Od A. do Z. Pierwsze spotkanie.

Przysiadłam na brzegu kanapy. Coś skrzypnęło.

Popatrzyła na mnie  okrągłymi oczami . Takimi jak kiedyś. Zachowała te oczy jakby wiecznie zdziwione, pytające, nieśmiałe. Miała proste i zadziwiająco długie jak na nasz wiek  rzęsy. Rzęsy firanki. Dawna fryzura na  pazia. Tylko dziwnie posiwiała. Szczupła szarawa  buzia. Dłonie sękate z tkliwością dotykające kota. Kot na kolanach. Też stary.

A więc to jest ta moja Anna. Dawna Anna z wczesnych lat 70 ubiegłego wieku. Młodziutka wtedy jak ja, nieco ponad dwudziestoletnia, zawsze zdecydowana, energetyczna, z pomysłem na życie, karierę zawodową, uwielbiana przez pacjentów.

Skąd wiedziała o czym myślę?

No cóż, trochę się postarzałyśmy, ale w środku stale jesteśmy takie same. Prawda? rzekła. Potwierdziłam może zbyt mało entuzjastycznie.

Ty masz dużą rodzinę, jakąś karierę za sobą.

Nie przesadzaj. Było jak było, została rodzina, fakt.

A ja jestem sama, zawsze byłam sama. No niezupełnie sama , poprawiła się, bo z Miłym, moim kotem.

Jak fajnie go nazwałaś. To jeszcze moja mama tak go nazwała. Zamyśliła się.

Poruszyłam się na kanapie. Ponownie coś zgrzytnęło.

Usłyszała, bo nie dało się nie usłyszeć.

Uśmiechnęła się z przepraszającym uśmiechem.

Nędzna szpitalna emerytura, bo dyżurów nawet nie miałam, ani dodatkowych prac nie mówiąc o kilku etatach. Zdrowie nie bardzo mnie lubiło.

Wiem, ale pacjenci cię kochali.

Może i kochali, ale tego się nie pamięta. Gorzej gdy jakiś błąd czy nieudane działanie.

O,  to się pamięta, przez całe życie, przychodzi nocą – dodałam.

Skinęła głową.

Mieszkam w tej kawalerce prawie od urodzenia.

Pamiętam, kiedyś Ciebie odwiedziłam, pożyczyłaś mi „Wirówkę Nonsensu” Głowackiego.

Uśmiechnęła się szeroko. Nawet zęby miała niezłe, a może już sztuczne. O, książki, to moja jedyna miłość której nie zniszczył czas.

Już od wejścia zauważyłam regały ciężkie od książek i od razu miałam ochotę podejść , jak w mojej ukochanej michałowickiej bibliotece i wyjmować tomy, stare, może zakurzone i dotykać, dotykać, dotykać…Piękny masz księgozbiór Anno . Uwielbiam.

Ucieszyła się jak dziecko. Wiesz, to mi wystarczy za męża, dzieci, willę pod miastem, no może Miłego nie zastąpi…

Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, oznajmiłam, bo czułam przyciąganie do tego miejsca, do Saskiej Kępy , kiedyś tu mieszkała szczęśliwa wtedy Grania z Rodziną i dwie Ireny i w dodatku Miron Białoszewski niedaleko był w swoim „Chamowie”. Czułam przyciąganie do tej maleńkiej kawalerki , podobnej do naszej, żoliborskiej, gdzie przyszła na świat nasza pierwsza córka. Do kawalerki już tęskniłam, do maleńkiej zawieszonej pod warszawskim niebem wysoko nad ziemią i do Anny.

Mojej dawnej Anny ze snu o młodości…

Zaczęłam się zbierać, by dotrzeć przed zmrokiem do domu, bo tam kotwica.

Nie protestowała.

Anna wszystko rozumiała, zawsze, bez słów.

Podała mi płaszcz.

Przytuliłam, pachniała kotem….

