Przysiadłam na brzegu kanapy. Coś skrzypnęło.
Popatrzyła na mnie okrągłymi oczami . Takimi jak kiedyś. Zachowała te oczy jakby wiecznie zdziwione, pytające, nieśmiałe. Miała proste i zadziwiająco długie jak na nasz wiek rzęsy. Rzęsy firanki. Dawna fryzura na pazia. Tylko dziwnie posiwiała. Szczupła szarawa buzia. Dłonie sękate z tkliwością dotykające kota. Kot na kolanach. Też stary.
A więc to jest ta moja Anna. Dawna Anna z wczesnych lat 70 ubiegłego wieku. Młodziutka wtedy jak ja, nieco ponad dwudziestoletnia, zawsze zdecydowana, energetyczna, z pomysłem na życie, karierę zawodową, uwielbiana przez pacjentów.
Skąd wiedziała o czym myślę?
No cóż, trochę się postarzałyśmy, ale w środku stale jesteśmy takie same. Prawda? rzekła. Potwierdziłam może zbyt mało entuzjastycznie.
Ty masz dużą rodzinę, jakąś karierę za sobą.
Nie przesadzaj. Było jak było, została rodzina, fakt.
A ja jestem sama, zawsze byłam sama. No niezupełnie sama , poprawiła się, bo z Miłym, moim kotem.
Jak fajnie go nazwałaś. To jeszcze moja mama tak go nazwała. Zamyśliła się.
Poruszyłam się na kanapie. Ponownie coś zgrzytnęło.
Usłyszała, bo nie dało się nie usłyszeć.
Uśmiechnęła się z przepraszającym uśmiechem.
Nędzna szpitalna emerytura, bo dyżurów nawet nie miałam, ani dodatkowych prac nie mówiąc o kilku etatach. Zdrowie nie bardzo mnie lubiło.
Wiem, ale pacjenci cię kochali.
Może i kochali, ale tego się nie pamięta. Gorzej gdy jakiś błąd czy nieudane działanie.
O, to się pamięta, przez całe życie, przychodzi nocą – dodałam.
Skinęła głową.
Mieszkam w tej kawalerce prawie od urodzenia.
Pamiętam, kiedyś Ciebie odwiedziłam, pożyczyłaś mi „Wirówkę Nonsensu” Głowackiego.
Uśmiechnęła się szeroko. Nawet zęby miała niezłe, a może już sztuczne. O, książki, to moja jedyna miłość której nie zniszczył czas.
Już od wejścia zauważyłam regały ciężkie od książek i od razu miałam ochotę podejść , jak w mojej ukochanej michałowickiej bibliotece i wyjmować tomy, stare, może zakurzone i dotykać, dotykać, dotykać…Piękny masz księgozbiór Anno . Uwielbiam.
Ucieszyła się jak dziecko. Wiesz, to mi wystarczy za męża, dzieci, willę pod miastem, no może Miłego nie zastąpi…
Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, oznajmiłam, bo czułam przyciąganie do tego miejsca, do Saskiej Kępy , kiedyś tu mieszkała szczęśliwa wtedy Grania z Rodziną i dwie Ireny i w dodatku Miron Białoszewski niedaleko był w swoim „Chamowie”. Czułam przyciąganie do tej maleńkiej kawalerki , podobnej do naszej, żoliborskiej, gdzie przyszła na świat nasza pierwsza córka. Do kawalerki już tęskniłam, do maleńkiej zawieszonej pod warszawskim niebem wysoko nad ziemią i do Anny.
Mojej dawnej Anny ze snu o młodości…
Zaczęłam się zbierać, by dotrzeć przed zmrokiem do domu, bo tam kotwica.
Nie protestowała.
Anna wszystko rozumiała, zawsze, bez słów.
Podała mi płaszcz.
Przytuliłam, pachniała kotem….
