszerna i  pustawa z maleńkimi okrągłymi stolikami. Była też  napełniona muzyką. Usiedliśmy nie pod oknem, jak teraz najbardziej lubię, a  raczej bliżej środka, mam to miejsce zapisane w oczach. T. zaproponował ciastko i kawę. Ciastko nosiło nazwę torcik bambino. Czy tylko smak tego ciastka zdecydował, czy jakaś ukryta treść w jego nazwie? Bo przecież bambino to kochanie albo jak kto woli dziecko. Teraz bym się zastanawiała, ale nie przedtem. .

Była więc kawa i było ciastko a On milczał i ja milczałam.

W pewnej chwili T. jednak się odezwał, wskazując na narożnik sali : Popatrz i posłuchaj. Muzykę słyszałam już od momentu wejścia, ale teraz popatrzyłam . Instrument na którym grał pan w tej kawiarni był niewielki, z przewodem biegnącym po ziemi do  kontaktu elektrycznego . Wypływały z niego  dźwięki podobne do brzmień pianina i jednocześnie organów kościelnych, ale bardziej miękkie i rozczulające. Bliskie niebiańskim.  Kontynuowałam więc oglądanie i słuchanie, a T. objaśnił, że są to  organy Hammonda…

W tamtych czasach znałam jedynie moje tradycyjne pianino, fortepian widziałam  a także katedralną gorzowską fisharmonię, na której pedałując zawzięcie grałam kolędy a chórek dziewcząt śpiewał . Nie dziwcie się, że napisałam pedałując. Bez tego działania instrument był niemy. W dość krótkim czasie posiadłam umiejętność rozdwojenia czynności. Nogi rytmicznie ugniatały pedały a w innym rytmie dłonie wygrywały to co miały wygrywać.   Ponadto raz grałam w kościele w Rokitnie na prawdziwych organach towarzysząc owemu chórkowi. Ale organy Hammonda widziałam i słyszałam po raz pierwszy w życiu.

…. szkoda, że za mało przebywaliśmy  razem, bo  pewnie dowiedziałabym się o wielu innych sprawach. Tyle wiedział. Dowiedziałam się od Niego o chórze Kurczewskiego w którym śpiewał  ( śledziłam potem losy tego chóru i przykrość  z powodu następcy p. Kurczewskiego – twórcy i  wieloletniego opiekuna. Jakaś z tego powodu smuta).  W Bierutowicach, na tamtym sylwestrowym parkiecie, po moim nosowym krwotoku, co już opisałam poprzednio,  Tomasz cierpliwie  uczył mnie kroków tańca ( które do dziś powtórzę ), podając wtedy nazwę  lipsi ( niestety nie mogę jej znaleźć w internetowej wszechnicy a może źle tę nazwę usłyszałam i zapamiętałam ), a teraz pokazał ten instrument.

      Teraz jednak stwierdzam, że jednak nie było pomiędzy nami zupełnego milczenia. Pewnie  T. usiłował mnie otworzyć, poszerzyć moje horyzonty, ale chyba  trafiał na drewienko tylko nieco ociosane, ( jakim byłam) , a na więcej edukacji nie było czasu. Tak , zdecydowanie było za mało wspólnego czasu. Trochę żal, ale to se ne vrati, jak mawiają Czesi.

    Od tamtej pory od tego wiosennego Poznania 1965 roku,  od kawiarni Prasowej i T. w niej , gdy słyszę organy Hammonda, a nawet inne organy elektroniczne, przychodzi tamto spotkanie, kawiarnia i tamta muzyka. I tamta dziewczyna, której już nie ma, zielona, nieokrzesana, nieśmiała i nieatrakcyjna….

…i oto po ponad 40 latach przerwy  zaczęłam grać, koślawo bo koślawo, ale grać. Wyjechałam z G. a moje pianino tam zostało . Mieliśmy za małe mieszkanie na Żoliborzu by cokolwiek tam jeszcze wstawiać, więc pianino wraz ze zgromadzonymi w wielkiej liczbie zeszytami nut  powędrowało dalej. Przez następne dziesięciolecia całe moje granie poszło w zapomnienie, nie potrafiłam nawet  pomagać moim dzieciakom które  w czasie edukacji wczesnoszkolnej piłowały obowiązkowy flet czy cymbałki. 