 

 

 

Opowieść Sylwestrowa ( 7 )

tapeciarnia.jpgHiacyntowe pole, pewnie holenderskie . Zdjęcie z wikipedii.

 

Dzisiaj po dłuższej przerwie wracam do Opowieści Sylwestrowej. Ona już czeka , niecierpliwa, chce bym wreszcie wszystko zapisała, ryzykując , że może być to dla Was, kochani mało ciekawe i nawet nie osłodzone pikantnymi szczegółami. Takich szczegółów po prostu nie było. Tłumaczę się na wstępie, by uprzedzić Wasze ziewanie. Więc kto nie chce, niech nie czyta.

     Ale ja sobie opowiem, bo to moje. Pierwsze, najpiękniejsze, najniewinniejsze bielutkie jak śnieg zauroczenie i bardzo nieśmiałe.  Zauroczenie Tomaszem .  Z niedawną czułością Jego objęcia  i dotykiem ręki. Jeszcze zanurzone w  mroźnym  pięknie Bierutowic zaklętych w księżycowolśniący strumykowy lód….

I  taka sobie byłam w moim rodzinnym mieście,  Gorzowie , gdy za oknem  już pachniało wiosenne błoto 1965 roku.

Moje niespełna 18 lat, też pierwsze i jedyne w życiu, niedługo matura a ja wypatruję listów od Tomasza.

I któregoś dnia listonosz wsuwa przez szparę w drzwiach , specjalną, ozdobną z miłą klapką, bez skrzynki jakie  teraz widujemy, różowawą a może białą kopertę . Moje ucho jest wyczulone na takie szelesty i stukot klapki więc  wyskakuję ze swojego pokoju i biegnę przez mroczny obszerny korytarz by uprzedzić Mamę, która jeszcze wtedy była rącza. Nie mam przed Nią większych tajemnic, ale muszę być pierwsza. Pierwsza , by dotknąć tego, co być może trzymał w dłoni Tomasz….

I jest ,  jest list od tego tajemniczego chłopaka z Poznania.

Nie otwieram od razu. Ukrywam się w swoim pokoiku i pochylona nad biurkiem oglądam kopertę. Pismo na niej drobne chyba i równe. Przychodzi wzruszenie i zaraz potem zadziwienie, bo koperta pachnie. Chyba pachną jakieś  kwiaty . Niezbyt wtedy popularne w moich stronach, ale chyba znajome. Powoli  otwieram kopertę i wyjmuję z nabożeństwem pocztówkę. Chyba nikt z młodych sobie nie wyobrazi mojego zachwytu. W obecnych czasach gdzie przesyt kolorów, kształtów, faktur pocztówkowych widokówek już niewiele potrafi zachwycić. Wtedy, przed ponad pół wiekiem to było COŚ NIEZWYKŁEGO. Aksamitna w dotyku a jednak lśniąca z widoczkiem zatopionym w istnym  łanie barwnego kwiecia. To były hiacynty, pole hiacyntów. W dolnym rogu pocztówki odkryłam  niewielką  miękką niby poduszeczkę spod której  najbardziej pachniało . Zachwyt, nieustający zachwyt i oglądanie i chowanie w szufladzie i wyjmowanie z szuflady tajemne by nikt nie widział i wąchanie. Tak było. Aż wreszcie któregoś dnia weszła do pokoiku Mama i nakryła mnie gdy tkwiłam w rozmarzeniu. Pewnie i tak bym tę pocztówkę pokazała, ale teraz to nastąpiło nagle. Mama też ją podziwiała i zapytała, czy odpisałam. I wówczas sobie przypomniałam, że nie. To nieładnie. Dziewczyna dobrze wychowana odpisuje na listy. Tak pouczona, zasiadłam do dzieła.

