Na medycznej ścieżce. Anatomia

 

Na zajęcia z anatomii czekaliśmy z drżeniem serc. Krążyło tyle  opowieści o tej królowej nauk medycznych.   Opowiadano o straszliwej objętości wiedzy, którą należało pochłonąć.  Ale przede wszystkim miało nastąpić  spotkanie z ludzkimi zwłokami . Pozornie udawaliśmy , że jesteśmy odważni, temat nie był poruszany w rozmowach . Ale  każdy zadawał sobie w duchu pytanie ,  czy jestem silny , czy wytrzymam. To miał być pierwszy test na  odporność i przydatność do wykonywania tego zawodu.  I najzwyczajniej w świecie odczuwaliśmy lęk . Przecież byliśmy bardzo młodzi i większość z nas zupełnie niedawno opuściło ciepłe skrzydła mamy. 

Zajęcia odbywały się w Anatomicum.  Nieopodal  była  piękna Palmiarnia z ławkami i tam często spędzałyśmy czas pomiędzy wykładami a ćwiczeniami , ucząc się gorączkowo.

Kontrast z tym co w Anatomicum a wonną kwiatami urodą Palmiarni był kosmicznie odległy. I wreszcie któregoś dnia weszliśmy do wnętrza cuchnącego budynku , w zupełnej ciszy z powagą , jak do kościoła i z namaszczeniem rozglądaliśmy się dookoła.

Podzieleni na niewielkie 10 osobowe grupki zapełnialiśmy nasze  sale. Na środku każdej był stół sekcyjny, kamienny . Mimo , że tym razem stół  był pusty budził niepokój . Stale zerkaliśmy na ten stół. Już jego obecność stanowiła inną wartość tej sali. Nową i tajemniczą.

Pod ściana, gdzie były drzwi wejściowe były regały, a na nich poustawiano  słoje . W tych słojach , w formalinie kołysały się  płody ludzkie,  w innych spokojnie tkwiły różne narządy jak serca czy płuca .

W rogu sali  stał milczący kościotrup. …

Po chwili  wszedł asystent i zaczęły się zajęcia. Już przedtem zapoznaliśmy się z zawartością atlasu anatomicznego i musieliśmy się nauczyć  szczegółów budowy kości.

Otrzymaliśmy pojedyncze kości ludzkie , na których musieliśmy znajdować to co pokazywał atlas a więc płaszczyzny, otwory i rowki  dla przebiegających tam nerwów i naczyń. Każdy otwór, wyrostek kostny  miał swoją nazwę anatomiczną polską jak i łacińską.

Ale chyba zaczynaliśmy od czaszki. Gdy po raz pierwszy trzymałam czaszkę w dłoni , wydawało mi się , że gdzieś w oddali pobrzmiewa pytanie Hamleta : Być albo nie być…..

Po zajęciach  wypożyczono nam kości , by móc w domu utrwalać wiedzę. Wówczas nie było  sztucznych fantomów.

Nie zapomnę uczucia, gdy siedząc w tramwaju kurczowo trzymałam torbę z pudłem , w którym wiozłam te kości na bardzo dalekie osiedle Warszawskie, gdzie wynajmowałam maleńki pokoik na górze  jeszcze niewykończonego domu.

W tym mieście, w tym tramwaju i tej torbie miałam szczątki człowieka, który kiedyś się urodził, żył jak każdy i umarł , pewnie bezimiennie. Może gdzieś tam, w zakamarkach jego czaszki został ślad jego radości, smutku,. Czułam , że może nawet trzymam fragment jego duszy.

Od tej pory ten nieznany mi człowiek,  zamieszkał w moim pokoiku na poddaszu. Już nie byłam tam sama.

Ale pęd do wiedzy i przejęcie tym nowym rozdziałem w życiu zacierało lęki a wydobywało tylko chęć poznania i odkrywanie nowych dróg. A ta droga była jasno wytyczona i miała tylko jeden kierunek.- do przodu….

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *