Opowieść Sylwestrowa ( 7 )

tapeciarnia.jpgHiacyntowe pole, pewnie holenderskie . Zdjęcie z wikipedii.

 

Dzisiaj po dłuższej przerwie wracam do Opowieści Sylwestrowej. Ona już czeka , niecierpliwa, chce bym wreszcie wszystko zapisała, ryzykując , że może być to dla Was, kochani mało ciekawe i nawet nie osłodzone pikantnymi szczegółami. Takich szczegółów po prostu nie było. Tłumaczę się na wstępie, by uprzedzić Wasze ziewanie. Więc kto nie chce, niech nie czyta.

     Ale ja sobie opowiem, bo to moje. Pierwsze, najpiękniejsze, najniewinniejsze bielutkie jak śnieg zauroczenie i bardzo nieśmiałe.  Zauroczenie Tomaszem .  Z niedawną czułością Jego objęcia  i dotykiem ręki. Jeszcze zanurzone w  mroźnym  pięknie Bierutowic zaklętych w księżycowolśniący strumykowy lód….

I  taka sobie byłam w moim rodzinnym mieście,  Gorzowie , gdy za oknem  już pachniało wiosenne błoto 1965 roku.

Moje niespełna 18 lat, też pierwsze i jedyne w życiu, niedługo matura a ja wypatruję listów od Tomasza.

I któregoś dnia listonosz wsuwa przez szparę w drzwiach , specjalną, ozdobną z miłą klapką, bez skrzynki jakie  teraz widujemy, różowawą a może białą kopertę . Moje ucho jest wyczulone na takie szelesty i stukot klapki więc  wyskakuję ze swojego pokoju i biegnę przez mroczny obszerny korytarz by uprzedzić Mamę, która jeszcze wtedy była rącza. Nie mam przed Nią większych tajemnic, ale muszę być pierwsza. Pierwsza , by dotknąć tego, co być może trzymał w dłoni Tomasz….

I jest ,  jest list od tego tajemniczego chłopaka z Poznania.

Nie otwieram od razu. Ukrywam się w swoim pokoiku i pochylona nad biurkiem oglądam kopertę. Pismo na niej drobne chyba i równe. Przychodzi wzruszenie i zaraz potem zadziwienie, bo koperta pachnie. Chyba pachną jakieś  kwiaty . Niezbyt wtedy popularne w moich stronach, ale chyba znajome. Powoli  otwieram kopertę i wyjmuję z nabożeństwem pocztówkę. Chyba nikt z młodych sobie nie wyobrazi mojego zachwytu. W obecnych czasach gdzie przesyt kolorów, kształtów, faktur pocztówkowych widokówek już niewiele potrafi zachwycić. Wtedy, przed ponad pół wiekiem to było COŚ NIEZWYKŁEGO. Aksamitna w dotyku a jednak lśniąca z widoczkiem zatopionym w istnym  łanie barwnego kwiecia. To były hiacynty, pole hiacyntów. W dolnym rogu pocztówki odkryłam  niewielką  miękką niby poduszeczkę spod której  najbardziej pachniało . Zachwyt, nieustający zachwyt i oglądanie i chowanie w szufladzie i wyjmowanie z szuflady tajemne by nikt nie widział i wąchanie. Tak było. Aż wreszcie któregoś dnia weszła do pokoiku Mama i nakryła mnie gdy tkwiłam w rozmarzeniu. Pewnie i tak bym tę pocztówkę pokazała, ale teraz to nastąpiło nagle. Mama też ją podziwiała i zapytała, czy odpisałam. I wówczas sobie przypomniałam, że nie. To nieładnie. Dziewczyna dobrze wychowana odpisuje na listy. Tak pouczona, zasiadłam do dzieła.

Nie było łatwo. Bo to miał być pierwszy w życiu list do Chłopaka. Tak, wnuki kochane, wtedy pisało się listy papierowe i przeżywało te pierwsze…

I widzę siebie w dużym gorzowskim pokoju, oświetlonym słońcem wyskakującym spoza wielkich wykuszowych okien. Mieszkanie jest służbowe Taty, bo był naczelnikiem oddziału drogowego PKP, co w Gorzowie było najważniejszym stanowiskiem, ładne, przestronne. Trójskrzydłowe drzwi otwarte do sypialni rodziców . Szeroki oddech. Tutaj pianino, trzy obrazy olejne  przedwojenne, wileńskie i  dwie akwarele   namalowane przez  Tatę w 1932 roku. Rozłożysty tapczan także z mieszkania wileńskiego. To wszystko przywiozła Mama w wagonie towarowym, który był im domem przez długą podróż do wymarzonej Polski. Bo tam nastał  inny kraj, język, obcość. Poza Mamą przyjechał starszy brat- Zenon, bo Wacuś został na miejscowym cmentarzu a Tata spędzał czas wojny w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen koło Berlina…. W dużym pokoju, w którym właśnie siedzę,  poniemieckie dość ładne połyskliwe meble, duży stół centralnie ustawiony, wokół stołu krzesła. Ale pora już przestać się rozglądać , rozmyślać. Bo muszę napisać list…

Mam to w oczach, pamiętam miejsce przy tym stole, gdzie zasiadłam by odpisać Tomaszowi , podziękować za pocztówkę, jakiej nigdy nie widziałam. A ponieważ  w tym pokoju było  też jedyne w domu radio z zielonym filuternie mrugającym okiem ( takie zabytki można  obejrzeć w muzeum lub w  necie), więc słuchałam niedzielnego południowego koncertu życzeń. Muzyczka ta pewnie prymitywna ale serdeczna jest tłem i świadkiem, kiedy to piszę list do Tomasza. O czym piszę,  nie pomnę, chyba są to pretensjonalne, drętnawe wynurzenia licealistki. Pewnie coś o tych piosenkach piszę, które wydobywają się z radia.. Jak mogę o nich pisać do Chłopaka, którego światem jest Prawdziwa muzyka. Zresztą też grywam na pianinie jakieś bardziej ambitne utwory, a tu ckliwe naiwne piosenki.  Lepiej nie wiedzieć co On sobie o mnie wtedy myślał….

Gdy list w moim pojęciu dojrzał, został starannie zachomikowany w kopercie i następnego dnia uroczyście wysłany.

Wybaczcie, że wpadłam  w ten swój teraz już postpensjonarski styl, ale właśnie takie klimaty… … 

Tym pierwszym w życiu zauroczeniem porażona, chowałam swoją dość wesołą i bezpośrednią naturę pod  maską dziewczyny bardzo poważnej, bezuśmiechowej i pewnie bardzo nudnej….

I gdy tak rozmyślam nad tamtymi czasy i nad sobą, nagle słyszę głos. Spoglądam w kierunku, skąd dochodzi. Widzę tam moją Wagę, stale mi towarzyszy, a na jednej z szal siedzi człeczek i to on mówi:

Dość samobiczowania babciu, wiem, że to twoja natura i twój zawód, by analizować, rozważać, ale przecież byłaś całkiem fajną licealistką. Niebrzydką, dość zgrabną zielonooką. Sportami, recytacjami, konferansjerkami, kinem, teatrem i książkami zajętą. A że nie przeżyłaś z Tomaszem czegoś więcej, może i lepiej. To los chciał, by to co było pomiędzy wami, tak bardzo młodymi,  pozostało piękne i czyste….Słucham, lubię słuchać takich własnych wewnętrznych polemik…fajnie mi tak….

 

HiacyntyE-ogrĂłdek.jpg

.Zdjęcie z netu.. 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *