Trucizna, lek i wielka uroda w jednym.

SAM_0900.JPG

 

 

W nadmorskim ogródku  córki jasnozielone drzewko o trójlistkowych, koniczynopodobnych liściach najpierw wypuściło długie nitki. Wiatr od zatoki pieścił je a one się poddawały uległe, niestrudzone . A ja patrzyłam, codziennie odwiedzałam. Aż któregoś majowego  dnia zauważyłam niewielkie fasolki ułożone grzecznie wzdłuż żyjącego sznureczka. I teraz już tylko było czekanie. Opłaciło się czekanie. Bo z fasolek wylęgły się kwiatuszki żółte jak złoto. Najpierw nieśmiało, potem już odważnie patrzyły na świat. A ja stałam w zachwycie. Tak, złotokap, zwany też złotodeszczem,  to istne cudo przyrody. Czaruje wtedy, gdy już dawno krokusy, tulipany przekwitły , może tylko jeszcze bzy kokietowały, ale już opatrzone bo wcześniejsze. Zresztą nawet z bzami nie konkuruje, bo drzewko to całkiem inne, tak jak piękne kobiety zwykle są do siebie niepodobne, ale każda płonie urodą. Widok kwitnącego złotokapu to uczta dla oczu, balsam dla serca i miły zamęt dla głowy…

Jak piszą w necie, złotokap należy do najbardziej efektownych roślin ozdobnych w Europie. „Długie zwisające gęste grona złocistożółtych kwiatów pojawiające się wiosną ( kwiecień- czerwiec) nadają roślinie wygląd jak gdyby kapała złotem”. W odróżnieniu od romantycznej nazwy tego krzewu lub drzewka jego czarne owoce ułożone w długich, sięgających 5-6 cm strąkach powodują, że zaliczana jest do rodziny bobowatych. Cóż za pospolita i wręcz wulgarna nazwa, zwłaszcza w zestawieniu ze złotym deszczem. Ale cóż, należy się z tym pogodzić, bo wszak „po owocach można poznać.” I jak u ludzi, nie zawsze z cudnego dziecka wyrasta równie cudny dorosły. Tak więc siebie przekonałam i brnę dalej w to, co czytam w necie nt. złotokapu.

Otóż okazuje się, że jest to najbardziej trująca roślina uprawiana w Polsce. Wszystkie jej części zawierają trujące alkaloidy. Jeden z nich, cytyzyna zawarty jest w kwiatach, liściach , korzeniach nawet, ale  najwięcej jest go w strąkach . Cytozyna paraliżuje nerwy! Tak więc wszelkie eksperymenty z ich spożywaniem są surowo zabronione! Szczególnie należy pilnować dzieci, które jak wiadomo chcą poznawać świat na swój sposób. Spożycie przez nie 2-10 nasion złotokapu powoduje śmierć dziecka. Podobnie jak ludzie, zagrożone są konie. Gdy biedaczysko spożyje przypadkowo tylko 0,5 g na 1 kg swojego ciała , umiera w mękach. Ciekawostką jest to, że owce, kozy i zające są całkowicie odporne na tę truciznę. Ponoć można się zatruć miodem zbieranym przez pszczoły z kwiatów złotokapu.

Objawami zatrucia jest wzrost ciśnienia tętniczego krwi, ślinotok, drgawki, zaburzenia oddychania, ale także ślinotok, pieczenia w jamie ustnej. Zwykle występują wymioty, które często ratują życie zatrutych.

Ale jak to w przyrodzie bywa, to co jest trucizną, spożywane w mikro ilościach może być też lekiem. Tak więc z nasion złotokapu przygotowywano kiedyś leki wymiotne i przeczyszczające oraz stosowano zewnętrznie by uśmierzać cierpienia w nerwobólach. Obecnie jeden z alkaloidów złotokapu zawarty w nasionach i zielu używany jest do oznaczania grup krwi. Wymieniona już cytozyna jest składnikiem leków o nazwie Tabex lub Desmoxan,  które jeśli wierzyć reklamom telewizyjnym,  cudownie leczą nikotynizm. Wykorzystuje się działanie  cytozyny podobne do nikotyny co pomaga łagodzić objawy głodu do papierosów.

Poczytałam, nawet z ciekawością ale i niejakim lękiem. Bo konia wprawdzie nie mam ale dzieciaki wokół są .

Ale na razie zapomnijmy o horrorach, pójdźmy do ogródka, gdzie powita nas najpiękniej jak potrafi jasnozielone drzewko świeżo pokropione  złotym deszczem….

 

SAM_0896.JPG

 

SAM_0898.JPG

 

.

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty (8)

 Nasza podróż trwała pełne  dwa dni.

Bryczką mojego Taty dotarliśmy do stacji kolejowej, oddalonej o 12 km od Rakowa, potem już koleją żelazną do Wilna, skąd braliśmy pociąg do Warszawy.

