Opowieść Sylwestrowa ( 10 )

PB162212.JPG

Poznań. Widok z ul Roosvelta, z chodnika najbliższego torów kolejowych. Od prawej- kino Bałtyk , potem  początek ul . Grunwaldzkiej i dalej w lewo- tereny Targów z charakterystyczną „wszystkowidzącą „wieżą…  zdj zrobiłam w 2008r.

 

 

Tymczasem w tym samym  1965 roku, gdy doznałam pierwszego w życiu Olśnienia które pozostawiło Wielkie Zauroczenie T. , nieubłaganie zbliżała się matura. Podjęłam decyzję studiowania w Poznaniu. Chęć leczenia a co za tym idzie medycyna od wczesnych lat  mnie pociągała, pewnie częściowo z powodu chorób moich starych rodziców, bo byłam ich dzieckiem późnym powojennym. Może już urodziłam się mając w sobie  pragnienie by nieść pomoc innym. Wszak Tata lubił doradzać w sprawach medycznych ( jeśli coś nt. wiedział, bo wszak był tylko inżynierem ) ale jeśli nie to, zawsze  wykazywał empatię i wielką opiekuńczość.  

Teraz dodatkowo Akademia Medyczna nabrała kolorytu poprzez znajomość z Tomaszem, wszak był jej studentem. I oczywiście wybrałam Poznań nie tylko z powodu dobrego dojazdu, w przeciwieństwie do Szczecina i niewielkiej wprawdzie, ale znajomości tego miasta z czasów kiedy to wożono mnie do ortodonty, raczkującej wtedy specjalności. Biedny dr Święcicki, miły blondynek nabiedził się z moim zgryzem, a ja skutecznie unikałam noszenia aparatu. Nabiedzili się też rodzice, bo jednak trzeba było pociągiem z Gorzowa z przesiadką w Krzyżu spędzać w pociągu ponad 4 godziny i tyle samo z powrotem.

         Muszę się przyznać , że wybrałam Poznań, także z powodu Tomasza.

 Maturę na szczęście przefrunęłam gładko. Uczyłam się dobrze a i jej formuła po raz pierwszy była skrócona. Zamiast 7 chyba przedmiotów zdawało się tylko trzy. Polski matematyka i wybrany dodatkowy. Kamień spadł mi z serca, że odpadła historia. Nawet niektóre jej fragmenty mnie ciekawiły, ale te wszystkie królewskie koligacje itp. to był gąszcz nie do zapamiętania. No cóż, już kiedyś się przyznałam, że bozia nie obdarowała mnie talentem bycia znawcą historii. W dodatku czytając te historyczne opracowania miałam nieustanne wrażenie, że ktoś kto to zapisał, nie był obiektywny. I pomimo tego, że żył w tamtych czasach  patrzył na to wszystko swoimi oczami, bo tak w końcu jest. Bo tak naprawdę jest to co widzimy….Widzicie jak się tłumaczę , zawsze warto mieć jakieś usprawiedliwienie dla swoich niezdolności czy nieumiejętności. Łatwiej się żyje…:)

      Tuż po maturze znalazłam się w Poznaniu na kursie przygotowawczym do egzaminów na AM. ( wtedy Akademia Medyczna, teraz Uniwersytet Medyczny) . Z tego powodu  nie byłam na balu maturalnym. Wprawdzie mogłam wyskoczyć do G. ale tak naprawdę nie poszłam na ten nieszczęsny bal, bo zawiódł P. K. Gdy nauczyciele powiedzieli, że możemy kogoś zaprosić, nie polegając na szkolnych kolegach, nikogo, z którym chciałabym spędzić ten czas nie było w pobliżu. I wtedy  Mama wpadła na pomysł , by zaprosić P., syna Jej jeszcze wojennych przyjaciół . Takich na śmierć i życie. Więc czemu nie  P.?  Przecież był mi jak Brat, nigdy inaczej Go nie postrzegałam. Dużo czasu spędzaliśmy razem w czasie wspólnych rodzinnych wakacyjnych wyjazdów. Zaproszony ,  potwierdził, ale niebawem odpisał, że jakieś czynniki wyższe nie pozwalają mu opuścić Warszawy. Przełknęłam łatwo, tym bardziej że i tak nie miałam ochoty na takie imprezy. Tylko dobrze, że żadnej kreacji jeszcze nie miałam. Napisałam kreacji, i od razu się uśmiechnęłam , bo przypomniałam bal maturalny najstarszej wnuczki, a było to chyba w 2010 roku, kiedy olśniewające iście hollywodzkie suknie dziewczyn porażały. Ileż te mamuśki musiały na nie wydać kasy. Moja Weronika kupiła sobie sama ładną, stosunkowo niedrogą kieckę, którą pewnie sponsorowali dziadkowie. Wyglądała świeżo i zachwycająco.  Moja ew. „ kreacja” balowomaturalna pewnie miałaby być zwykłą sukienczyną. Więc i lepiej że nie byłam na swoim balu maturalnym.

Pewnie dlatego zapamiętałam studniówkę,. I pamiętam jakby to było dziś kolegę z klasy, R.M. , który poprosił mnie do tańca. Miał wprawdzie jarzące oczy  ale deptał po palcach. Ładny był z niego chłopak, wysoki, smukły z wielkim poczuciem humoru , błyskotliwym umysłem, lubiliśmy się na co dzień. Ale niestety taniec nam nie wychodził.  R.M.  długo potem oznajmił, że się we mnie beznadziejnie kochał, czego nijak nie widziałam. Może to go paraliżowało, a ja nie byłam na tyle ambitna, by się nim wtedy zająć, poprowadzić w tańcu. Potem sobie gdzieś poszedł….Teraz mam o to do siebie żal. Ale wtedy człek inaczej myślał. Jak mawiają, gdyby wróciły dawne czasy ale pozostało dojrzałe myślenie wszystko byłoby może inne.

Tak moje chłopaki, wnuki, pomimo tego, że teraz każdy tańczy jak chce, jeśli się nie ma tańca we krwi, warto się uczyć tzw. tańca towarzyskiego bo wtedy życie jest łatwiejsze.

Zostawiałam więc tamtego chłopaka i  wdałam się w pląsy z J.K.

Na swoich płaskoobcasowych a właściwie bezobcasowych czarnych butkach, uczepiona ramienia J.K., wyrośniętego już z licealnego pierwszoklasowgo małego tłuścioszka mknęłam chyżo po obwodzie parkietu aż falowała moja plisowana spódnica i pewnie młodzieńczym potem znaczyła się biała bluzka.  Nie wiem czy ktoś z młodych teraz wie jak wyglądała taka spódnica. Może wie, nie wiem, ale jakoś nie widuję takich obfitych gęsto zebranych w pasie materii zaprasowanej w równe drobne fałdki.