I przyszedł taki dzień, było to  kilka lat temu  gdy M. wymyślił, by kupić do naszego już teraz 10 letniego domku w Michałowicach pianino. Było dużo miejsca na poddaszu, bo zostawiliśmy otwartą przestrzeń, więc zgodziłam się bez oporów. Szybko rozwiązaliśmy problem , czy ma być tradycyjne pianino ( okazało się za drogie), czy elektroniczny instrument grający. I wkrótce przybyła Yamaha i jest do tej pory. M. raczej nie spodziewał się, że do mnie wróci granie, myślał  o wnukach. Ale do mnie coś jednak zaczęło wracać. Jakieś mgliste  echa z dzieciństwa przychodziły gdy patrzyłam na klawiaturę . I wreszcie zasiadłam, uprzednio zakupując nuty dla raczkujących. I te sonatiny, etiudy,  Strauss,  uproszczony Chopin, Beethoven,  Mozart a także  oczi cziornyje i wiele wiele innych utworów kiedyś tak bliskich to wszystko przemówiło. I nagle jasność przyszła znaczenia tych nut i umiejętność dotykania tych klawiszy które dyktowały nuty i wszystko stało się proste. I cud się stał, dla mnie to cud. Koleżanka Joasia , gdy jej o tym opowiedziałam wspomniała, że jeden jej  pacjent tak miał i wkrótce okazało się, że to „tylko”  guz mózgu. Przyznam, że poczułam się nieswojo , potem zapomniałam, ale teraz  gdy o tym piszę,  wróciło. Jak na razie mam się dobrze. Minęło kilka dobrych lat a ja sobie gram gdy tylko mam ochotę, wprawdzie z wprawą ucznia może 3 klasy szkoły muzycznej podstawowej, ale gram i mam się dobrzeJ

Tylko czasem włączam opcję elektrycznoorganową, bo można wybierać odpowiedni przycisk i bywa, że wtedy wraca zapach tamtego czasu gdy wiosna 1965 r. dojrzewała a ja z nią. I jestem w tamtej kawiarni, gdzie zostawiliśmy swój niewidoczny ślad.

T. i ja i wspomnienie  naszej młodości bezsłownej …

      Nasze kawiarniane  spotkanie z T.  chyba nie trwało długo.  Odprowadził pod dom kuzynostwa i pożegnał tak jak przywitał oficjalnie i beznamiętnie. Ja też nie wykonałam żadnego gestu, przytulenia, czy jakoś tak. Przecież mogłam, ale wtedy nie wypadało , to On  powinien wykazywać inicjatywę. Okropne  były nasze czasy, dziewczyny siały pietruszkę – pewnie nie wiecie co to znaczy- to znaczy, że na zabawach siedziały pod ścianą i czekały, aż chłopak poprosi je do tańca. Jeśli nie poprosił to mówiono o nich,  że sieją pietruszkę. Jasne? Niejasne? Ale na pewno dla Was, wnuki moje, niezrozumiałe.

Oj, gdyby nasze zauroczenie przyszło do nas teraz i w dodatku mielibyśmy tyle lat ile wtedy,  wszystko mogłoby być inne.  Pewnie dobrze, że było tak jak było . Bo było pięknie  i wspomnienia tamtego są niewinne i czyste. Jak śnieżny  krajobraz gór śpiących nad spływającymi w dół  Bierutowicami . Jak   poświata pełni księżyca i w zimne światło gwiazd szeroko rozsianych nad naszym niebem. ….

 ….przez długie lata Tomasz czasem , bardzo rzadko się zjawiał się w myślach. Potem pożegnałam się z tym wspomnieniem, bo nie było czasu na oglądanie się wstecz.

Teraz przyszedł czas wolny i wróciło tamto, zda się trwale w centrum Wielkiego Piękna zamknięte…wróciło jak żywe, tylko nas już nie ma…

Wybaczcie tę ostatnią ckliwą nutę, pewnie znowu organy Hammonda usłyszałam, ale ogólnie jest dobrze. Jest bardzo dobrze, że nas to spotkało….

 

 

 

KościółPw.ŚwDucha w Krobi, www.fluidi.jpg

 

Zdj z netu. Stara fisharmonia w kościele w Krobi. Na podobnej grałam w Gorzowie.

 

1,23.JPG

Sześć lat temu gramy z Wiktorem…

 

hammond.jpg

 

Zdj z netu.

 

 

 

 

” Szukam, szukania mi trzeba”….Pierwsze spotkanie z Wojtkiem Belonem…

 

 

372px-BOGDANP_Wojciech_Belon_PORTRET.jpg

 

Zdjęcie Wojciecha Belona zamieszczone w Wikipedii

 

 

Szukam, szukania mi trzeba,
Domu gitarą i piórem,
A góry nade mną jak niebo,
A niebo nade mną jak góry.