Nie było łatwo. Bo to miał być pierwszy w życiu list do Chłopaka. Tak, wnuki kochane, wtedy pisało się listy papierowe i przeżywało te pierwsze…

I widzę siebie w dużym gorzowskim pokoju, oświetlonym słońcem wyskakującym spoza wielkich wykuszowych okien. Mieszkanie jest służbowe Taty, bo był naczelnikiem oddziału drogowego PKP, co w Gorzowie było najważniejszym stanowiskiem, ładne, przestronne. Trójskrzydłowe drzwi otwarte do sypialni rodziców . Szeroki oddech. Tutaj pianino, trzy obrazy olejne  przedwojenne, wileńskie i  dwie akwarele   namalowane przez  Tatę w 1932 roku. Rozłożysty tapczan także z mieszkania wileńskiego. To wszystko przywiozła Mama w wagonie towarowym, który był im domem przez długą podróż do wymarzonej Polski. Bo tam nastał  inny kraj, język, obcość. Poza Mamą przyjechał starszy brat- Zenon, bo Wacuś został na miejscowym cmentarzu a Tata spędzał czas wojny w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen koło Berlina…. W dużym pokoju, w którym właśnie siedzę,  poniemieckie dość ładne połyskliwe meble, duży stół centralnie ustawiony, wokół stołu krzesła. Ale pora już przestać się rozglądać , rozmyślać. Bo muszę napisać list…

Mam to w oczach, pamiętam miejsce przy tym stole, gdzie zasiadłam by odpisać Tomaszowi , podziękować za pocztówkę, jakiej nigdy nie widziałam. A ponieważ  w tym pokoju było  też jedyne w domu radio z zielonym filuternie mrugającym okiem ( takie zabytki można  obejrzeć w muzeum lub w  necie), więc słuchałam niedzielnego południowego koncertu życzeń. Muzyczka ta pewnie prymitywna ale serdeczna jest tłem i świadkiem, kiedy to piszę list do Tomasza. O czym piszę,  nie pomnę, chyba są to pretensjonalne, drętnawe wynurzenia licealistki. Pewnie coś o tych piosenkach piszę, które wydobywają się z radia.. Jak mogę o nich pisać do Chłopaka, którego światem jest Prawdziwa muzyka. Zresztą też grywam na pianinie jakieś bardziej ambitne utwory, a tu ckliwe naiwne piosenki.  Lepiej nie wiedzieć co On sobie o mnie wtedy myślał….

Gdy list w moim pojęciu dojrzał, został starannie zachomikowany w kopercie i następnego dnia uroczyście wysłany.

Wybaczcie, że wpadłam  w ten swój teraz już postpensjonarski styl, ale właśnie takie klimaty… … 

Tym pierwszym w życiu zauroczeniem porażona, chowałam swoją dość wesołą i bezpośrednią naturę pod  maską dziewczyny bardzo poważnej, bezuśmiechowej i pewnie bardzo nudnej….

I gdy tak rozmyślam nad tamtymi czasy i nad sobą, nagle słyszę głos. Spoglądam w kierunku, skąd dochodzi. Widzę tam moją Wagę, stale mi towarzyszy, a na jednej z szal siedzi człeczek i to on mówi:

Dość samobiczowania babciu, wiem, że to twoja natura i twój zawód, by analizować, rozważać, ale przecież byłaś całkiem fajną licealistką. Niebrzydką, dość zgrabną zielonooką. Sportami, recytacjami, konferansjerkami, kinem, teatrem i książkami zajętą. A że nie przeżyłaś z Tomaszem czegoś więcej, może i lepiej. To los chciał, by to co było pomiędzy wami, tak bardzo młodymi,  pozostało piękne i czyste….Słucham, lubię słuchać takich własnych wewnętrznych polemik…fajnie mi tak….

 

HiacyntyE-ogrĂłdek.jpg

.Zdjęcie z netu.. 

 

 

 

 

List do Jacka ( 4 )

 

List do Jacka ( 4 )

Jacku!