Nt. potu jeszcze jedno. Otóż , wyobraźcie sobie moi młodzi, że w naszych młodzieńczych czasach nie były nam znane  dezodoranty. Człek się tylko mył, potem w celu zahamowania wydzielania potu ( bo przecież nie dla zapachowego odświeżania, bo mydło wtedy chyba śmierdziało)  pocierał pachy tymże mydłem . Wtedy też nie goliło się włosów pod pachami

( nie było tej wysoce higienicznej mody). Nie goliłyśmy też nóg,  co upodobniało nas do sarenek. I tu odezwał się bardzo stary , brodaty i posiwiały już  Kawał właśnie z czasów gdy przyszła moda na likwidowanie owłosienia w miejscach widocznych i niewidocznych , poza głową oczywiście. Kawał mówił tak :” -Pani ma nóżki jak sarenka.- Z powodu że zgrabne ?- Nie, z powodu, że owłosione.”  Miałyśmy więc nóżki sarnie, chociaż zdecydowanie mniej owłosione na szczęście. Ale na pewno zgrabne.. Teraz czytam z niejakim zdziwieniem, że  znane nawet w  świecie aktorki czy celebrytki, postanawiają nie usuwać żadnych włosów z własnego ciała. . Chcą powrotu do natury. Może więc nasze czasy, pachowoowłosione ,  nieśmiało wrócą. Nie jestem przekonana że tak się stanie. I raczej nie chcę….  

     Pogadałam, bo miła Z.Cz., pomimo że trochę ode mnie młodsza w komentarzu napisała, że chce takich obrazków ze wspólnych czasów…i ja je przywołuję z przyjemnością. Tamto gorzowskie, zawarciańskie LO, duża sala z podestem i fortepianem jakąś muzyką, której zupełnie nie zapamiętałam ,  przyjemnością, że nie sieję pietruszki i powiewem znad naszych pach. Bo i chłopaki pociły się niemiłosiernie….Tak było, kochani….

    Podawszy te tematy oboczne wprawdzie, ale wprowadzające w klimat naszych lat 60 ubiegłego wieku, wracam do poznańskiego kursu przygotowawczego na egzaminy w AM, którego byłam uczestniczką w tym 1965 r.   Kochałam Poznań , to miasto było już częściowo obłaskawione z powodu wcześniejszych moich tam bytności. Ale dopiero teraz głębiej i szerzej zaglądałam  poza ścisłe Centrum miasta, w obrębie którego  poruszaliśmy się z rodzicami wcześniej. Więcej się dowiadywałam, otwierałam szeroko oczy na świat, świadomie, często krytycznie .

A Poznań był w owych czasach miastem niezwykłym, jedynym takim wśród innych szaroprzaśnych. Może miasta portowe były mu równe, nie wiem, bo chyba wtedy nie bywałam w Trójmieście, czy Szczecinie. To tu , w Poznaniu odbywały się słynne Targi, które były otwartym  oknem na  Wielki Świat skąd wiał wiatr świeży i jasny. Gdy odbywały się owe słynne Targi, nagle przybywały wielkie tłumy  ludzi. Większość mówiła w nieznanych nam, nierozpoznawalnych nawet językach. Byli inaczej niż my ubrani, mieli piękniejsze cery i zadbane lśniące włosy , jasne, radosne, przyjazne oczy . A na parkingach i przy ulicach przylepiały się nigdy nie widywane wytworne samochody.

Ale nawet poza czasem Targów, miasto było piękne, dobrze „wywietrzone „ ze starego zaściankowego kurzu, zawsze pachnące czystością i świeżością pomimo tego, że dostojne  monumentalnokamienicowe.

    Dla mnie, nieodrodnej córki kolejarza,  dodatkowym urokiem było urocze  przecięcie Poznania na pół przez tory kolejowe biegnące poprzecznie od wschodu na zachód . Gdy się najeżdżało pociągiem od strony Krzyża, stacji przesiadkowej z Gorzowa, po lewej pobliskie ciemnoszare jakby omszałe budynki Uniwersyteckie zapierały dech. Zawsze tak miałam, wypatrywałam ich , niezależnie od liczby przyjazdów do tego miasta. Potem był okazały dworzec kolejowy i marsze ulicą biegnącą dołem  w stronę Uniwersytetu  albo wysoką Roosvelta, zdobywaną przez wspinanie na schody wiaduktu.  Ulica ta dalej biegła wzdłuż torów. Magiczne jest to zespolenie miasta i moich ukochanych torów z pociągami pędzącymi w świat daleki. Geny Taty tu ożywały i czułam jak we mnie pulsują. Zawsze tak jest.

     Gdy przybyłam  na wspomniany już kurs przygotowawczy do egzaminów na AM ,  ulokowano nas na Winogradach. Chyba dopiero wtedy zauważyłam piękne wzgórza wypiętrzające się nad miastem a na nich osiedle.  Jadąc w tamtą stronę, zwykle tramwajem. mijało się mroczną Cytadelę. Oj, jakie skojarzenia przychodziły z samą już nazwą. Tramwaj się wspinał  wolno na zbocza wzgórz, trasa była tak malownicza, że mam ją jeszcze w oczach. Pięknie są położone te poznańskie Winogrady. I nawet rozrzucone na szczycie wzgórz niewysokie ale klockowate budynki Akademii Rolniczej nie szpeciły. To właśnie tam byliśmy zakwaterowani a zajęcia odbywały się nie wiem gdzie. Pewnie poniżej, w obiektach  Akademii Medycznej . Tak, jednak tam, teraz widzę jasno. Jak miło wysilać umysł, by coś wydobyć z jego zda się zamkniętego wnętrza….

     Pomimo panującego pomiędzy nami chłodu czy tylko milczenia, jednak spotykaliśmy się z T. Niestety z rozpędu użyłam liczby mnogiej, chociaż te dwa kolejne spotkania  to już liczba mnoga, prawda? To było nasze przedostatnie spotkanie, o czym jeszcze nie wiedziałam.

Umówiliśmy się, pewnie jak zwykle listownie via mój adres gorzowski na spotkanie w Poznaniu . Przypominam nieustannie, że wtedy, w tym 1965 r,  telefony były rzadkością , a Internet  i smartony nieznane. Wy, młodzi z pierwszej połowy XXI wieku nie możecie sobie wyobrazić, że tak może być. Urodziliście  się z komórkami w dłoniach i jakże inny jest Wasz świat. Ale nasz tamten, młodzieńczy też był piękny, szczególnie oglądany z perspektywy łaskawego czasu który zatarł to co nieprzyjemne a ocalił piękno. Miło tak wspominać….