W Warszawie zmienialiśmy dworzec i znaleźliśmy się pociągu do  Bielska Białej.

 Samotni w przedziale przytulaliśmy się do siebie, usiłując w ten sposób dodać sobie odwagi. Wiedziałem co przeżywa Stefa. A może nawet nie wiedziałem jak bardzo się bała. Nic nie mówiła, ale gorączkowo szukała mojej dłoni. Czułem, że pragnie wsparcia jak nigdy dotąd.

Ożywiła się tylko w okolicach Pszczyny.

Stanęła przy oknie i poprosiła, bym patrzył razem z nią. Wstałem, objąłem ją ramieniem najczulej jak potrafiłem i czekaliśmy. I wtedy zobaczyłem w dali ogromne, niebosiężne strome lesiste zbocza.

To były Jej góry. Beskidy zajmowały cały horyzont i ten widok powodował, że wstrzymywałem oddech.

Nigdy przedtem nie widziałem prawdziwych gór.

Po chwili krajobraz złagodniał i wydało się, że góry odpłynęły.

Wjechaliśmy do kotliny Żywieckiej, powiedziała.

Moja jesteś góralko, szeptałem i może jeszcze jakieś słowa, a może to były tylko myśli stłoczone w mojej głowie .

Po kolejnej przesiadce dotarliśmy do Łodygowic.

Na ulicy obok dworca zauważyłem masywnego, czarniawego  chłopaka, który stał obok pięknie przystrojonych koni zaprzężonych do ładnej czyściutkiej bryczki.

Intuicyjnie pomyślałem, że to pewnie ktoś z rodziny mojej wybranej. Oczywiście nie byłem do końca pewien, czy w ogóle ktoś nas spotka. Okazało się , że był to brat  Stefy- Szczepan. Potraktowałem to jako dobry dla nas znak .

Wyładowując bagaże, kątem oka zerkałem na powitanie  brata z siostrą.

To powitanie było nawet czułe co nie bardzo korespondowało z opowieściami o chłodnej naturze  górali . Nabrałem więc nadziei, że nie taki diabeł straszny, jak mówią niektórzy.

 Gdy zbliżyłem się do Szczepana, ujrzałem niechęć  w jego oczach i już wiedziałem, że jestem tutaj nieproszonym gościem.

 

Śladami mojego Taty . Staśka staje się nałogowcem.

 Wg oficjalnej rodzinnej  wersji przyczyną nikotynowego  nałogu mojej przyszłej Babci- Staśki był zwykły ból zęba. Wówczas to usłużna koleżanka przyniosła znakomite lekarstwo, jak twierdziła.

Staśka spróbowała. Najpierw czuła wstręt, ale powoli dochodziła do wniosku, że to lekarstwo jej odpowiada.

Czuła przyjemność zatapiania się w swoim dymnym świecie. Lek ten stale przynosiła koleżanka, by nie zabrakło tej przyjemności.

Obie zamykały się w małym pokoiku, albo wymykały do sadu i tam osiągały wyżyny własnej wartości.

Nikt w rodzinie o tym nie wiedział, nawet się nie domyślali….

Na medycznej ścieżce. Sekcja.

Zakończyliśmy naukę o kościach zwaną osteologią. Odpytywano nas  codziennie , stawiano oceny jak w szkole . Krok po kroku zaliczałyśmy znajomość fragmentów tego układu i pojedynczych  kości.

Gdy zapowiedziano , że teraz będziemy zdobywać  wiedzę o układzie mięśniowym,  padł wreszcie ten wyraz, który lękliwie  ukrywał się w zakamarkach naszych myśli.

Jutro będą zajęcia sekcyjne .

Jednak nadszedł ten moment. Moment budzący grozę ale i ciekawość. 

Sekcja , a więc jutro mamy zobaczyć po raz pierwszy zwłoki ludzkie.

Tego dnia byliśmy jak nigdy, zjednoczeni wspólnym podniosłym nastrojem .

Zwykłe  młodzieńcze wybuchy radości , głośne rozmowy i nawoływania zostały zamknięte we własnych  czeluściach .

Do Anatomicum wchodziliśmy nieomal na palcach i rozmawialiśmy szeptem.

A tam panował bardzo intensywny zapach, znacznie silniejszy niż zwykle . Niektórzy odczuwali  mdłości, które starannie hamowali .

Otworzyły się drzwi naszej sali.

Niepewnie zaglądaliśmy z daleka , koncentrując wzrok na zwykle pustym stole sekcyjnym.

Tym razem tam  leżał człowiek. Był nagi i bezbronny.

Ciemnoczerwone i bardzo wychudzone skurczone zwłoki nie przypominały istoty ludzkiej, a raczej chudą rzeźbę , pozbawioną życiodajnych soków i pokrytą brązowo- czerwonym lakierem.  

W buchających oparach formaliny, nieśmiało , bardzo wolno , zbliżaliśmy się do stołu.