W ostatnim liście zaczęłam opowieść nt naszego pierwszego spotkania. A oto dalszy ciąg tej historii….

 

Gdy tak jechaliśmy z Zenonem do Zielonej Góry służbowym redakcyjnym samochodem, nie pamiętam swojego lęku, czy choćby niepokoju, zresztą w przypadkach podbramkowych zawsze zachowywałam zimną krew. Więc sympatycznie gawędziliśmy z Bratem i coraz bardziej się radowałam w sercu z tego spotkania i czekających mnie kolejnych.

Wasze mieszkanie przy ul. Staszica  było położone pięknie. Chyba czteropiętrowe domy wybudowano na szczycie i zboczach wzgórza, wśród wielkich starych drzewa. Uwielbiałam takie miejsca.

Drzwi otworzyła nowa Żona mojego Brata, a Twoja Mama. Ciepła była ta kobieta, serdecznie mnie przytuliła i od razu wszystko było proste. Miała krótkie brązowe włosy, duże brązowe oczy, dłonie kształtne, duże ale budzące zaufanie. Zawsze zwracałam uwagę na dłonie ludzi, których poznawałam. One tak dużo dla mnie mówiły o właścicielach. Miała barwną , szeroką,  miękką wirującą spódnicę, spiętą w pasie szerokim paskiem. Okna mieszkania były duże i jasne, za nimi ta wielka zieleń. Od razu poczułam się tutaj dobrze.

Wkrótce pojawił się maleńki blondynek. Właśnie wstał po dziennej drzemce. Początkowo tulił się do swojego Ojca i nieśmiało na mnie zerkał. Widziałam te wielkie błękitne piękne oczęta i delikatne włoski. Zasieliśmy do jakiegoś smakowitego dania. Było pyszne, choć nie pamiętam co jadłam. Gerta gotowała chyba bardzo dobrze.

Potem zabawiałam się z tym moim maleńkim Bratankiem- Jackiem. Chyba miał niewiele ponad rok.  Pamiętam jak gnał  przed siebie szaleńczo, hamując na przeciwległej ścianie dużego korytarza. Jakimś cudem nie był poobijany, pewnie jak mały kociak miał właściwość miękkiego lądowania.

Siedziałam na kanapie w przeciwległym pokoju, gdy podszedł do mnie i oglądał mój pierścionek. Pierścionek był srebrny i bardzo ładny. Duży, owalny miał kształt i podłużne oczko w kolorze ametystowym. Właśnie niedawno otrzymałam go od przyjaciółki mojej Mamy- Heleny Konopielko. Szpanowałam tym pierścionkiem wśród koleżanek i byłam z niego dumna. Przecież to były czasy przaśnego polskiego nibykomunizmu. Ładne przedmioty były jak okazjonalne perełki.

Dopiero długo potem się wydało, że był to prezent, który moja przyszła Teściowa otrzymała od pierwszej żony jej syna Mirka.

I oto nastąpiło coś, co postrzegane z perspektywy czasu mogło mieć znaczenie symboliczne. Otóż zdjęłam ten pierścionek z palca i dałam go Jackowi dla zabawy. On go złapał i bez zastanowienia pognał z nim przez ten duży korytarz do łazienki, wrzucił do wc i spuścił wodę. Pobiegłam zatrwożona, oczywiście po pierścionku już śladu nawet nie było. Jacek patrzył na mnie figlarnie, uśmiechał się czarująco. Jakże mogłam się gniewać. Przecież mój Bratanek był taki słodki…po kilku latach, gdy spotkałam Mirka na swojej drodze i wzięliśmy ślub, zawsze wspominałam ten dar od teściowej, a właściwie od pierwszej żony Mirka i  Twój, mały blondasie czyn- finalne ostateczne pożegnanie z tym pierścionkiem i jakby symboliczne z przeszłością. Jacku, chyba byłeś wykonawcą jakiegoś odgórnego zlecenia. Pewnie los Ciebie wyznaczył, byś wpisał się w symbolikę tego czasu….Czyż nie fajna to historia?