     Oglądam teraz  zdjęcie , które zrobiłam  w 2008 r,, bez statywu więc nieco pofałdowane światłami, ale dla mnie miłe. Wtedy to  korzystając z jakiegoś kongresu pediatrycznego w Poznaniu urozmaiciłam go podróżą sentymentalną. Na tym zdjęciu  po lewej widać wieżę Targów Poznańskich po prawej kino Bałtyk z barem  na rogu, gdzie czasami chodziłyśmy z Moniką na piwo, gdy już byłam studentką. Napisałam z rozpędu, że czasami, pewnie byłyśmy tam ze dwa razy, gdy chciałyśmy podkreślić swoją osiemnastoletnią dorosłość niezależność, fantazję i pozorne umiłowanie bylejakości. Monika, rodowita poznanianka, była wtedy moim guru i miała fantazję którą mnie zarażała. Więc szłyśmy na piwo śmiejąc się, że siedzimy w drugim rzędzie za plecami stałych rezydentów baru ( można sobie wyobrazić jakich, bo niewiele się różnili od obecnych) . Może to nie śmieszne, ale nas to bawiło, że jesteśmy takie cool ( jakby teraz nas nazwali młodzi). Ot, taka fantazja, taki  szpan ( określenia z naszych czasów). W tym samym kompleksie budynków gdzie Bałtyk, tylko już przy Grunwaldzkiej mieścił się mój ukochany od dzieciństwa sklep z ołówkami Koh-i-Noor, których zapach czuję nadal…

       I właśnie w tym miejscu, gdzie  Roosvelta z Grunwaldzką się wita mieliśmy wyznaczone z T. spotkanie.  To tu wysiadłam z pięknego zielonego tramwaju, którym to sfrunęłam z Winogradów i przeszłam na stronę gdzie Targi, które właśnie się odbywały.  Jakoś nie przypominam sobie innego uczucia, np. zazdrości, że ludzie tak mają, tylko radość, że ich oglądam , pewnie też zadziwienie , że są kolorowymi zagranicznikami ( tak się mówiło na wszystkich, którzy mieszkali za granicami naszego kraju,  szczelnie zamkniętego- niewyobrażalne dla Was młodych, prawda? te zamknięte granice- lepiej żebyście się nigdy nie dowiedzieli).

…Ale tym razem było inaczej. Cały ten barwny świat się rozmył, był tylko niewyraźnym tłem, wydało się, że ulica jest pusta a na niej tylko moje Wyczekiwanie, oczekiwanie na spotkanie z T..

Umyłam się starannie, wyczesałam . Włoski  półdługie, równo obcięte nosiłam i  były już   symetrycznie  rozłożone od środka skąd spływały naturalnymi falami.  ( teraz mi przyszło porównanie ze spanielem,  ale przecież spanielki są urocze, prawda?).  Pomimo, że włosy miałam ciemne z natury,  od pewnego czasu namiętnie je brązowiłam korą dębową i dosmaczałam  zapachem tataraku. Wtedy pewnie były  na rynku jakieś farby, ale ja uwielbiałam zanurzać głowę w misce napełnionej wywarem z tych roślin .

Jeszcze wtedy nie było popularne jak teraz, noszenie w mieście spodni, chyba że wycieczkowo, więc spódnicę z jedną fałdą brązową założyłam i pewnie tę samą co w czasie poprzedniego poznańskiego spotkania z T. bluzkę z mięciutkiego weluru , leciutko zbluzowaną z delikatnym jedwabistym ściągaczem dość wysoko na biodrach. Miała kolor rozbielonego kogla- mogla. W dolny narożnik trójkątnego dekoltu bluzki wpisywał się znakomicie niewielki wisiorek. Był piękny. Jak dobrze, że wszystko opisuję, bo dopiero teraz wydobyłam go z pamięci.  Otrzymałam go od przyjaciółki Mamy. Był tam orzech włoski pozbawiony skorupy, pomalowany na brąz i zamknięty w delikatnej obudowie z dwóch paseczków miedzianych, wszystko zawieszone na miedzianym łańcuszku. Może nie miedzianym, bo nie brudził skóry, jak to ma w zwyczaju miedź.

     Tak więc czułam się „ światowa”, taka jak tamci ze zgniłego Zachodu. Tu przypomniałam sobie opowieść mojej ukochanej Pani Profesor Wyszyńskiej. Gdy wracała z jakiegoś zjazdu, wtedy tylko ona wyjeżdżała za granicę, pytali ją jak tam zgniły Zachód. Odpowiadała, że gnije, owszem gnije ale jak pięknie pachnie. To nie żarty, ale w naszych czasach komunistycznych mawiało się : był na zgniłym Zachodzie. Tym się różniliśmy, musieliśmy się jakoś  różnić , bo wg propagandy ówczesnej byliśmy po prostu lepsi. W żadnym razie nie  „ gnijący”. To oni „gnili” .  Propaganda , zniekształcanie rzeczywistości, tendencyjne zakłamywanie,  pranie mózgów to była domena komunistycznego „ wychowania”. Straszliwy czas przyszedł, że teraz wraca z nachalnością zdwojoną. Strach się bać. Bezsilność z mdłościami….

      Może czułam się” światowa” idąc na spotkanie z  T. chociaż podejrzewam, że bardziej  nieświadoma własnego uroku, bo któż nie jest uroczy w niepełnej 18 wiośnie życia, przemaszerowałam z przystanku zielonego tramwaju na tę stronę Grunwaldzkiej, gdzie Targi.

Tam się umówiłam z T.

Chyba nie czekałam długo, bo wkrótce nadszedł. Do tej pory widzę jak idzie swoimi dużymi spokojnymi krokami od Roosvelta . Smukła, jakby samotna stale, sylwetka z czarną gładko uczesaną czupryną zawijającą się nieco nad czołem. Był wytworny, nie wiem co miał na sobie w czasie poprzedniego spotkania, ale teraz wpadłam w zachwyt.  I wtedy wszystko co napisałam poprzednio nagle zbladło, cały ten dookolny światowy blichtr .

T. był urodziwy, przystojny, ale teraz widziałam tylko Jego marynarkę.  Od razu spostrzegłam, że ją wcześniej już zdjął , bo ciepło czerwcowe panowało ,  i zawiesił, nie zarzucił tylko zawiesił tylko na jednym ,  lewym ramieniu. Patrzyłam i wpatrywałam na to zjawisko, styl myśląc pewnie lub nie myśląc wtedy, ale myśląc teraz : Elegancja francja, albo angielski luz, nonszalancja i niedbałość w jednym . To było znakomite. Tym bardziej, że nigdy przedtem nie widziałam nikogo, kto tak by nosił  marynarkę. Zarzuconą na dwa ramiona, to i owszem, ale na jedno?

Tak bardzo mi się to spodobało, do tego stopnia spodobało , że od tej pory zaczęłam uwielbiać duże marynarki takie unisex i gdy zdejmowałam,  uwielbiałam zawieszać je  niedbale na jednym ramieniu. Śmieszne, prawda? Zresztą muszę przyznać , że takie marynarki nadal uwielbiam, ale już dawno nie zarzucałam na jedno ramię. Jak dobrze, że sobie o tym przypomniałam.:), muszę się poprawić i wrócić do tej mody, którą mnie zaraził T. albo nie wrócić 🙂

   Wreszcie T. do mnie podszedł, pewnie nie zauważył zachwytu i właściwej przyczyny tego zachwytu.  Bo mój zachwyt był niemy, zatrzymałam go w środku, by dopiero teraz o nim , tamtym sprzed półwiecza, napisać . Wreszcie napisać.

I na tej szerokiej pięknej ulicy, gdzie zielone tramwaje ją ozdabiały i zagraniczne samochody było nasze spotkanie i Jego propozycja byśmy poszli do jego domu. Byłam ufnym dziewczęciem. Zresztą byłam w Niego wpatrzona , był mi jak duce . Myślę teraz, że chyba jednak wspomniał, o tym że w domu  jest Jego Siostra, więc pewnie to dodało mi animuszu. Jak tam było naprawdę , można jedynie snuć przypuszczenia, ale faktem jest że się zgodziłam i tak powoli jak zwykle zmierzaliśmy w kierunku gdzie mieszkał.