 Fragment utworu „Sielanka o domu „ autor i kompozytor Wojciech Belon

 

Belon0.JPG

Ławeczka przed Domem Kultury w Busku Zdroju a na niej samotny Wojtek Belon( zdj z kwietnia 2014)

 

 

Smutny i samotny jesteś Wojtku w tym Busku.

Uczcili Ciebie w 2008 roku godnie, jak swojego dawnego słynnego obywatela.

Ale jesteś z metalu wyrzeźbiony i samotnie na kamiennej siedzisz ławce w przed Domem Kultury. Dotykam Ciebie i czuję tylko zimno.

A przecież kiedyś żyłeś, miałeś serce wielkie tkliwe, umysł wiatrem poezji podszyty i piękne słowa pisałeś , takie zwyczajne, dla ludzi i śpiewałeś je ludziom by myśleli o swoich domach, pejzażach nadnidziańskich, bieszczadzkich , o życiu śpiewałeś, o miłości i nieuchronnym zbliżaniu się tego co ostateczne.

      W ogóle Ciebie nie znałam, coś tam słyszałam o Wolnej Grupie Bukowina, ale w Twoich czasach, zajmowałam się swoimi problemami i na muzykę miejsca nie starczało. Jak dobrze, że  jest Internet i filmiki z Tobą i Twoje śpiewanie dziś jak żywe….Masz wielu sympatyków a nawet wielbicieli….tak więc żyjesz wśród nas, naprawdę żyjesz….

 

Wojciech Belon zmarł w nocy z 3 na 4 maja 1985 roku, spoczywa na Cmentarzu w Busku.         Urodził się w 1952 roku w Kwidzynie, rodzinnym mieście matki- Wandy ze Stępniowskich, notariuszki. Wkrótce potem jego rodzice z maleńkim synkiem powędrowali do miasta rodzinnego ojca do Opola Lubelskiego a następnie do Skarżyska Kamiennego i w 1965 osiedli w Busku Zdroju.

Zamieszkali w bloku, a z okien ich mieszkania rozpościerał się szeroki widok na wielkie sady.

Pewnie wtedy Wojtek zaraził się marzeniem o wolności, pięknej przyrodzie i wędrowaniu. Przecież już dojrzewał, uczęszczał do VII klasy szkoły podstawowej. W Busku ukończył LO . I w tym czasie realizował swoje marzenia. Stał się zapalonym turystą, został członkiem PTTK.   

Na wędrówki zawsze zabierał ze sobą nieodłączną gitarę. Na biwakach, przy ogniskach grał i śpiewał ówczesne przeboje ale stopniowo odkrywał przed kolegami to, co mu grało w duszy. Prezentował więc im własne utwory i kompozycje. Pewnie słuchali w zadziwieniu i zachwycie….

     Jeszcze w czasach licealnych wystąpił po raz pierwszy publicznie z własnymi  piosenkami.

Latem 1971 roku z młodszą koleżanką z buskiego liceum- Grażyną Kulawik i kilkoma szkolnymi kolegami zdobył  jedną z głównych nagród na IV Giełdzie Piosenki Turystycznej w Szklarskiej Porębie.

 To był początek Wolnej Grupy Bukowina.- muzycznej grupy z kręgu poezji śpiewanej.

Występowali razem- Wojtek i Małgorzata Belon, Grażyna Kulawik, Ryszard Dygdoń, Andrzej Rędziński  . Później w tej grupie znaleźli się  Wojciech Jarociński, Wacław Juszczyszyn, Jan Hnatowicz, Tadeusz Gos, Ryszard Styła, Bogusław Mietniowski, Andrzej Pawlik.

Belon wraz z Wolną Grupą Bukowiną jeździł z koncertami po całym kraju. Chłopcy stali się profesjonalistami a śpiewanie stało się ich źródłem utrzymania.

Ale Wojtek źle się czuł w takiej roli, opowiadał, że w gonitwie za pieniądzem zagubili gdzieś pierwotny sens muzykowania. Już nie odczuwał pierwotnego  smaku radości  z bycia razem i ze wspólnego śpiewania.

Dlatego też w 1982 roku zespół zawiesił działalność.

Wojtek Belon przez krótki czas współpracował z „Wałami Jagiellońskimi”, potem występował samodzielnie czasem tylko z gitarzystami swojej poprzedniej grupy.

     W 1985 roku po śmierci Belona, Wolna Grupa Bukowina zamilkła, by po 5 latach podjąć próbę reaktywacji….

 

 

BelonGitaraNapis.JPG

 

 

BelonGitara2.JPG

 

 

BelonGitara1.JPG

Zdjęcia fragmentów gitary, którą trzyma Wojtek Belon siedzący na ławeczce w Busku Zdroju ( foto z kwietnia 2014 roku).