Każdy z nas miał skalpel i pęsetę. Nie używaliśmy rękawiczek, może były za drogie, może nie uważano , że są potrzebne .

I zaczęły się zajęcia. Najpierw asystent preparował  pojedyncze mięśnie, potem każdy z nas wykonywał różne zadania  sekcyjne.

Wszak już wcześniej wszystko przerobiliśmy teoretycznie, studiując podręczniki i atlasy anatomiczne, więc koncentrowaliśmy się na tej wiedzy i czynnościach, które należało wykonać.

I wtedy już odszedł nabożny lęk, zostawiając miejsce na naukowe dociekania….

Gdy opuszczaliśmy gmach anatomicum, czuliśmy się jak po chrzcie, jaki przechodzą marynarze.

Nastąpił ten wyczekiwany moment , dostąpiliśmy największej tajemnicy- spotkania ze śmiercią.

I już na pewno staliśmy się studentami AM.

 

Jednak nie wszyscy wytrzymali napięcie i kilka osób zrezygnowało ze studiów. Dobrze, że na tym etapie…

 

Na medycznej ścieżce. Anatomia

 

Na zajęcia z anatomii czekaliśmy z drżeniem serc. Krążyło tyle  opowieści o tej królowej nauk medycznych.   Opowiadano o straszliwej objętości wiedzy, którą należało pochłonąć.  Ale przede wszystkim miało nastąpić  spotkanie z ludzkimi zwłokami . Pozornie udawaliśmy , że jesteśmy odważni, temat nie był poruszany w rozmowach . Ale  każdy zadawał sobie w duchu pytanie ,  czy jestem silny , czy wytrzymam. To miał być pierwszy test na  odporność i przydatność do wykonywania tego zawodu.  I najzwyczajniej w świecie odczuwaliśmy lęk . Przecież byliśmy bardzo młodzi i większość z nas zupełnie niedawno opuściło ciepłe skrzydła mamy. 

Zajęcia odbywały się w Anatomicum.  Nieopodal  była  piękna Palmiarnia z ławkami i tam często spędzałyśmy czas pomiędzy wykładami a ćwiczeniami , ucząc się gorączkowo.

Kontrast z tym co w Anatomicum a wonną kwiatami urodą Palmiarni był kosmicznie odległy. I wreszcie któregoś dnia weszliśmy do wnętrza cuchnącego budynku , w zupełnej ciszy z powagą , jak do kościoła i z namaszczeniem rozglądaliśmy się dookoła.

Podzieleni na niewielkie 10 osobowe grupki zapełnialiśmy nasze  sale. Na środku każdej był stół sekcyjny, kamienny . Mimo , że tym razem stół  był pusty budził niepokój . Stale zerkaliśmy na ten stół. Już jego obecność stanowiła inną wartość tej sali. Nową i tajemniczą.

Pod ściana, gdzie były drzwi wejściowe były regały, a na nich poustawiano  słoje . W tych słojach , w formalinie kołysały się  płody ludzkie,  w innych spokojnie tkwiły różne narządy jak serca czy płuca .

W rogu sali  stał milczący kościotrup. …

Po chwili  wszedł asystent i zaczęły się zajęcia. Już przedtem zapoznaliśmy się z zawartością atlasu anatomicznego i musieliśmy się nauczyć  szczegółów budowy kości.

Otrzymaliśmy pojedyncze kości ludzkie , na których musieliśmy znajdować to co pokazywał atlas a więc płaszczyzny, otwory i rowki  dla przebiegających tam nerwów i naczyń. Każdy otwór, wyrostek kostny  miał swoją nazwę anatomiczną polską jak i łacińską.

Ale chyba zaczynaliśmy od czaszki. Gdy po raz pierwszy trzymałam czaszkę w dłoni , wydawało mi się , że gdzieś w oddali pobrzmiewa pytanie Hamleta : Być albo nie być…..

Po zajęciach  wypożyczono nam kości , by móc w domu utrwalać wiedzę. Wówczas nie było  sztucznych fantomów.

Nie zapomnę uczucia, gdy siedząc w tramwaju kurczowo trzymałam torbę z pudłem , w którym wiozłam te kości na bardzo dalekie osiedle Warszawskie, gdzie wynajmowałam maleńki pokoik na górze  jeszcze niewykończonego domu.

W tym mieście, w tym tramwaju i tej torbie miałam szczątki człowieka, który kiedyś się urodził, żył jak każdy i umarł , pewnie bezimiennie. Może gdzieś tam, w zakamarkach jego czaszki został ślad jego radości, smutku,. Czułam , że może nawet trzymam fragment jego duszy.

Od tej pory ten nieznany mi człowiek,  zamieszkał w moim pokoiku na poddaszu. Już nie byłam tam sama.

Ale pęd do wiedzy i przejęcie tym nowym rozdziałem w życiu zacierało lęki a wydobywało tylko chęć poznania i odkrywanie nowych dróg. A ta droga była jasno wytyczona i miała tylko jeden kierunek.- do przodu….