Ależ się rozpisałam. Pewnie przynudzam. Ale wybacz ciotce gadulstwo, tyle wrażeń się ciśnie do klawiatury…

Na razie to tyle wspomnień z tamtych czasów, tych bardzo wczesnych lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Są stale świeże, o dziwo w ogóle się nie zestarzały, jak zresztą i my…..pozdrawiam Ciebie bardzo, bardzo serdecznie , kłaniaj się australijskim kangurom, Twoja ciocia Zosia

 

 

Losy moich Rodziców. Pierwsza praca Mamy w powojennej Polsce i pierwsza miłość mojego Brata.

 

W czasie trzymiesięcznej  podróży do Polski , pociąg sapie, sypie iskrami i zmęczony kilkakrotnie zatrzymuje się  w polu.

Wygnańcy już wiedzą, już się dowiedzieli, że w takiej sytuacji należy się zrzucić na alkohol dla maszynisty. Ktoś zachomikował sporo spirytusu i teraz sprzedaje. Mama wyciąga z supełka resztki moniaków, które pewnie i tak są już bez wartości.

Ale to wystarcza , napojony maszynista odzyskuje werwę i ochoczo rusza w dalszą podróż. Ta sytuacja się regularnie powtarza, ale w końcu dobijają do Krakowa.

 Tam przenoszą ich do przejściowego obozu dla wygnańców.

Mama jest jak zwykle bardzo aktywna, nie może siedzieć bezczynnie.

Pragnie pracować , tym bardziej, że nie wiadomo jak długo będzie czekała na transport do Godziszki bo tam jeszcze jest niespokojny czas wojenny. Postanawia więc poszukać pracy. W tym celu podąża na spotkanie ze starostą , które niestety jest  niesympatyczny. Zaraz na wstępie zapytał co ona tutaj robi, po co przyjechała ze wschodu. Poczuła się co najmniej dziwnie , może tego nie okazała jak bardzo zabolało serce. Przecież ten urzędnik był Polakiem, a ona tak bardzo tęskniła za Polską. Całe długie lata wojenne zaborcy, obce władze , szkoła, gdzie język rosyjski potem niemiecki i znowu rosyjski i tylko konspiracyjne nauczanie dzieci polskich . Jednak w końcu starosta coś zrozumiał, może jednak Mama próbowała wyjaśnić, a może ktoś mu zwrócił uwagę , bo w krótkim czasie zawiadomił Mamę, że jest praca w Rybnej pod Krakowem.

Oczywiście od razu skorzystała z tej propozycji i przeniosła się z Zenonem z obozu przejściowego do Rybnej. Tam zamieszkali w pałacu zabranym przez władze komunistyczne właścicielom. Poznali miłych młodych ludzi z córeczką Zosią. Okazało się, że łaskawie pozwolono im zostać, oferując mieszkanie w oficynie. A byli to dawni właściciele tegoż pałacu… Równolatek Zosi,  Zenon , który miał wtedy 11 lat, zapraszał dziewczynkę na spacery i ona chętnie z nim przebywała. Była podobno piękna i mądra .

Ta sielanka nie trwała długo, bo po niespełna roku zawiadomiono Mamę, że może już bez przeszkód podróżować dalej. I wkrótce opuściła gościnne progi pałacowe, pożegnała się z uczniami , starała się nie widzieć smutnej miny Zenona, który przeżył rozstanie ze swoim pierwszym zauroczeniem….Gdy po dwóch latach się urodziłam, Zenon wyprosił Rodziców, by nazwali mnie Zosią….

Opowieści mojej Mamy. Narodziny mojej Mamy.

 

Deszczowa Godziszka

 

 

Niebawem  okazuje się  , że Marianna jest w ciąży.

Może nawet Michał się cieszy, że dziewczyna jest płodna. Na pewno spodziewa się , że urodzi mu upragnionego syna. Ciąża mija dość spokojnie. Czas płynie na oczekiwaniu. Marianna wraca myślami do swojego Boga , pokornie błaga o syna.

Jej przybrane córki  patrzą ze swojego kąta i pewnie proszą swojego Boga o kolejną siostrę. Urodzenie brata , dziedzica ziem , nieomal następcy tronu, oznaczałoby odsunięcie dziewczyn na drugi plan.

 

Któregoś dnia zaczyna się poród. Pierwsze dziecko rodzi się długo. Już mijają kolejne wschody słońca nad Babią Górą i krwiste zmierzchy nad Skalitem. Wreszcie słychać krzyk noworodka. Kobiety, które pomagają rodzącej oznajmiają ojcu, że dziecko jest dorodne i zdrowe. Nie jest tym zainteresowany, czeka tylko na informację, czy doczekał się syna.

Pokazują mu niemowlę. Wstrzymuje oddech i patrzy. Patrzy długo , aż odrywa zimny , zły  wzrok i mówi lodowatym głosem. Mam kolejną córkę….

To dziecko urodzone 14. kwietnia 1907 roku otrzymuje imię Stefania.

 Pierwsze dziecko Marianny jest moją przyszłą  Matką….

 

 

Śladami mojego Taty. Morze na stepie…

 

 

 

Mój kuzyn, Witold Łukaszewicz urodzony na Kazachstanie

 

 

Dziecko otrzymało imię Witold, po zaginionym ojcu.

Hodował się dobrze, jak na te warunki. Po pewnym czasie już biegał z miejscowymi dzieciakami. A gdy miał trzy czy cztery lata, kiedyś o poranku, zawołała go mama, by wylazł z barłogu i wyszedł przed ich” dom”. Mama wołała, chodź synku, zobaczysz morze. Wybiegł bardzo zainteresowany, bo był ciekawy świata. I zobaczył. Był wielki złoty falujący zielony błękit i szum. To było morze. Prawdziwe. Jego pierwsze.

Długo wierzył, że zobaczył morze. Gdy był trochę starszy  dowiedział się , że to była tylko fatamorgana na stepie…..

 

Śladami mojego Taty. Jeszcze o mojej Babci- Stanisławie…

Opowiedziałam już o rodzeństwie mojej Babci, a teraz wracam raz jeszcze do czasów, gdy miało się urodzić pierwsze dziecko Michaliny i Bolka Rodziewiczów- moja przyszła Babcia- Staśka.

Zastanawiam się , jaka była. Pozostały jedynie strzępki informacji przechowywanych w opowieściach rodzinnych i moje bardzo mgliste wspomnienia. Wszak miałam zaledwie osiem lat, gdy Babcia przeniosła się w zaświaty , mieszkała w pewnej odległości od Gorzowa- w Trzciance Lubuskiej i widywałam Ją sporadycznie. Jedynie analizując pewne cechy mojego Taty oraz swoje, mogę się snuć pewne spekulacje na temat , które cechy odziedziczyliśmy po niej, po tamtej rodzinie Rodziewiczów.

 

Otrzymała bardzo stare imię. Nie dowiemy dlaczego właśnie takie.  Może  ktoś ważny w rodzinie je nosił, a może tylko się podobało  Michalinie i Bolkowi .

A może jednak jej rodzice wierzyli w przeznaczenie i w to, że dziecko w momencie nadania mu imienia, otrzymuje w przedziwny sposób cechy przypisane do tego imienia.

Takie myślenie magiczne też mnie fascynuje, chociaż oczywiście wiara ta jest irracjonalna. Ale może jednak coś w tym jest, wszak wielka księga imion jest sporządzona na podstawie długoletnich  obserwacji ludzi. Nie wiem jak to jest naprawdę i na pewno nigdy się nie dowiem….