A mieszkał niedaleko, dobrze pamiętam tę niewielką, kameralnie położoną ulicę i dużą piękną starą kamienicę . Oczywiście teraz pewnie bym jej nie poznała, bo może obraz który jest we mnie ubarwiłam i jakoś przekształciłam. Wydaje mi się, że weszliśmy na  1 piętro po czym w prawo . przez bardzo wysokie drzwi do mieszkania.  

Siostra okazała się przemiłą dziewczyną, wyluzowaną pogodną i uśmiechniętą.

Od razu poczułam jak opuszcza mnie iście kościelne nabożeństwo i staję się zwykła. Przysiadłyśmy na jakiejś kanapie ustawionej po lewej stronie pokoju i gadałyśmy . Nie wiem o czym, ale mile wspominam tę dziewczynę. Tomasz najpierw stał nieopodal, opierając się o stół tylko się nam przypatrywał. Nic nie mówił, zresztą pewnie nie dałyśmy Mu żadnej szansy. Bo kto ma szansę by coś wtrącić, gdy gadają dziewczyny?  Innych mebli, poza stołem i kanapą nie pamiętam. Teraz żałuję, że się nie rozejrzałam,  bo pewnie były tam piękne stare poznańskie meble, ale byłam dziewczyną a nie starą babcią jak teraz. No, niezupełnie starą , ale babcią J. Po chwili T. chyba się znudził i gdzieś wyszedł. Wspomniałam Jego siostrze, że dostałam od Niego piękną pachnącą hiacyntową pocztówkę . Odparowała, że należała do niej, a brat  zabrał. Od razu odparłam  że ją odeślę bo byłam honorowa. Momentu, kiedy tę moją ukochaną już pocztówkę wysyłałam z Gorzowa, nie pomnę. Ale na pewno tak od razu postanowiłam.

Po pewnym czasie wrócił T. , wyszliśmy i chyba nie odprowadzał, a może odprowadzał na przystanek tramwajowy.  Pożegnania nie pamiętam, pewnie było zwykłe do widzenia, czy jakoś tak. I sobie poszedł.

Po chwili stał się tłem jak cały ten tłum a mnie pożarł zielony tramwaj i powiózł na równie zielone Winogrady….

 

PB162212.JPG

 Jeszcze raz to samo zdj z czołówki. Bo je lubię…..

Opowieść Sylwestrowa ( 9 )

 

 

Turlo-Elzbieta-Malgorzata-Buty_billboard.jpg 

Z netu- Turlo Elżbieta Małgorzata buty billboard. Jedyne jakie znalazłam podobnie klimatyczne, ale moje były zupełnie inne.

 

 

Już niedługo koniec tej Opowieści. Jeszcze ten wpis i co najwyżej dwa.

Jeśli Ktoś nie pamięta, albo nie czytał  poprzednich to króciutko przypomnę. Ale czy można opowiedzieć w skrócie o moim Pierwszym Wielkim Zauroczeniu w zaczarowanych zimą Bierutowicach? Nie da się. Więc więcej nie będzie…..

 

Tomasz mieszkał w Poznaniu. Ja w moim Gorzowie i pomimo tego, że wielkimi krokami zbliżała się matura, jak zwykle pojechaliśmy z Rodzicami do kuzynki i jej wspaniałej rodzinki na imieniny Józia. Ponieważ mieszkali w Poznaniu, była okazja spotkania się  z T. Umówiliśmy się więc listownie, pocztowo….tak tak, Młodzi, telefony kablowe były rzadkością a komórki i internet nieznany….

Był kwiecień  1965 roku , jeszcze czuję zapach oddychającej ziemi , ukochany do tej pory zapach wiosennego błota. 

I oto spacerowałam wzdłuż koszarowego muru ul. Ułańskiej czekając na T.

Widziałam jak nadchodzi od strony Grunwaldzkiej. Ułańska była pusta, więc  smukła sylwetka z czarnymi włosami wydawała mi się z jakoś dziwnie samotna i daleka. Potem już było lepiej, uśmiech znany , trochę powściągliwy, urok szczupłej  twarzy i wielkie zielone  wykrojone podłużnie oczy bystre i wyraziste… Nasze powitanie opisałam poprzednio, więc nie będę się powtarzać . Było raczej chłodne….

 Teraz usiłuję zrozumieć dlaczego . Może T. był tylko nieśmiały ale jest  wysoce prawdopodobne, że po prostu Mu się nie spodobałam, gdy tak spacerowałam pod murem ul. Ułańskiej.  

Przecież dziewczęcy urok schowałam w swojej nieśmiałości , ubrana byłam byle jak, a o uczesaniu nie wspomnę, bo już było o tym dużo. Nie mogłam się podobać i tyle. Byłam też pewnie poważnie drętwa, a może jednak się uśmiechałam? Nie wiem i  już  nigdy się  nie dowiem jak ocenił mnie wtedy T….

Zaproponował,  byśmy poszli do kawiarni. Zgodziłam się bezszmerowo, bo ten Chłopak mnie onieśmielał, był światowcem , w końcu z chórem Kurczewskiego bywał za granicą , co w tamtych czasach nie wszystkim było  dane, mieszkał w dużym mieście jakim jawił mi się Poznań.

A ja byłam gorzowską zieloną kurką. Nie wiem, czy się przejęłam tym , że będę drugi raz w życiu w kawiarni i to z T.  Raczej nie, pewnie mi się to spodobało, że coś fajnego zaplanował , że nie będziemy tak po prostu „szlifowali bruków”( to wtedy popularne określenie).  Do tej pory w kawiarni byłam tylko  jeden raz kiedy to zastępująca wychowawcę pani Majchrzycka ( uosobienie elegancji)  widząc naszą nieporadność zorganizowała klasowe wyjście do nieistniejącej już dziś gorzowskiej  Wenecji. Wyobraźcie sobie, kochani , że poszłam tam przebrana w …. mundurek szkolny. Miałam wtedy  15, może 16  lat . Potem długo nie było zwyczajów chodzenia do kawiarni, albo ja po prostu nie chodziłam. Jedynym „ lokalem” w którym bywałam w Poznaniu był bar mleczny położony nieopodal Okrąglaka. Przyjeżdżaliśmy  z Tatą albo Mamą  do ortodonty, który usiłował wyprostować mi zęby  i poprawić zgryz. Dla mnie wówczas głównymi atrakcjami  był sklep przy Grunwaldzkiej z pachnącymi kolorowymi ołówkami Koh-i-Noor oraz bar przy Okrąglaku ze smakowitymi  ruskimi.  Gdy po bardzo wielu latach, będąc w Poznaniu na jakimś kongresie odwiedziłam stare kąty  z rozrzewnieniem zauważyłam, że ten bar nadal istnieje. .

     A teraz, tej niepowtarzalnej bo jedynej w życiu wiosny 1965 roku , wędrowałam z T. do kawiarni . Szliśmy  obok siebie w przyzwoitej odległości , bo jak już pisałam, w tamtych czasach nikt się nie obejmował na ulicy. Ciekawe jak by było gdybyśmy byli współczesną parą młodych ludzi. Czy T. miałby ochotę mnie objąć, ale może ja bym Go sprowokowała?

Nie wiem, ale wtedy ja nie i On nie.

Szedł swoim spokojnym dużym krokiem, górował wzrostem, więc nie wiem czy w ogóle na mnie patrzył ale i ja nie zadzierałam głowy. Bo dreptałam obok Niego, wpatrując się w płyty chodnikowe,  by nie wpaść obcasem w  przestrzenie pomiędzy nimi. Nie założyłam wtedy pantofli na zupełnie płaskiej podeszwie, w których balowałam na niedawnej studniówce. Miałam kompleks wzrostu, ze swoimi wtedy 165 cm, górowałam nad większością kolegów z LO. Wiedząc że T. jest znacznie wyższy ode mnie, chyba wdziałam na nogi swoje  pierwsze nibyszpilki. Były zakupione w małym gorzowskim sklepiku przy ul.  obecnej Sikorskiego. Do tej pory dobrze pamiętam ten sklepik i jego zapach. Bardzo lubiłam te moje butki bo były śliczne i miłe. Uszyte z brązowego miękkiego  zamszu, miały długie nosy i sznurowanie z przodu. Poza tym miały zadziwiające obcasy. Wypatruję takich na ulicach, ale pomimo tego, że moda wraca, na razie takie obcasy nie wróciły. Moje tamte były do połowy pokryte  takim samym jak wierzch zamszem a od połowy żółtometalowe, poszerzające się nieco na samym dole. Szukałam w necie zdjęć podobnych, ale nie znalazłam. Jedynie jakieś zbliżone w klimacie, ale zupełnie inne. Szkoda, że w tamtych czasach nie było tak popularne fotografowanie. Nie było cyfrówek, smartfonów, co dla młodych jest niewyobrażalne.

     I tak sobie szliśmy tą poznańską uliczką Ułańską wzdłuż koszarowego muru. Aż wreszcie mur się skończył i wyszliśmy na Grunwaldzką, która wydawała mi się wielka i bardzo bardzo szeroka. Musieliśmy ją przekroczyć , by dotrzeć do kawiarni położonej prawie naprzeciwko, tylko trochę bliżej  Junikowa. W tamtych czasach były jakieś oznakowane przejścia, np. przy skrzyżowaniu Grunwaldzkiej i Roosvelta , ale o malowanych na jezdni zebrach nikt nie słyszał. Więc przekroczyliśmy tę szeroką ulicę idąc w lewo na ukos i dotarliśmy do kawiarni. Mam ją w oczach, ale  nazwy  nijak nie mogłam  wygrzebać z pamięci.  Szkoda, że nazwy nie zapamiętałam, a przecież widywałam ją potem często, jeżdżąc tramwajem na Junikowo, gdzie mieszkałam z koleżanką, będąc już na drugim roku studiów. Często przechodziłam obok niej, bo i piesze trasy uwielbiałam. Zapytałam teraz na fb syna kuzynki, Tadeusza i odpowiedział, że nazywała się  Prasowa.  

    Kawiarnia jaśniała z daleka, w środku była  obszerna i  pustawa z maleńkimi okrągłymi stolikami. Była też  napełniona muzyką. Usiedliśmy nie pod oknem, jak teraz najbardziej lubię, a  raczej bliżej środka, mam to miejsce zapisane w oczach. T. zaproponował ciastko i kawę. Ciastko nosiło nazwę torcik bambino. Czy tylko smak tego ciastka zdecydował, czy jakaś ukryta treść w jego nazwie? Bo przecież bambino to kochanie albo jak kto woli dziecko. Teraz bym się zastanawiała, ale nie przedtem. .

Była więc kawa i było ciastko a On milczał i ja milczałam.

W pewnej chwili T. jednak się odezwał, wskazując na narożnik sali : Popatrz i posłuchaj. Muzykę słyszałam już od momentu wejścia, ale teraz popatrzyłam . Instrument na którym grał pan w tej kawiarni był niewielki, z przewodem biegnącym po ziemi do  kontaktu elektrycznego . Wypływały z niego  dźwięki podobne do brzmień pianina i jednocześnie organów kościelnych, ale bardziej miękkie i rozczulające. Bliskie niebiańskim.  Kontynuowałam więc oglądanie i słuchanie, a T. objaśnił, że są to  organy Hammonda…

W tamtych czasach znałam jedynie moje tradycyjne pianino, fortepian widziałam  a także katedralną gorzowską fisharmonię, na której pedałując zawzięcie grałam kolędy a chórek dziewcząt śpiewał . Nie dziwcie się, że napisałam pedałując. Bez tego działania instrument był niemy. W dość krótkim czasie posiadłam umiejętność rozdwojenia czynności. Nogi rytmicznie ugniatały pedały a w innym rytmie dłonie wygrywały to co miały wygrywać.   Ponadto raz grałam w kościele w Rokitnie na prawdziwych organach towarzysząc owemu chórkowi. Ale organy Hammonda widziałam i słyszałam po raz pierwszy w życiu.

…. szkoda, że za mało przebywaliśmy  razem, bo  pewnie dowiedziałabym się o wielu innych sprawach. Tyle wiedział. Dowiedziałam się od Niego o chórze Kurczewskiego w którym śpiewał  ( śledziłam potem losy tego chóru i przykrość  z powodu następcy p. Kurczewskiego – twórcy i  wieloletniego opiekuna. Jakaś z tego powodu smuta).  W Bierutowicach, na tamtym sylwestrowym parkiecie, po moim nosowym krwotoku, co już opisałam poprzednio,  Tomasz cierpliwie  uczył mnie kroków tańca ( które do dziś powtórzę ), podając wtedy nazwę  lipsi ( niestety nie mogę jej znaleźć w internetowej wszechnicy a może źle tę nazwę usłyszałam i zapamiętałam ), a teraz pokazał ten instrument.

      Teraz jednak stwierdzam, że jednak nie było pomiędzy nami zupełnego milczenia. Pewnie  T. usiłował mnie otworzyć, poszerzyć moje horyzonty, ale chyba  trafiał na drewienko tylko nieco ociosane, ( jakim byłam) , a na więcej edukacji nie było czasu. Tak , zdecydowanie było za mało wspólnego czasu. Trochę żal, ale to se ne vrati, jak mawiają Czesi.

    Od tamtej pory od tego wiosennego Poznania 1965 roku,  od kawiarni Prasowej i T. w niej , gdy słyszę organy Hammonda, a nawet inne organy elektroniczne, przychodzi tamto spotkanie, kawiarnia i tamta muzyka. I tamta dziewczyna, której już nie ma, zielona, nieokrzesana, nieśmiała i nieatrakcyjna….

…i oto po ponad 40 latach przerwy  zaczęłam grać, koślawo bo koślawo, ale grać. Wyjechałam z G. a moje pianino tam zostało . Mieliśmy za małe mieszkanie na Żoliborzu by cokolwiek tam jeszcze wstawiać, więc pianino wraz ze zgromadzonymi w wielkiej liczbie zeszytami nut  powędrowało dalej. Przez następne dziesięciolecia całe moje granie poszło w zapomnienie, nie potrafiłam nawet  pomagać moim dzieciakom które  w czasie edukacji wczesnoszkolnej piłowały obowiązkowy flet czy cymbałki. 

I przyszedł taki dzień, było to  kilka lat temu  gdy M. wymyślił, by kupić do naszego już teraz 10 letniego domku w Michałowicach pianino. Było dużo miejsca na poddaszu, bo zostawiliśmy otwartą przestrzeń, więc zgodziłam się bez oporów. Szybko rozwiązaliśmy problem , czy ma być tradycyjne pianino ( okazało się za drogie), czy elektroniczny instrument grający. I wkrótce przybyła Yamaha i jest do tej pory. M. raczej nie spodziewał się, że do mnie wróci granie, myślał  o wnukach. Ale do mnie coś jednak zaczęło wracać. Jakieś mgliste  echa z dzieciństwa przychodziły gdy patrzyłam na klawiaturę . I wreszcie zasiadłam, uprzednio zakupując nuty dla raczkujących. I te sonatiny, etiudy,  Strauss,  uproszczony Chopin, Beethoven,  Mozart a także  oczi cziornyje i wiele wiele innych utworów kiedyś tak bliskich to wszystko przemówiło. I nagle jasność przyszła znaczenia tych nut i umiejętność dotykania tych klawiszy które dyktowały nuty i wszystko stało się proste. I cud się stał, dla mnie to cud. Koleżanka Joasia , gdy jej o tym opowiedziałam wspomniała, że jeden jej  pacjent tak miał i wkrótce okazało się, że to „tylko”  guz mózgu. Przyznam, że poczułam się nieswojo , potem zapomniałam, ale teraz  gdy o tym piszę,  wróciło. Jak na razie mam się dobrze. Minęło kilka dobrych lat a ja sobie gram gdy tylko mam ochotę, wprawdzie z wprawą ucznia może 3 klasy szkoły muzycznej podstawowej, ale gram i mam się dobrzeJ

Tylko czasem włączam opcję elektrycznoorganową, bo można wybierać odpowiedni przycisk i bywa, że wtedy wraca zapach tamtego czasu gdy wiosna 1965 r. dojrzewała a ja z nią. I jestem w tamtej kawiarni, gdzie zostawiliśmy swój niewidoczny ślad.

T. i ja i wspomnienie  naszej młodości bezsłownej …

      Nasze kawiarniane  spotkanie z T.  chyba nie trwało długo.  Odprowadził pod dom kuzynostwa i pożegnał tak jak przywitał oficjalnie i beznamiętnie. Ja też nie wykonałam żadnego gestu, przytulenia, czy jakoś tak. Przecież mogłam, ale wtedy nie wypadało , to On  powinien wykazywać inicjatywę. Okropne  były nasze czasy, dziewczyny siały pietruszkę – pewnie nie wiecie co to znaczy- to znaczy, że na zabawach siedziały pod ścianą i czekały, aż chłopak poprosi je do tańca. Jeśli nie poprosił to mówiono o nich,  że sieją pietruszkę. Jasne? Niejasne? Ale na pewno dla Was, wnuki moje, niezrozumiałe.

Oj, gdyby nasze zauroczenie przyszło do nas teraz i w dodatku mielibyśmy tyle lat ile wtedy,  wszystko mogłoby być inne.  Pewnie dobrze, że było tak jak było . Bo było pięknie  i wspomnienia tamtego są niewinne i czyste. Jak śnieżny  krajobraz gór śpiących nad spływającymi w dół  Bierutowicami . Jak   poświata pełni księżyca i w zimne światło gwiazd szeroko rozsianych nad naszym niebem. ….

 ….przez długie lata Tomasz czasem , bardzo rzadko się zjawiał się w myślach. Potem pożegnałam się z tym wspomnieniem, bo nie było czasu na oglądanie się wstecz.

Teraz przyszedł czas wolny i wróciło tamto, zda się trwale w centrum Wielkiego Piękna zamknięte…wróciło jak żywe, tylko nas już nie ma…

Wybaczcie tę ostatnią ckliwą nutę, pewnie znowu organy Hammonda usłyszałam, ale ogólnie jest dobrze. Jest bardzo dobrze, że nas to spotkało….

 

 

 

KościółPw.ŚwDucha w Krobi, www.fluidi.jpg

 

Zdj z netu. Stara fisharmonia w kościele w Krobi. Na podobnej grałam w Gorzowie.

 

1,23.JPG

Sześć lat temu gramy z Wiktorem…

 

hammond.jpg

 

Zdj z netu.

 

 

 

 

Opowieść Sylwestrowa ( 7 )

tapeciarnia.jpgHiacyntowe pole, pewnie holenderskie . Zdjęcie z wikipedii.

 

Dzisiaj po dłuższej przerwie wracam do Opowieści Sylwestrowej. Ona już czeka , niecierpliwa, chce bym wreszcie wszystko zapisała, ryzykując , że może być to dla Was, kochani mało ciekawe i nawet nie osłodzone pikantnymi szczegółami. Takich szczegółów po prostu nie było. Tłumaczę się na wstępie, by uprzedzić Wasze ziewanie. Więc kto nie chce, niech nie czyta.

     Ale ja sobie opowiem, bo to moje. Pierwsze, najpiękniejsze, najniewinniejsze bielutkie jak śnieg zauroczenie i bardzo nieśmiałe.  Zauroczenie Tomaszem .  Z niedawną czułością Jego objęcia  i dotykiem ręki. Jeszcze zanurzone w  mroźnym  pięknie Bierutowic zaklętych w księżycowolśniący strumykowy lód….

I  taka sobie byłam w moim rodzinnym mieście,  Gorzowie , gdy za oknem  już pachniało wiosenne błoto 1965 roku.

Moje niespełna 18 lat, też pierwsze i jedyne w życiu, niedługo matura a ja wypatruję listów od Tomasza.

I któregoś dnia listonosz wsuwa przez szparę w drzwiach , specjalną, ozdobną z miłą klapką, bez skrzynki jakie  teraz widujemy, różowawą a może białą kopertę . Moje ucho jest wyczulone na takie szelesty i stukot klapki więc  wyskakuję ze swojego pokoju i biegnę przez mroczny obszerny korytarz by uprzedzić Mamę, która jeszcze wtedy była rącza. Nie mam przed Nią większych tajemnic, ale muszę być pierwsza. Pierwsza , by dotknąć tego, co być może trzymał w dłoni Tomasz….

I jest ,  jest list od tego tajemniczego chłopaka z Poznania.

Nie otwieram od razu. Ukrywam się w swoim pokoiku i pochylona nad biurkiem oglądam kopertę. Pismo na niej drobne chyba i równe. Przychodzi wzruszenie i zaraz potem zadziwienie, bo koperta pachnie. Chyba pachną jakieś  kwiaty . Niezbyt wtedy popularne w moich stronach, ale chyba znajome. Powoli  otwieram kopertę i wyjmuję z nabożeństwem pocztówkę. Chyba nikt z młodych sobie nie wyobrazi mojego zachwytu. W obecnych czasach gdzie przesyt kolorów, kształtów, faktur pocztówkowych widokówek już niewiele potrafi zachwycić. Wtedy, przed ponad pół wiekiem to było COŚ NIEZWYKŁEGO. Aksamitna w dotyku a jednak lśniąca z widoczkiem zatopionym w istnym  łanie barwnego kwiecia. To były hiacynty, pole hiacyntów. W dolnym rogu pocztówki odkryłam  niewielką  miękką niby poduszeczkę spod której  najbardziej pachniało . Zachwyt, nieustający zachwyt i oglądanie i chowanie w szufladzie i wyjmowanie z szuflady tajemne by nikt nie widział i wąchanie. Tak było. Aż wreszcie któregoś dnia weszła do pokoiku Mama i nakryła mnie gdy tkwiłam w rozmarzeniu. Pewnie i tak bym tę pocztówkę pokazała, ale teraz to nastąpiło nagle. Mama też ją podziwiała i zapytała, czy odpisałam. I wówczas sobie przypomniałam, że nie. To nieładnie. Dziewczyna dobrze wychowana odpisuje na listy. Tak pouczona, zasiadłam do dzieła.

Nie było łatwo. Bo to miał być pierwszy w życiu list do Chłopaka. Tak, wnuki kochane, wtedy pisało się listy papierowe i przeżywało te pierwsze…

I widzę siebie w dużym gorzowskim pokoju, oświetlonym słońcem wyskakującym spoza wielkich wykuszowych okien. Mieszkanie jest służbowe Taty, bo był naczelnikiem oddziału drogowego PKP, co w Gorzowie było najważniejszym stanowiskiem, ładne, przestronne. Trójskrzydłowe drzwi otwarte do sypialni rodziców . Szeroki oddech. Tutaj pianino, trzy obrazy olejne  przedwojenne, wileńskie i  dwie akwarele   namalowane przez  Tatę w 1932 roku. Rozłożysty tapczan także z mieszkania wileńskiego. To wszystko przywiozła Mama w wagonie towarowym, który był im domem przez długą podróż do wymarzonej Polski. Bo tam nastał  inny kraj, język, obcość. Poza Mamą przyjechał starszy brat- Zenon, bo Wacuś został na miejscowym cmentarzu a Tata spędzał czas wojny w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen koło Berlina…. W dużym pokoju, w którym właśnie siedzę,  poniemieckie dość ładne połyskliwe meble, duży stół centralnie ustawiony, wokół stołu krzesła. Ale pora już przestać się rozglądać , rozmyślać. Bo muszę napisać list…

Mam to w oczach, pamiętam miejsce przy tym stole, gdzie zasiadłam by odpisać Tomaszowi , podziękować za pocztówkę, jakiej nigdy nie widziałam. A ponieważ  w tym pokoju było  też jedyne w domu radio z zielonym filuternie mrugającym okiem ( takie zabytki można  obejrzeć w muzeum lub w  necie), więc słuchałam niedzielnego południowego koncertu życzeń. Muzyczka ta pewnie prymitywna ale serdeczna jest tłem i świadkiem, kiedy to piszę list do Tomasza. O czym piszę,  nie pomnę, chyba są to pretensjonalne, drętnawe wynurzenia licealistki. Pewnie coś o tych piosenkach piszę, które wydobywają się z radia.. Jak mogę o nich pisać do Chłopaka, którego światem jest Prawdziwa muzyka. Zresztą też grywam na pianinie jakieś bardziej ambitne utwory, a tu ckliwe naiwne piosenki.  Lepiej nie wiedzieć co On sobie o mnie wtedy myślał….

Gdy list w moim pojęciu dojrzał, został starannie zachomikowany w kopercie i następnego dnia uroczyście wysłany.

Wybaczcie, że wpadłam  w ten swój teraz już postpensjonarski styl, ale właśnie takie klimaty… … 

Tym pierwszym w życiu zauroczeniem porażona, chowałam swoją dość wesołą i bezpośrednią naturę pod  maską dziewczyny bardzo poważnej, bezuśmiechowej i pewnie bardzo nudnej….

I gdy tak rozmyślam nad tamtymi czasy i nad sobą, nagle słyszę głos. Spoglądam w kierunku, skąd dochodzi. Widzę tam moją Wagę, stale mi towarzyszy, a na jednej z szal siedzi człeczek i to on mówi:

Dość samobiczowania babciu, wiem, że to twoja natura i twój zawód, by analizować, rozważać, ale przecież byłaś całkiem fajną licealistką. Niebrzydką, dość zgrabną zielonooką. Sportami, recytacjami, konferansjerkami, kinem, teatrem i książkami zajętą. A że nie przeżyłaś z Tomaszem czegoś więcej, może i lepiej. To los chciał, by to co było pomiędzy wami, tak bardzo młodymi,  pozostało piękne i czyste….Słucham, lubię słuchać takich własnych wewnętrznych polemik…fajnie mi tak….

 

HiacyntyE-ogrĂłdek.jpg

.Zdjęcie z netu.. 

 

 

 

 

Opowieść Sylwestrowa (5)

 

 

4aa733de8d1ce_o,size,933x0,q,70,h,aded52.jpg

Pogrzebałam w necie i znalazłam bardzo stare zdjęcie pana Kurczewskiego i jego chóru. Ale Tomasz, jeśli na nim był, to pewnie gdzieś z tyłu po lewej…

 

 

Tomasz, moje pierwsze zauroczenie.

Bo to chyba nie było zakochanie tylko zauroczenie, fascynacja. Otóż chłopak ten nazywał się Tomasz W. ( tak jak mój dziadek!) , był studentem pierwszego lub drugiego roku AM w Poznaniu , śpiewał w grupie basów chóru Kurczewskiego i jednocześnie był opiekunem młodych, bo taki mieli system w zespole. Spotykaliśmy się codziennie, zwykle wieczorową porą, gdy już jego mali chórzyści zmęczeni nieustannymi próbami szli spać a my wróciliśmy z wycieczek.

 Kiedyś siedziałyśmy w swoim pokoju i wtedy starsze dziewczyny a w tym Grażyna A. powiedziały, że właśnie idzie szosą. Wyjrzałam. Szedł sam, jak zwykle dużymi spokojnymi krokami nieco przygarbiony, z nausznikami na czarnej czuprynie czyli właściwie z gołą głową pomimo iście syberyjskiego mrozu.  Jak powiedział potem, sam się wybrał na Śnieżkę i wieczorem wracał.  Dziewczyny właśnie wtedy powiedziały, że mi zazdroszczą, że najprzystojniejszy etc. Ja byłam niewzruszona, nieprzyjęta, ot zwyczajność była dla mnie. Coś naturalnego.

Potem był koniec obozu, klimatyczny występ chóru i bal na pożegnanie . Rozstanie. Żadnych dziewczyńskich łez, czułości, przytulań. Wymiana adresów, bo nawet zwykłe kablowe telefony w tamtych czasach były rzadkością. Wnukom muszę wspomnieć, że w tym 1965 roku nikt nie słyszał o telefonach komórkowych czy o Internecie. Niemożliwe, prawda?

Gdy przyjechałam do Gorzowa, Mama chyba poznała , że coś mnie trafiło. Opowiedziałam o Tomaszu, oczywiście bez zbędnych szczegółów. Po kilku dniach przyszedł od niego długi list już nie wiem jakiej treści, zapamiętałam tylko, że  bez żadnych wyznań, ale tego wcale nie oczekiwałam, list chyba był miły a ponadto wypadło z koperty  małe legitymacyjne zdjęcie. Był śliczny. Spełniał wszystkie kryteria wybrańca które podawały moje starsze koleżanki jeszcze w trakcie zimowiska. Był wysoki, szczupły  czarny. A w dodatku miał piękne oczy i inteligentne spojrzenie. I to by było na tyle.

Nigdy potem już nie zwracałam uwagi na urodę i wzrost człowieka z którym się spotykałam. Byłam nasycona i jakby spełniona tym pierwszym zachwytem.

A po 3 latach od tamtego spotkania wyszłam za mąż za człowieka będącego przeciwieństwem tego ideału. Ale za to miał serce na dłoni, emocje pięknie wyrażał i od razu mieliśmy wspólny rytm porozumienia, rozumienia, radości i wrażliwości. A do tego miał wielkie niebieskie  oczy z zaraźliwą energią z nich bijącą. Uległam i już od 48 lat jest tak samo…

 

Zdjęcie-0791.jpg

 

Losy moich Rodziców. Zaproszenie na rozmowę.

Załamany Wacław wrócił do domu i o wszystkim opowiedział Rodzicom.

 Było im bardzo żal syna, smutno i przykro…. Wacław wyjechał do pracy.

Jednak zaplanowanego ślubu nikt nie odwołał i jego termin zbliżał się coraz bardziej.

Wyznaczono go na 14.czerwca 1932 roku.

Może przypadkowo, a może celowo ta data sąsiadowała z urodzinami Taty. Urodził się bowiem w Rakowie 15 czerwca 1908 roku.

W domu Łukaszewiczów wrzało, dyskutowano nad tym, co należy zrobić, by pomóc młodym.

To, że się kochali, było widoczne na odległość.

Wreszcie po rodzinnej naradzie Tomasz , mój dziadek, zaprosił Mamę na podwieczorek.

W tym czasie Stanisława musiała nagle wyjść z domu. Jak mniemam wyszła celowo, by ułatwić rozmowę.

 W domu poza Tomaszem nikogo nie było.

Ojciec Wacława zaprosił Stefę do stołu, przyniósł samowar, podał herbatę.

Byli sami w atmosferze sprzyjającej szczerej serdecznej rozmowie.  

Śladami mojego Taty. Ślub pierworodnej córki i niepowtarzalny koncert organowy w wykonaniu Bolka

Śladami mojego Taty. Weselisko Staśki i Tomasza

Czas szybko pędził. Ani się obejrzeli, gdy już za kilka dni miał się odbyć ślub Stanisławy i Tomasza. Byli zakochani i piękni.

Rodzice udzielili im swojego błogosławieństwa. Rozpierała ich duma i radość. Do kościoła było niedaleko, więc młodzi podążyli tam na czele orszaku wolnym wystudiowanym krokiem . Kiedy wielki wąż rakowian zniknął w czeluściach kościoła, z chóru runęła muzyka . To Bolek, ojciec panny młodej wyczarowywał najpiękniej jak umiał różne wariacje na tematy weselne. To był jeden z najpiękniejszych koncertów mojego pradziadka. Został zapamiętany i przechowywany w opowieściach rodzinnych.

Uroczystość przebiegała swoim tempem, spokojnie zbliżał się ostatni akord. Nastąpiło przypieczętowanie związku małżeńskiego.

Gdy tak stali przed ołtarzem, moi przyszli dziadkowie,  młodzi, uduchowieni , w pięknych kreacjach, na pewno nie myśleli o przyszłości, nie lękali się . Pewnie tak jak wszyscy nowożeńcy  cieszyli się chwilą, swoim szczęściem i wyobrażali sobie, że życie jest bajką.

Ich piękna bajka właśnie  się rozpoczęła….

Śladami mojego Taty . Tomasz Łukaszewicz…

Rodzice Staśki, widząc, że ten pracowity spokojny dobry chłopak adoruje ich córkę, zaczęli go zapraszać na popołudniowe rodzinne spotkania przy samowarze. Początkowo nieśmiało przyjmował zaproszenie, ale wkrótce zadomowił się w domku organisty. Bo Bolek nadal grał w Rakowskim kościele . I to jak grał. Tomasz przychodził na wieczorne msze i z ukrycia wsłuchiwał się w muzykę, którą czarował Bolek.

Tomasz Łukaszewicz był synem wytwórcy serów. Jego ojciec doskonale wyczuwał zapotrzebowanie ludzi i sam dopilnowywał produkcji żółtych serów , które znane już były w okolicy i w dalszych regionach kraju. Tomasz mu pomagał, zajmował się też dystrybucją. Często wyjeżdżał, zawsze udawało mu się sprzedać własne wyroby , bo sery były przednie a chłopak budził zaufanie.

Tomasz lubił te wyjazdy. Najbardziej interesowały go koleje żelazne. Gdy obok drogi przejeżdżał ze świstem i buchającą parą pociąg, zatrzymywał swój wóz i długo się wpatrywał w parowóz i mijające go wagony, aż znikały na horyzoncie. W Rakowie nie było kolei, więc ten widok był dla niego bajkowy i zaczarowany.

Tomasz uwielbiał wieczory na tarasie domku Rodziewiczów. Siadywali tam ze Staśką. Wdychali zapachy maciejki , słuchali śpiewu słowików. Tomasz opowiadał o swoich podróżach i powoli , ostrożnie oswajał dziewczynę z myślą, że może kiedyś będą razem. Ona  czuła się w jego towarzystwie dobrze i bezpiecznie.

Śladami mojego Taty. Pojawia się Tomasz Łukaszewicz…

 Dziewczyny, pannice z rodu Rodziewiczów rosły jak na drożdżach. Okoliczni chłopcy chętnie odwiedzali ten dom. Tam było tyle radości , po prostu kwitła młodość.

Najstarsza córka Michaliny i Bolka, błyskotliwa, ruchliwa , urocze niewielkie stworzonko oczarowała poważnego chłopaka z sąsiedztwa, Tomasza. Zawsze przychodził na potańcówki. Patrzył rozmarzonym wzrokiem na wirującą w tańcu Stasię. Miała powodzenie, chłopaki chciały ją tulić, ale wymykała się ze śmiechem. Zerkała na siedzącego w narożniku pokoju Tomka. Miał takie przejrzyste zielononiebieskie łagodne rozmarzone oczy . Czuł się onieśmielony, bo wszak rodzina Rodziewiczów była uznaną szlachtą o wyższej randze. Należeli bowiem do dworzan, ich przodkowie byli zatrudniani w dworach królewskich. Wprawdzie jego ojciec też trzymał w rodzinnym kufrze papiery szlacheckie. Ale należeli do gałęzi słabszej, nie szczycili się wysokimi stanowiskami w kraju. Tak więc Tomasz miał kompleksy i wątpliwości, czy jego uczucie zostanie odpowiednio przyjęte. Nie sądził, że Staśka zagięła na niego parol. Podobał się jej ten chłopak i już. I żadne przeszkody nie istniały. Zresztą Michalina i Bolek nie mieli zadęcia rodowego, cieszyli się szczęściem swoich dzieci.