Teraz wracam w przeszłość. Widzę ten niewielki domek w Rakowie, miasteczku przy rosyjskiej granicy. Domek, gdzie uwili swoje gniazdko Bolek i Michalina. On, sierota po powstańcu styczniowym, jedynak, samotnik , organista w miejscowym kościele , chłopak ciekawy świata, mądry i czuły. Ona, wesoła, pogodna, jasna , opiekująca się dzieciarnią Rakowską angażując ją w organizowanie teatrzyku kukiełek, wspólne malowanie i lepienie z gliny i bardzo bardzo zakochana w swoim mężu.

Jest wieczór, ich dziecko wierci się w rosnącym stale brzuchu mamy. Mały stolik nakryty dzierganą serwetą, samowar, herbata w ładnych filiżankach albo raczej w szklankach osadzonych w srebrnych  oprawkach, słój z konfiturą, malinowa  ich słodycz w ustach. Michalina  szyje maleńkie koszulki z  cieniutkiego płótna, w kołnierzykiem haftowanym i sznurkowymi wiązaniami.  Bolek ogląda z czułością żonę i te koszulki. Usiłuje sobie wyobrazić , jak to będzie niedługo, gdy przyjdzie na świat ich pierwsze dziecko. Jeszcze nie wie, czy będzie to dziewczynka czy chłopczyk. W tamtych czasach nie było badań takich jak USG, na podstawie których jeszcze przed urodzeniem dziecka, można z dużym prawdopodobieństwem rozpoznać jego płeć. USG w Polsce pojawiło się dopiero po 1980 roku . A moja Babci rodziła się w 1874 roku!

Ale ponieważ  mój przyszły pradziadek jest człowiekiem czynu, przerywa rozmyślania, wstaje i z bibliotecznej półki wybiera starą zakurzoną księgę. Otrzymali ją od opiekuna Bolka, księdza Eustachego.

Bolek otwiera tę księgę i czyta. Michalina słucha nie podnosząc oczu znad robótki.  

Już najwyższa pora, by wybrać dziecku imię. Dyskutują na ten temat. Jest jedno imię , które im się podoba. Stanisław, Stanisława- melodyjne brzmienie, łagodność jakiegoś przodka o tym imieniu w tle- tak , pewnie tak nazwiemy swoje dziecko….

. Po przeczytaniu Wielkiej Księgi Imion już są  całkowicie pewni, że los im przynosi Staśkę lub Staśka.

Są to imiona te są pochodzenia słowiańskiego i tak stare, że nie od razu zgadujemy, co mogły na początku oznaczać. Wydaje się , że używane do tej pory takie określenia , jak :  „zastanowić się”, „stanowczy”, „ustanowić” wiążą się z tym imieniem.  Tak więc dziewczyna – Staśka- to dziewczyna o silnej osobowości , z  wrodzoną stanowczością  i zamiłowaniem do ustanawiania nowego porządku.

Stanisławy nie należą do istot płochych ani lekkomyślnych. Przeciwnie, chętnie podejmują się odpowiedzialnych zadań i ról społecznych.

Życie traktują poważnie, są zapobiegliwe i można polegać na ich zdrowym rozsądku.

Rodzice nadający swojej córeczce imię Stanisława powinni wiedzieć, że wyrośnie na kobietę samodzielną, ambitną i dobrze sobie radzącą z wszelkimi kłopotami.

Co więcej, Stanisława często będzie wygrywać w konkurencjach typowych raczej dla silnych mężczyzn.

Michalina i Bolek oderwali się od czytania tego wielkiego słownika imion, zamknęli przykurzoną księgę . Nie bardzo wierzyli w te informacje, ale już wiedzieli, że właśnie  dziecko o takich cechach chcieliby mieć.

I oczekiwali , bardzo oczekiwali na przyjście na świat swojego potomka- pierwszego potomka……